Tydzień z głowy (433)
O horrorach
Przez lata uchodziłem za polskiego Stephena Kinga. Konkretnie, byłem jednym z czterech polskich Stephenów Kingów, określanych tak przez wydawców i media. Konkretnie, chodzi o Stefana Dardę, Zygmunta Miłoszewskiego i Jakuba Żulczyka. Ten ostatni jest ciekawym przypadkiem o tyle, że nigdy nie napisał żadnego horroru.
Chciałem nawet zorganizować konferencję prasową tych wszystkich polskich Kingów. Pokazalibyśmy Amerykanom, jacy są biedni i głupi. Mamy przecież czterech Kingów, a oni tylko jednego. Byłoby to coś na miarę filmów Marka Piestraka albo bazyliki w Licheniu. A potem, obracając w głowie ten żart, zrozumiałem, że nikt by na tę konferencję nie przyszedł.
Polski horror jest jak polska piłka nożna, polskie kino widowiskowe, polski transport publiczny, polskie elektrownie atomowe i wiele innych rzeczy – to znaczy nie udał się i nigdy się nie uda. Grabiński przymierał głodem. Gdyby Stephen King urodził się w Polsce, miałby bloga, pracowałby na kasie w Lidlu, a w najlepszym razie pisał linie dialogowe do „Prawa Agaty” czy czegoś podobnego.
Właściwie nie wiem, z czego to wynika, ale tak po prostu jest. Być może horror przyjmuje się w krajach względnego dobrobytu i stanowi rodzaj bezpiecznej zabawy w przerażanie (nigdy nie chodziło mi o coś takiego, chciałem, żeby czytelnik bał się moich książek i brzydził się nimi tak, jak powinien sobą i jak ja się sobą brzydzę). W Polsce, gdzie fatamorganę marzeń wyznacza średnia krajowa (niecałe tysiąc euro), gdzie wydostanie się z prowincji przypomina pielgrzymkę do Medjugorie, a samotna matka zamiast pomocy dostaje centralny wpierdol, nie potrzeba żadnych horrorów.
Od siebie dodam: pisałem horrory i szarpałem się z życiem. Przestałem – natychmiast był bestseller.
Moja miłość do gatunku pozostaje niezmieniona. Co prawda nie czytam już takich książek, ale niedawno zrobiłem sobie filmowy maraton, korzystając z wysypu rocznych podsumowań. Ale losy polskiego horroru, a więc i moje własne, pokazują pewną ogólną prawdę. Mianowicie, przeszczepianie zachodnich szablonów kulturowych w Polsce po prostu nie działa, a jeśli już, wymaga długiego okresu adaptacyjnego. Spytajcie raperów, jeśli nie chce się wam wierzyć.
A teraz wyobraźmy sobie twórcę horrorów, który zaczyna rozumieć, że pisanie horrorów w Polsce nie ma sensu. Przecież to horror.
To, że masy nie kupią tego typu pozycji nie oznacza, że nie ma odbiorców na rynku.
PS. Oglądam ostatnio do snu Dezerterów i Pana rozmowa z Grzegorzem Królikiewiczem, szczególnie jej początek, dla Pana był lekkim horrorem. Tak mi się wydawało oglądając tą rozmowę
Odpowiedz
„it follows” to mój człowiek 10/10
Odpowiedz
Rozwiązanie: napisz horror, sprzedawaj jako obyczajówkę. Po co sobie zawężać target.
Odpowiedz
Panie Łukaszu !
Jest pan przecieź bardzo inteligentny ,więc wystarczy ,że pan napisze o tym co się dzieje u nas. Słyszę nie raz pana wypowiedzi i wiem ,że nie jest pan obojętne co się wydarza w Polsce. Po prostu proszę pisać !
Odpowiedz
Jeżeli horrory to tylko Christopher Lee poginający w pelerynie po zamkowych schodach.
Odpowiedz
Horror Show była pierwszą kupioną książką Pana autorstwa. Dziś na półce mam już wszystkie, które się ukazały. Dobry horror nie jest zły!
Odpowiedz
Mnie horrory najlepiej wchodziły pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Potem przestałam lubić się bać. I teraz zastanawiam się, czy to kiedyś wróci? A jeżeli nie po to żeby się bać, to po co je czytać?
Odpowiedz