Tydzień z głowy (482)

Posted on 18 grudnia 2017

O pociągach

train

Miałem w życiu nazbyt wiele poranków.

Pamiętam poranki z młodości, z imprezowego życia, gdy budziłem się gwałtownie (jawa była jak cios pałką w głowę), pod przesiąkniętą papierosami kołdrą, otoczony przez butelki po tanim piwie, popielniczki, kartony po pizzy i rozrzucone ubrania. Błyskawicznie doprowadzałem się do porządku. Byłem młody i mocny. Piłem kawę i paliłem papierosy na głodniaka.

Były też lata bezsenne, kiedy, w rejonach piątej rano zaczynałem rozumieć, że sen nie raczy się zjawić. Leżałem na plecach i patrzyłem w jaśniejący prostokąt okna. Potem wstawałem i robiłem sobie kawę. Słuchałem stukotu tramwajów i patrzyłem na mokre psy. Myślałem o dniach, które nie chcą się skończyć.

W Warszawie, na Saskiej Kępie o poranku słyszałem świerszcze. Ich stłumiony warkot dochodził znad strumyka na dole. W Kopenhadze dzwoniły rowery, szumiały polewaczki, a w weekendy niosły się głosy imprezowiczów. Lud duński balował bowiem do świtu. W Warszawie ponownie – cisza zaułka, pomruk samochodów dostawczych, nerwowo ujadające psy, gwizd karetek podjeżdżających do szpitala na Madalińskiego.

Do niedawna miałem samoloty, które bardzo lubiłem. Okno wychodziło na północny wschód i widziałem właśnie te samoloty, schodzące do lądowania na lotnisku w Balicach. Leżałem sobie i patrzyłem na nie – złote, stalowe ptaszyska rozgrzane porannym słońcem. W takim widoku jest coś ekscytującego. Samolot unosi głowy pełne marzeń i worki z wymiocinami.

Teraz, od niedawna mam pociągi. Zamieszkałem w pobliżu torów kolejowych i przyjaciele pytali mnie, czy nie boję się hałasów. Tymczasem, codziennie budzę się w ciszy, jakiej wcześniej nie znałem, bez sąsiedzkiego łoskotu, tramwajów, samochodów. Słyszałbym własne myśli gdybym takowe posiadał. Tę piękną, głęboką ciszę przecina krótki zaśpiew przejeżdżającego pociągu. Nie gwizd, nie ryk, ale zaśpiew właśnie. Ciężkie, rozpędzone humbaki mają swoją własną piosenkę, zaś  ja doskonale wiem, co próbują mi w ten sposób powiedzieć.

Wstaję. Robię sobie kawę, siadam w fotelu, nudny, syty, czterdziestoletni, spokojny, zadowolony z życia, przeklęty, a one sobie śpiewają: „Łukasz, jesteśmy, Łukasz, wyruszaj w drogę!”.