Tydzień z głowy (420)
O aquaparkach
Do aquaparku chodzę tylko z synem. To miejsce jest jak karuzela albo Słowacja. Bywa się tam wyłącznie z powodu dzieci.
Wszystkie aquaparki są tak samo okropne i jednako mi wstrętne. Istnieją miejsca, które jednoczą najgorszych ludzi, lecz, w większości przypadków, to jeden rodzaj najgorszego człowieka. Tu natomiast schodzą się wszyscy: nadopiekuńcze matki otoczone hordą rozwrzeszczanych pociech, Sebiksy i ich różowe niunie, studenci lat pierwszych (z Sebiksami jednoczy ich tępota ryja, różni brak muskulatury), wreszcie starcy pragnący zakosztować rozrywki niedostępnej w ich młodości. Jak znam życie, w aquaparkach mają zniżki wyłącznie kanary i zakonnice, a zwycięzca w zawodach w szczaniu do wody zyskuje zaszczyt zesrania się, pędząc po zjeżdżalni.
Lata temu, gdy kontemplowałem zawiłą linię wiszącego mostu, gdy przyglądałem się lazurowej ściance, po której można się wspinać, gdy spadło na mnie dziecko i omal nie utonąłem w brodziku, gdy wodziłem wzrokiem po skalistej panierce kotleta w kąciku barowym, przyszło mi do głowy, by zaproponować scenariusz horroru rozgrywającego się w tym miejscu. Spełnia wszelkie niezbędne warunki: kojarzy się z zabawą i bezpieczeństwem, można też je odciąć od świata. Jest gdzie ukrywać trupy. Mogą tam szaleć duchy albo facet z siekierą. Parę lat temu napisałbym: „Kochani, bierzcie ten pomysł za darmo”. Teraz jednak czekam na ruch producentów filmowych. Oh, wait. Zakładka „kontakt” nie działa z jakiegoś powodu.
Szczególnie przykrą atrakcją w aquaparku jest rzeka. Spotykają się tam bowiem wszyscy. Zjeżdżalnie, na ten przykład, odcinają najmniejsze dzieciątka. Sebiksy i studenciarnia niechętnie chodzą na brodzik. Tu natomiast przychodzi każdy, od starego do młodego. Pędzą niesieni sztucznym nurtem, piszcząc, drąc się i wpadając na siebie nawzajem. Do tego rzeka jest płytka. Nie da się w niej iść, trudno też popływać (w aquaparkach możliwe jest wszystko z wyjątkiem pływania), w skutek czego większość dorosłych wykonuje dziwne ruchy, coś pomiędzy brodzeniem a topieniem się. Mój syn oczywiście najbardziej na świecie kocha właśnie rzekę. Potrafi się w niej taplać przez połowę trzygodzinnego pobytu i wymaga ode mnie współuczestniczenia.
Dziś wpadłem na pomysł, który pozwala uczynić doświadczenie rzeki przyjemnym, a nawet ludzkim. Jestem pewien, że ktoś wpadł nań wcześniej, mam jednak nadzieję, że jako pierwszy go opisuję i oddaję lepszej, udręczonej aquaparkami części społeczeństwa.
Potrzebne są trzy takie pały z pianki, metrowej mniej więcej długości. To ustrojstwo ma swoją nazwę, ale jej nie pamiętam. Z tego co wiem, pełno takich w każdym aquaparku, zwłaszcza w bliskości rzeki. Końcówki dwóch, z jednej strony, umieściłem pod każdą pachą, z drugiej – pod kolanami. Trzecią piankową pałę oplotłem w poprzek pleców, tuż pod łopatkami. W ten sposób uzyskałem naturalny fotelik, który chwacko utrzymywał mnie na wodzie. Nurt zrobił resztę i mogłem sobie krążyć, ach krążyć, zerkając sobie na synka, na ludzi cokolwiek zdziwionych moim wynalazkiem, jak i na tych chlapiących się bez żadnego zdziwienia. Chroniłem łokcie, by nie walnąć o ściany, z rzadka nadawałem pędu i leniwie pilnowałem, by ta piankowa konstrukcja nie rozlazła mi się pod kuprem.
Jeśli to nie jest najtrafniejsza metafora mojego funkcjonowania w mediach, w literackim światku i świecie w ogóle, to już nie wiem, co może nią być.

