tydzień z głowy (487)

Posted on 22 stycznia 2018

O pięciu dniach w podróży

 26994811_1955663951129199_1670255406_n

Augustów, pomnik Beaty z Albatrosa. Fot. Aga Krysiuk.

W Chodzieży po spotkaniu autorskim nie mam co ze sobą zrobić, więc szukam miejsca, by coś zjeść i walnąć kielicha. Strawa i kielich należą się każdemu po trudnym dniu. Chodzież jest sympatyczną miejscowością wyróżniającą się domkami rzemieślników, które obrosły po obu stronach głównej drogi spacerowej. Dwie kolejne knajpy są nieczynne w poniedziałek. Dziś mamy akurat pierwszy dzień tygodnia. Znajduję trzecią, w podziemiach. Młoda barmanka jest bardzo chuda. Zapewne także dlatego, że nie jada tutaj. Zamawiam szklankę whisky. Patrzę na śnieg. Lecą stare piosenki Meat Lofa i Scorpionsów.

Na tle Chodzieży Piła wydaje się wielkopolskim Vegas. Gdzie nie rzucę śnieżką, tam knajpa. Organizatorzy najpierw ciągną mnie do jednej z nich, potem młode małżeństwo prosi abym ich odwiedził i tak rzeczywiście się dzieje. Siedzimy na piętrze, znów pijemy whisky i ku mojemu zaskoczeniu słuchamy drugiej płyty Armii i debiutu Moskwy z winyla. Dostaję też grzanki. Jem te grzanki, słucham jak Guma się drze i myślę sobie o tym, co właściwie się dzieje. Jestem u kogoś w domu. Zostałem zaproszony. A zaproszenie kogoś do domu to wielka rzecz, przynajmniej ja tak uważam. Gdy zapraszam kogoś do domu, mówię „choć, zobacz jak żyję. Poznaj moją rodzinę. Pozwól, abym dał ci jeść i pić”. To bardzo wiele znaczy. Poczucie otrzymanego dobra towarzyszy mi przez większość następnego dnia, nie rozświetlając jednak kaca.

W pociągu zderzam się z facetem, który właśnie wyszedł z więzienia. Przesiedział ćwiarę, tak mówi. Opowiada o człowieku, którego zapierdolił. Był to, rzecz jasna, pedofil. W tym kraju chyba każdy siedzi za zabicie pedofila, nikogo innego. Facet jest nawalony w dym, nazywa mnie swoim przyjacielem i próbuje kupić bilet kredytowy. Wraca i pyta, czy chcę się z nim napierdalać. Odpowiadam, że niekoniecznie, niby na zgodę przybijam mu piątkę i to tak by trzasnęło mu w kościach. O kurwa, abyś mi przypierdolil – mówi facet, siada kawałek dalej, bawi się z jakimś psem i nie zaczepia już pasażerów.

Suwałki mają trochę atrakcji, na przykład galerię Andrzeja Strumiłło (raczej knoty, choć ilustracje do książek miał piękne) oraz tatarską restauracyjkę, którą zarządza sam Tatar. Mój gulasz jest ostry, bardzo ziołowy, zaś piwo pochodzi z Litwy. Suławki to jednak przede wszystkim tiry, tysiące, miliony tirów na litewskich, łotewskich i rosyjskich rejestracjach. Ich ciężki ogon wydaje się pozbawiony końca i powoli sunie przez miasteczko. Suwałki są dość małą miejscowością. Domy, nieraz wykonane z drewna, rosną tuż przy wąskich chodnikach i te tiry są jak pięść wepchnięta w gardło, jak kret przedzierający się przez glinę: ochlapana błotem, żywa ściana ze zgarbionymi sylwetkami kierowców.

W Augustowie mam zaszczyt pierdolić przed licznie zgromadzoną publicznością (spotkanie jest biletowane, więc pierdolę najpiękniej jak umiem), a za moimi plecami znajduje się wizerunek nosorożca naturalnych rozmiarów. Przycupnął sobie na ławce osiedlowej i coś tam czyta. Wszyscy są bardzo mili w naturalny sposób, potem zasuwamy do knajpki gdzie wypijam dwa piwa i oddaję się nieopłaconemu już, nadliczbowemu pierdoleniu. Ufam, że związek zawodowy pierdolców i pierdolinek wybaczy mi to nadużycie. Wypijam dwa piwa. Robię sobie zdjęcie z Basią z Albatrosa. W nocy nie mogę spać, zaś rano unieść walizki. Pięć dni temu była lekka, a teraz ledwo ciągnę ją przez śnieg. Wszystko przez prezenty. Targam nowego nosorożca, z siedem książek, kubek, koszulkę, „Ostatnią rodzinę” na Blue Ray i wielkie pudło pełne płyt winylowych.

Zawód pisarza jest świetny pod warunkiem, że nie trzeba pisać.