tydzień z głowy (452)
O Targach Książki
Wracam z Targów Książki w Warszawie.
Jak wiemy w Polsce nikt nie czyta książek, autorzy zarabiają najwyżej malanowski grosz, a wydawcy balansują na krawędzi bankructwa. Tłumaczom, składaczom, redaktorom i grafikom nie zazdroszczą nawet garbaci ślepcy z terenów ogarniętych wojną.
W kontekście tych wszystkich nieszczęść trudno pojąć, czemu wszyscy pospołu ściągają na siebie jeszcze jeden dramat. Targi Książki to piekło i trudno rozpatrywać je w innych kategoriach niż kara za czytanie. Właściwie nie wiem które są gorsze. Te krakowskie leżą na końcu świata, pośród ruin, w jakimś ponurym baraku nad którym górują kominy elektrociepłowni. Warszawskie lokują się na Stadionie Narodowym. Gorąco tam jak w rondlu, tłoczno jak w grobie zbiorowym.
Pamiętam, jak rok temu wylądowałem na tych warszawskich targach. Posiedziałem na swoich stoiskach (zawsze mam przynajmniej dwa, a to za sprawą maniakalnej aktywności wydawniczej) i poszedłem szukać jakiegoś wydawcy, do którego miałem jakiś, dziś już zapomniany interes. Lazłem przed siebie po elipsie, coraz bardziej skołowany i przytłoczony tłumem. Ktoś mnie trącał, ktoś inny chciał się witać.. Zorientowałem się, że idę po własnych śladach, zataczam koła nie mogąc znaleźć właściwego stoiska.
Znalazłem jednak inne. Było to stoisko wydające, powiedzmy, literaturę miłosną. Jak większość ludzi posiadających głębszą wiedzę w tym akurat temacie, jego pracownicy tam chlali, a najbardziej prezes. Na mój widok pan prezes uśmiechał się szeroko, wołał i nalewał kielicha. Pokrzepiony ruszałem dalej, na poszukiwanie innego wydawnictwa, do którego miałem interes. Jakkolwiek bym nie poszedł, ile okręgów nie zrobił trafiałem zawsze w to samo miejsce: do radosnego gościa z wiśniówką we włochatej łapie. Wreszcie, zapomniałem o tym co miałem załatwić i tylko krążyłem, coraz bardziej pijany i obojętny.
Dziś też zdarzyło się coś miłego. Od lat obserwuję karierę pewnego znakomitego pisarza, który jest jednocześnie cichym i skromnym człowiekiem. Nigdy nie zabiegał o sukces. Nigdy nie wdzięczył do czytelników. Zawsze bardzo ciężko pracował, a z tej pracy, skromności i artystycznej odwagi miał mniej więcej tyle, co pracowici, skromni i odważni artyści w naszym smutnym kraju. Tego roku nastąpiła zmiana. Ustawił się przed nim tłum. Każdy z książką, albo i dwiema do podpisania. Zwyciężył. Odniósł sukces na własnych zasadach. To naprawdę nie zdarza się często.
Dla tej chwili, dla długiej kolejki ustawionej przed dobrym, pracowitym człowiekiem warto było pojawić się na Targach.