Tydzień z głowy (460)

Posted on 17 lipca 2017

O ludziach, którzy wiedzą

black

Mam swoją sekretną wspólnotę.

Rozpoznajemy się po drobiazgach: po smutnych oczach, przemyślanym stroju, ale i codziennej życzliwości względem innych. Nie potrzebujemy niczego więcej i nie rozmawiamy ze sobą. Wystarczy wymiana spojrzeń i każdy idzie w swoją stronę.

Jesteśmy jak członkowie ginących subkultur, jak esesmani w Argentynie. Nie potrzebujemy wzajemnej bliskości, bo wiemy, że na dłuższą metę nie pomoże nam żadna bliskość. Odkładamy ją na stos kart odrzuconych.

Ci ludzie wykonują najróżniejsze zawody. Dzieli nas inteligencja, status społeczny, temperament i obyczaje. Niektórzy mają rodziny, a nawet odwiedzają świątynie, czytają mądre książki albo zasypiają, oglądając kanał sportowy. Wiedzą, że dobre jest tylko to, co zapełnia pustkę.

Bankowiec, który wydaje mi nową kartę płatniczą, nieoczekiwanie mówi, że co weekend musi się upić. Popija również w tygodniu, ale mniej, tak, by tym pijaństwem nie skrzywdzić najbliższych. Nietzsche miał słuszność, wypowiadając straszliwe słowa: pustynia rośnie.

Znajomy z branży ściąga swoich umarłych na lokalny cmentarz i drży, że nie zdoła wykonać tego zadania. Wydaje mu się (tak sądzę), że gdy wypełni swoje zadanie, jego zmarli znajdą się bliżej i będą odrobinę mniej martwi.

Aktor znany z okładek kolorowych magazynów, z bajecznym kontem i willą pod Warszawą, żyje tylko dla bliskich, przez co ich obecność odbiera jako wieczną udrękę. Pani ze sklepu jest przerażona perspektywą bezczynności na emeryturze. Wie, że nie zdoła się niczego chwycić. Oto moi bliźni.

Ludzie, którzy wiedzą, że wszystkie nasze wysiłki są na próżno. Wiedzą, że nicość czeka.