Tydzień z głowy (458)
O Kaziku
fot. Jerzy Szot
Mówię o sobie, że jestem z krakowskiego Kazimierza, ale to nie do końca prawda. Rodzice przeprowadzili się tam, gdy miałem jakieś trzy lata. Tam chodziłem do podstawówki i tam mieszkałem aż do początku studiów, kiedy poszedłem na swoje.
Piszę o tym, bo ludzie coraz częściej pytają mnie o ten Kazimierz. Napisałem niedawno jakieś opowiadanie (i całą pieprzoną książkę, „Tracę ciepło”, jakąś dekadę temu), a dziś oprowadzałem wycieczkę śladami własnych wspomnień. Tych miałem zaskakująco niewiele.
Ludzie, którzy siedzą teraz w „Kolorach”, w żydowskich restauracjach na Szerokiej i nawalają się w Pięknym, którzy śpią w hotelach i jadają kolacje na dachach, nie mają pojęcia, jak było tam wcześniej. A było brudno, biednie i pięknie. Nie będę o tym pisał, bo już pisałem.
Kazimierzowi w dużej mierze zawdzięczam siebie. Trafiłem tam między drabów, dobrych drabów, twardych jak cholera. Miałem siedem lat i byłem wychuchanym chłopczykiem, jedynym dzieckiem malarza i psychologa. Żyłem w świecie książek, bajek opowiadanych przez babcie i ciotki. Nagle się okazało, że są ludzie, którzy niczego nie czytają, za to rżną w gałę, oglądają „Dempsey i Makepeace” i filmy z Arnoldem Schwarzeneggerem. Bałem się ich bardzo, tych moich kolegów szkolnych. Bardzo chciałem być taki jak oni.
I stałem się, w jakiś sposób. Nie zrezygnowałem jednak z siebie. To znaczy dalej czytałem książki i grzązłem w świecie fantazji, ale opornie (i bardzo powoli) zwalczałem własną niezdarność, no i co tu kryć – arogancję zbudowaną na pochodzeniu. Polubiłem filmy z Arnoldem, choć z piłką nożną poszło już gorzej. Własne dziecko wyśmiało mnie na orliku.
Ten stary Kazimierz, ta szkoła uczyniła ze mnie pisarza, którym jestem. A jestem jedynym dzieckiem malarza i psychologa, które pisuje o drabach. Bo drabem również jestem, z ogromną niechęcią do etosu inteligenta i wszystkiego, co się z nim wiąże.
A dzisiaj na wycieczce pewna pani zapytała, jakim prawem oprowadzam ludzi po Kazimierzu. Czemu opowiadam o robieniu bomb z karbidu? Już bym ci odpowiedział, babino! Zaraz zrozumiałem, że ta kobieta oczekiwała czegoś zupełnie innego. Liczyła na spacer po synagogach. Pytanie jednak zostało. Czy mam prawo?
Przecież tak naprawdę nie jestem stąd.