Tydzień z głowy (467)

O śmiesznościach

warzywa

Grafika: Jean Louis Gringard.

Posiadam wiele śmieszności i nawet je lubię. Sprawiają, że jestem bliżej ziemi i ludzi, sam bardziej ludzki, zaś mniej wytrącony.

Gdy zmieniam pościel, zawsze się w nią zapłaczę, a góra okazuje się dołem. Utykam. Mam wielki nos i krzywe zęby, dodające niepokojącego uroku mojej wadzie wymowy. Rzeczy nieustannie lecą mi z rąk. Cały czas się po coś wracam, czegoś zapominam. Nie jeżdżę samochodem. Boję się podskakujących kobiet. W tym roku kończę czterdzieści lat, chodzę w idiotycznych koszulkach i nie zamierzam przestać tego robić. Chcę jednak napisać o innej, kłopotliwej śmieszności.

Nie rozróżniam warzyw. Jestem daltonistą świata flory, dąb myli mi się z cisem, ale właśnie warzywa sprawiają prawdziwy kłopot. W końcu nieczęsto staję przed koniecznością odróżniania drzew z dużej odległości. Tymczasem nie wiem jak wygląda ćwikła, bakłażan, czy też brukselka. Słyszałem o istnieniu pasternaku, ale nie wiem co to takiego.

Moja niewiedza stoi na tej oczywistej prawdzie, że warzywa są wstrętne i nie życzę ich sobie na moim talerzu. Do niedawna nigdy ich nie kupowałem. W restauracjach zawsze gardziłem surówką. Ze świata roślinnego cenię sobie owoce, zwłaszcza śliwki, gdyż powstaje z nich wódka. W konsekwencji, nie miałem szansy poznania świata warzyw. Już na to za późno. Starego nosorożca nie nauczysz nowych sztuczek.

Czasem jednak jakieś warzywa muszę kupić. Konsekwencją jest następujący obrazek. Pisarz stoi pośrodku Carrefoura, odziany spodnie dresowe i bluzę grupy Watain. W wózku, prócz torby treningowej leżą mięsiwa, wędliny oraz flaszka. Pisarz ma minę, jakby właśnie wypchnięto go z pędzącego pociągu. Zaczepia jakąś kobiecinę, pyta, chyląc głowę:

-Przepraszam bardzo. Wskazałaby mi pani koper?