porusza i prowokuje...

publikacje

opowiadanie i felieton w „Nowej fantastyce”.

„Noc sobowtórów”

Jest późno i dobrze, wypijam szybkiego drinka i ląduję z laptopem przy wolnym stoliku, wyświetlam cokolwiek i tylko wodzę myszką po obojętnym ekranie. Wokoło kłębi się młodzież, wesoła i dzika, spętana tylko przez modne ubrania, w czarnym swetrze wyglądam na przybysza z innego świata.
Ruda szczapa. Wracając z baru ląduje na kanapie koło mnie. Ma torebkę ze Snoopym.
Pozwalam jej mówić i prześwietlam ją na wylot. Nagle dziewczyna milknie i chce, żebym opowiedział o sobie.
– Co, jeśli wolę poopowiadać o tobie?
Wybucha śmiechem i nachyla się do mnie, pozwalam jej zostać i spełniam życzenie: przyjechałaś z małego miasta, twoi rodzice, jeśli jeszcze są razem dopiero niedawno dorobili się pieniędzy, jeśli nie, to wiedzie się tylko jednemu. Coś tam się stało, u ciebie w domu, bo przyjechałaś tutaj, założę się, że bliżej było miasto z dobrą uczelnią. Masz rodzeństwo. Jesteś najstarsza i przepychałaś drogę młodszym. Teraz jest twoja chwila, chwytasz życia ile możesz, tak jak na ciebie patrzę, ani trochę nie rozczarowałaś się Warszawą.
Lala robi wielkie oczy, mówi: „niezły jesteś”, a ja wiem, że średnio rozgarnięty chłop wyczytałby więcej z samej torebki ze Snoopym.
Ludzie są jak ryby o rozprutych brzuchach: można wróżyć.
Zamawiam jej trzeciego drinka, nie powinienem, upijanie nie wchodzi w sztukę uwodzenia, to tania sztuczka, wódka z kapelusza. Ale lala ssie słomkę, obraca ku mnie oczy z masła, przyciskam ją do siebie, osuwam się, jej głowa pochyla się nade mną: ciut rozczochrane włosy, ostry nos, zwierzątko. Mówi po zwierzęcemu: misiu, kocie.
Przyciskam ją mocniej, perfumy mieszają mi się z wonią szluga, jeśli tak wygląda Babilon to pora dać na mszę. Póki co wykonuję skomplikowany manewr, lewa dłoń pcha się w majtki, prawa gmera pod bluzką, jej oddech przyspiesza, całuje mnie, próbuje odepchnąć, ale rezygnuje, z odpychania, a nie z całowania.
Ten pocałunek ma mnie ukoić, dać czas. Zwalniam odrobinę.
Szepczemy sobie parę miłych słow. Mój rudzielec cały się rozczochrał. Pocą się jej plecy i jest w tym coś absolutnie cudownego: moja ręka na mokrej skórze. Jeszcze jeden pocałunek, odsuwa się, nie, to ja ją uwalniam. Patrzy spode łba. Spode główki. Bierze mnie za nadgarstek i przyciska do tego biednego cycka. Przez materiał bluzki czuję orzeszek sutka.
-Zaraz wrócę.
Podnosi się i cokolwiek chwiejnie wędruje w stronę łazienki, znika, ostatnim co widzę, to ładne nogi w starciu ze stopniami na piętro.
Patrzymy na siebie krótką chwilę.
Ja i Snoopy.
Ruchem, który znam aż za dobrze wybebeszam torebkę. Narysowane, psie ślepia zdają się zdradzać jakąś skargę. A w środku: szminka, puder, podkład, kredka do oczu, tampon, komórka, empetrójka, chusteczki, co dziwne, takie jakie kupuje się niemowlętom, płaski aparat fotograficzny, korektor. Mam tylko moment, przerzucam przedmioty, czekam, idiota, aż któryś mnie kopnie elektronem, prędzej rudzielec wróci: kredka ląduje w mojej kieszeni. Zapinam torebkę i wychodzę z knajpy.
Umykam, to lepsze słowo.
Nie chcę zdradzać Misi. Nie jestem aż takim sukinsynem.
Jestem coś wart, na razie, tak sobie myślę, z tymi dziewczynami jest jak z taksówką, mógłbym zamówić, ale wracam do domu na piechotę, tak właśnie chcę, obracam kredkę w kieszeni, zakładam obrączkę i śmieję się z zawstydzenia.

reszta w numerze.

I felieton „Bobo idzie”

Dziesięć lat temu horror azjatycki zrobił gigantyczne wrażenie z którego teraz niewiele zostało.
Doskonale pamiętam kinowy seans „Kręgu” ze wskazaniem na scenę, kiedy bobo wylazło z telewizora, spełniając śmiertelną klątwę. Po powrocie do domu próbowałem nastawić komputer w ten sposób, by nagranie z felernej kasety, dostępne w Internecie jako osobny filmik, ruszyło znienacka, wprawiając w przerażenie moich gości. Do dzisiaj zresztą rzeczone bobo stanowi moje własne kryterium straszności, horrorowy ekwiwalent znaczka „Teraz Polska”. Naprawdę przerażający film ma jedno bobo.
„Krąg” uruchomił całą serię epigońskich produkcji, będących nadnaturalną wersją japońskich opowieści o zemście – w swoich filmach, książkach, piosenkach nasi skośnoocy bracia zajmują się głównie tym tematem. Niektóre dziełka spełniały funkcję straszności, zwłaszcza jeśli uległy wzbogaceniu o kontekst pozaekranowy. Dawno temu w melinie, którą akurat zasiedlałem, oglądaliśmy z kumplami wczesną wersję „The Grudge”, znaną bodajże pod wschodnim szyldem „Ju-on”. Mogę się mylić, gdyż film ten doczekał się chyba dziesięciu mutacji, w tym trzech amerykańskich, ta była jeszcze tania, telewizyjna i prawdziwie straszna. Głównym generatorem straszności był dźwięk na kształt kociego miauknięcia, rozbrzmiewający w najmniej spodziewanych momentach. Zwiastował rychły zgon jednego z bohaterów.
Więc siedzimy, powiedzmy czterech chłopa i gapimy się w wypukły ekran, jakby nasze życie od tego zależało. Żadne słowo nie padnie, w palcach dopalają się zapomniane papierosy. Bez pukania, nad wyraz cicho – zapewne przez szacunek dla naszego skupienia – wtoczył się piąty kolega, wysłany uprzednio po browar. Ledwo żeśmy zarejestrowali jego wejście, nawet nie zerknąłem w jego stronę, ale domyślam się, że zamiast gapić się pod nogi kontynuował wędrówkę, wbijając wzrok w ekran. Nieszczęśliwym trafem nadepnął na ogon kotki Kreski, wylegującej się akurat na podłodze. Kotka Kreska wrzasnęła tak głośno jak tylko mogła, słusznie oburzona tak nagłym zmąceniem jej sowiego snu. Zerwaliśmy się na nogi, ktoś piszczał, ktoś za głowę się złapał. Staliśmy naprzeciw siebie, przerażeni i przejęci tym, że grobowy miauk przeniósł się z filmu tutaj, na melinę i nasze młode życia dobiegną zaraz końca. Czego bardziej byłoby szkoda – nas, miejscówki – nie wiem.

reszta także w numerze. tu trailer.

[ytorbit]7A5VNsEeAMY[/ytorbit]
zapraszam do czytania numeru listopadowego.

o „burning bright” w nowej fantastyce

[ytorbit]2joCXWy8-A4[/ytorbit]

Istnieje niezliczona ilość sposobów wpędzenia bliźniego w czarną rozpacz – życie zaraz nabiera kolorów dzięki tej ciemnicy. Na przykład: jesteś sobie świeżo osieroconą studentką, która akurat nie ma czasu i szmalu na studiowanie, za to targa krzyż w postaci autystycznego braciszka. Zgodnie z obowiązującym dziś modelem zachowań decydujesz się pozostawić go w przytułku, niestety – ojczym akurat wyciągnął całą kasę z konta. Żegnaj akademiku, pa, pa chłopcy, adios wódeczko i skręciku. Wstrząśnięta i rozczarowana pędzisz na prowincję pogawędzić z zastępczym tatuśkiem. Pytania narzucają się same: czemu buchnąłeś forsę przeznaczoną dla dziecka i to upośledzonego? Dolary akurat upośledzone nie są. Do czego ich potrzebowałeś? Remont domu? Nowy samochód? Pożyteczna inwestycja, która zapewni naszej rodzinie bezpieczną przyszłość? Ojczym mruży oczy jak z Andersena i rzecze: Kupiłem tygrysa bengalskiego.
Mniej więcej taką rozmowę odbywa nieznane z imienia dziewczę (Briana Evigan). Tygrys ma stanowić ozdobę parku safari, w którym, zgodnie z amerykańskim wyobrażeniem o przyrodzie, szaleją zwierzęta ze wszystkich kontynentów. Zwierzę to, z natury niezbyt sympatyczne, tu zostaje przyrównane do samego diabła. Nie chcieli go nawet w cyrku, gdyż uwolnił się i zżarł konia z kopytami. Na domiar złego dostarcza go sam Meat Loaf. Dalszy rozwój wydarzeń nietrudno przewidzieć. Ojczym, jak na ojczyma przystało, targa klatkę do domu i wypuszcza wygłodniałe zwierzę. Dziewczę będzie musiało zmierzyć się z tym niecodziennym przeciwnikiem i ocalić autystycznego braciszka, który nie ma pojęcia, co wyrabia się wokoło i zachowuje się co najmniej niestosownie do sytuacji. Tu zacznie wrzeszczeć, tam sobie pójdzie, zdradzi każdą kryjówkę i niewiele brakuje, by zechciał się zabawić z nowym, pasiastym przyjacielem. Scenarzyści, wymyślając tytuł, zadłużyli się u Williama Blake’a, za to wykonali tytaniczną pracę, próbując nadać tej prostej opowiastce pozór prawdopodobieństwa.

reszta w numerze październikowym

O Jacku Ketchumie w nowym nr Fantasy&Science Fiction edycja polska.

Ponad pięć lat temu pojechałem do Ameryki pracować na budowie. Miałem za sobą pierwsze opowiadania, które potem złożyły się w dużej mierze na półdziki tom Wigilijne psy, ale „bycie pisarzem” ani mi było wtedy w głowie. Nie pisałem, raczej popisywałem się, za to z wielką radością machałem młotem, także pneumatycznym, a w weekendy sunąłem na Harvard, chłonąć popkulturę. Były sklepy pełne figurek, komiksów cienkich i albumowych, grubszych od Biblii, za to barwnych jak Morze Czerwone. Do tego niemal niekończące się półki z fantastyką, horrorem. W ten sposób odkryłem Jacka Ketchuma, koronowanego zgodnie na króla brutalności.
Ketchum wyzierał zewsząd: plakaty, reklamy w czasopismach branżowych, recenzje filmów nakręconych na podstawie jego prozy oraz sama proza, zapełniająca całą długość półki, złożyły się na wrażenie, że ten facet jest naprawdę kimś. W opinii recenzentów Ketchum przekroczył wszelkie granice, oferując przemoc pozbawioną wszelkiej umowności, za lekturę zabrałem się więc umotywowany i ostrzeżony. Nie pomogło. Pierwszy raz, powodowany najwznioślejszym rodzajem wstrętu, zmuszony byłem odłożyć powieść. Zaraz sięgałem po nią z powrotem, a potem – możecie się śmiać – długo nie mogłem zasnąć.
Czasem jeśli ktoś mówi „to naprawdę przerażająca książka”, warto posłuchać.
W posłowiu do Poza sezonem Ketchum wspomina kłopoty związane z pierwszym wydaniem tej powieści. Jako debiutant nie miał za wiele do gadania, a wydawcy opadła szczęka kiedy pojął, co nowa nadzieja horroru powypisywała. Zaczęło się od małej wojenki, skończyło na dialogach kanibali: „Ucięta głowa wylatuje”, „No dobra, ale zostawiam wyprute flaki”. Sam doświadczyłem podobnych trudności. Zauroczony, czy raczej powalony nowymi obszarami brutalności, poniosłem Ketchuma ku polskim wydawcom. Kierowała mną nieczysta chęć zostania odkrywcą Ketchuma i pierwszym ketchumologiem nad Wisłą, byłem też pewny, że się uda: wartość literacka jego powieści nie podlega kwestii. Niestety, wydawcy którym rzuciłem te majstersztyki, poodpadali, nie dokończywszy lektury. Za ostre, za mocne, będzie skandal i straszliwie wtopimy. Ketchum powinien mieć charakterystyczne dla amerykańskiego przemysłu muzycznego ostrzeżenie o wulgarnych treściach naklejone nawet na czoło.
Na szczęście, wydawnictwo Papierowy Księżyc przygotowało polską edycję Poza sezonem i to w pierwotnej, niepociętej wersji. Zasługi mojej w tym nie ma, ale radość z lektury – ogromna. Choć radość to może niezbyt właściwe słowo.

reszta w numerze drugim.

O „Pontypool” w Nowej Fantastyce

Wiele lat temu postanowiłem zostać dziennikarzem – w tym celu zapisałem się na studia, podszedłem do egzaminu wstępnego, wskutek czego nie zostałem przyjęty. Szanowna komisja wzgardziła również kolegami, którzy stawili się przed nią z podobną intencją. Uznaliśmy bowiem, że zawodu pismaka nie wypada uprawiać inaczej niż stadnie. Wylatując na zbity pysk rozbudziłem w sobie żal za straconą szansą. Nie dla mnie rozmowa z Melem Gibsonem, kto inny wytknie nietrzeźwy brak konsekwencji prezydentowi Kwaśniewskiemu.

Drugie podejście do dziennikarstwa miałem pięć lat temu, kiedy podreptałem do pewnej krakowskiej gazety wyżebrać jakąś szansę. Pan naczelny uradował się na mój widok, zapytał, czy mam jakąś pracę, gdyż uprawiając zawód z misją utrzymać się nie zdołam. Posłał mnie następnie na konferencję do magistratu i na koncert Procupine Tree – ci grali tam, gdzie powinni, czyli w supermarkecie. Konferencja była w inny dzień, zespół nie wystąpił. Pomyślałem sobie: Bóg naprawdę nie chce bym dziennikarzył, przesyła mi w związku z tym znaki. Następnym będzie cegła spadająca na mój durny łeb.

To krótkie doświadczenie nauczyło mnie, jak trudny jest zawód dziennikarza. Przeżycia lat następnych dodały obserwację, że dziennikarz radiowy wyróżnia się szczególnie wysokim stopniem zabiedzenia. Krążą tacy po rozgłośniach, nieodmiennie w grupach, wbici w szare swetry i wytarte marynarki. Nieodmiennie ich żuchwy wysunięte są do przodu, co jak sądzę ułatwia chwytanie pokarmu, jednocześnie utrudniając mówienie. Przez moment myślałem, że zostanę rozszarpany. A ci ludzie niosą nam dobry humor po falach eteru, oferują informacje, dźwięki. Niekiedy – nadzieję. Przynajmniej w filmie „Pontypool”.

[ytorbit]Ehq2a8lum_4[/ytorbit]

Warszawiacy. R. 23

Grała Bryta, a Kosma tańczył. Za nim pochylał się rozświetlony napis DEKADA.
Próbował zgrać swe zwaliste ciało z młodzieżowym klimatem otoczenia: wbił się w obcisłe, białe dżinsy z kieszeniami obszytymi nitką czarną jak dżuma. Błyszczące mokasyny. Wykrochmalony kołnierz koszuli postawiony na sztorc i bransoleta.

Nie interesował się nikim wokoło.
– Patrz jaki dżolo – Świętek szturchnął Piotrka – kto by pomyślał, że facet się odnajdzie.
Świętek miał turecki sweter i żałobę pod paznokciami.
– Znasz Kosmę.
– Ale ja nie znam – Kamila zapaliła cienkiego papierosa, Świętek musiał zaraz rzucić żart:
– Jesteś pierwszą dziewczyną, która chce go poznać.
Uśmiechnęła się zalotnie i to tak, że nawet Świętek załapał.
Piotrek nagle poczuł się jak piąte koło u wozu, wstał po piwo i margarithę dla Kamili. Nie podobało mu się to miejsce, za kolorowo, za głośno, zaraz jakiś gówniarz chwyci go za tyłek – po co komu ręce łamać? I jeszcze tłum przy barze, krótkowłosa dziewczyna w garniturze, chłopak w zielonej bluzce, za to z tunelami jak denka od piwa, obok trzech studentów, a każdy, kurwa, w polo. Blond diablica w czerwonej sukience. Na gołe ciało jak nic. I gdyby jeszcze pili bronka jak ludzie, każdy chciał coś fikuśnego i kolorowego. A on, Piotrek o suchym pysku. Drażniło go czerwone światło.
– Dla mnie ciemne łamane – poprosił Świętek. Piotrek pokazał mu plecy.
A Kosma tańczył jak maszyna której kończy się zasilanie, rozgrzane baterie ślą ostatnie elektryczne kopniaki: nogi rytmicznie w górę, jak przy marszu. Balans ciała. W bok. Ramiona wyrzucał przed siebie, raz wysoko w górę, raz na wysokość twarzy.
– Powiem ci, że za moich czasów tośmy tak nie dokazywali – rzekł Świętek po swojemu, dziwnie, bełkotliwie. Nie wiadomo, chciał podtrzymać rozmowę, czy był ciekaw: co to za Kamila. Przechylił kufel. Ostatnia kropla piwa spadła mu do ust – kto to słyszał? – ale popatrz na to!
Pod sufitem dyndało kilkanaście srebrnych kul, każda wielkości piłki plażowej. Świętek wydął wargi:
– Kiedyś w Sopocie to taka jedna była. A teraz fiu fiu. Czasy idą ku lepszemu.

dalej

wolałbym nie

Omega

Omegę poznałem na jednym z literackich spotkań, to znaczy, raczej po, jak gnieździł się gdzieś na tyłach knajpy, otoczony kolorowym gronem kompanów, zasłuchanych i zapatrzonych w człowieczka, którego można przeczytać, a nawet zobaczyć w telewizji. Było to już po drugiej książce i Omega brylował w aureoli nadziei młodej prozy, co właśnie się ucieleśnia. Pierwsze wrażenie zrobił fatalne, blady, wręcz siny od zioła, ubrany w najmodniejsze ciuchy (na modzie się nie znam, lecz podobne widywałem w telewizji), nie spoglądał na rozmówców, lecz ponad nimi, w ostateczności na czubki ich głów. To on chyba mnie rozpoznał, podszedł, pogadaliśmy chwilę, wyszło, że czytaliśmy siebie nawzajem, co prawda pobieżnie, lecz wystarczająco, by jeden postawił drugiemu. W gruncie rzeczy postawienie wydaje mi się ważniejsze niż rozpoznanie, przegadaliśmy parę godzin, a bufonada, z której Omega miał słynąć, ani razu się nie ujawniła. Może dlatego, że widział we mnie kogoś równego sobie, a może – wolę tę wersję – ucieszył się zwyczajnie, że jest ktoś, kto nic od niego nie chce i nie podchodzi na klęczkach.
Zainteresowań nie mieliśmy podobnych, za to wrażliwość zbliżoną, świat naciskał nas w ten sam sposób i podobnie rozbieraliśmy ludzi, podobnie mówiliśmy o nich, no i niedawno trafiliśmy do Warszawy, każdy przyszedł tam osobnym kanałem i musiał zmierzyć się z własnym zagubieniem. Omedze szło ciut lepiej, umiał się dogadać, wiedział, gdzie zadzwonić i co powiedzieć, żeby liznąć medialnego blasku, z zasady pisarzom niechętnego. Parę razy mi pomógł, dał zarobić, komuś przedstawił, co zarezonowało miłym przelewem na konto. Robił to z sympatii, choć trzeba dopowiedzieć, że nie byliśmy dla siebie konkurencją, ja osadziłem się mocno jako autor tradycyjnych opowiadań fantastycznych, za to Omega stawał na uszach by być autorem nowoczesnym.
Dzień Omegi zawsze wyglądał podobnie. Budził się koło południa, wyganiał z łóżka kolejną pannę, pilnując, by nie wróciła, a jeśli już to z browarem, następnie siadał, coś pisał (bloga, esej), lub kontemplował kolejną powieść eksperymentalną, ściskając pada do play station lub włócząc wirtualny tyłek po klipach na youtube. Wychodził gdzieś po południu i pędził, cel tego pędu pozostawał jednak tajemnicą dla mnie i dla otoczenia. Widywano Omegę, jak gdzieś gna z lapem na plecach, jak kokosi się w taksówkach, gdzieś dzwoni, nerwowo łączy się z netem, zawsze będąc w ruchu, wpada i wypada do budynków redakcji i organizacji pozarządowych, coś notuje po drodze, na kogoś wrzeszczy i tak dalej. Wieczorami lądował w knajpie, intensywnie czarując, by następnego dnia nie przebudzić się w samotności. Niczego nie musieliśmy sobie zazdrościć.
Debiutancki tomik wierszy Omegi przeszedł właściwie bez echa, więc młody autor zwrócił się w stronę prozy, imponując zabiegiem formalnym. Na jego Wolałbym nie składało się kilkanaście krótkich opowiadań, małpujących dokonania czołowych pisarzy polskich, od Iwaszkiewicza po Żulczyka i Masłowską. We wszystkich tekstach Omega zastosował identyczną metodę: wybierał temat właściwy dla danego autora, genialnie kopiował język, podejmował podobną tematykę, tylko po to, by dokonać dekonstrukcji – zdania wykrzywiały się gwałtownie, każdy następny akapit zdawał się prześladować wszystkie poprzednie, miażdżyć je lub parodiować, słowem, koniec opowiadania oznaczał pod względem językowym masakrę punktu wyjścia. Podobnie było z tematyką. Omega dobierał właściwą dla każdego autora tylko po to, by ją efektownie roztrzaskać – przykładowo wprowadzał postać prześladowanego geja, który z pomocą organizacji pozarządowych walczy z dyskryminacją aż do ostatecznego zwycięstwa – straciwszy sens życia, dyskryminuje się sam. Książka sprzedała się średnio, budząc jednak żywe zainteresowanie krytyków, mediów, oraz wściekłość twórców w niej opisanych. Ci ostatni niewiele mogli zrobić. Omega pożywił się nimi, przeskoczył, brylował, ujawniając się jako prawdziwe zwierzę medialne, do tego jego imponująca postura, byczy kark i potężne ramiona zniechęcały obrażonych do prób rewanżu w starciu bezpośrednim.
Kiedy zaprzyjaźniałem się z Omegą, stał przed przykrą koniecznością napisania drugiej poważnej książki. Rozumiał bowiem, że się nie wyśliznie, że życie z felietonów o podkulturze, z prasy kobiecej i mamrotania w programach telewizyjnych kiedyś się skończy, że przyjdą inni, bardziej oblatani, ładniejsi, a nade wszystko, lepiej mamroczący. Zwierzał mi się przy wódce, aż to robiło się nudne, nieustannie jęczał, kiwając głową, że owszem, młody był, na debiut pomysł był prosty, wystarczyło umieć czytać i pisać, a teraz – co robić. Radziłem mu, żeby napisał coś bardziej w moim stylu, dla ludzi, na przykład historię miłosną albo coś o trudach pracy w wielkiej firmie, może thriller prawniczy w stylu Grishama, które Omega bardzo lubił. Marszczył wówczas swój wydatny nos, nad wysokim czołem zbierały się chmury. Mówił mi coś takiego:
– Wolałbym nie. – Robił pauzę i tłumaczył: – nie mogę uzależnić się od czytelnika. Książka się sprzeda albo nie. Tego, chłopie, nie przewidzisz, możesz włożyć forsę w promocję, być wszędzie, na każdym kanale, zejdzie tysiąc z kawałkiem, co zrobisz, co za to kupisz? A żyć trzeba. Słowem, nie przewidzisz zachowania konsumenta książek, opinię krytyka i owszem, za tą opinią idą granty, stypendia. Mówię ci. A nie wiem, co pisać, żeby utrafić, z kim ścigać się, a komu odpuścić.
Znaliśmy się rok z kawałkiem, gdy Omega oznajmił mi, że zabiera się za pisanie nowej powieści, konkretnie, fikcyjnego bloga homoseksualisty, który dokonuje exodusu z rodzinnej wsi w wielkomiejską społeczność, zanurza się w życie klubowe, ujawnia się wreszcie, co w konsekwencji rodzi konflikt z najbliższymi, ze społecznością małopolskiej prowincji. Prócz bloga, będącego tekstem zasadniczym, planował włączyć zdjęcia, fragmenty recenzji nieistniejących książek, plan miasta, pełen klubów gejowskich, fikcyjnych lub nie, do tego dossier co bardziej wpływowych luminarzy homoseksualnego światka, równie prawdziwych i zmyślonych. Rzecz wyglądała ambitnie. Omega przystąpił do pracy z zapałem, dbając, by o książce mówiono, nim powstała choćby linijka. Nie znałem wówczas jego faktycznych zamierzeń, nie wiedziałem nawet, czy zna środowisko gejowskie, jeśli znał i bywał, skrywał ten fakt przede mną.
Gdzieś w jednej czwartej prac nad nową książką, spostrzegłem zmiany, jakie zaszły w Omedze. Wyraźnie schudł, zarazem nieco zmężniał, spod koszulki wystawały mu kształtne bicepsy, choć nie słyszałem, żeby odwiedzał siłownię. Do tego zmienił styl ubierania, wskoczył w wąskie dżinsy i obcisłe koszulki, rozszerzane w barkach, tak by sylwetka układała się w seksowne „fał”. Dawniej zarośnięty niczym glina z amerykańskiej strzelanki, objawił się z gładziutki, z włosami precyzyjnie ułożonymi na żelu, nawet głos mu wyszczuplał, pojawiła się w nim miękkość, idąca w parze z ostrożnością dobieranych słów. Zaskoczony tą zmianą, nie śmiałem pytać, może temat go wciągnął, może coś w sobie odkrył – faktem jest, że dziewczyny podrywał coraz rzadziej, wolniej, aż jakoś tak w połowie twórczego wysiłku, odpuścił. Mężczyzn przy nim nie widywałem. Zagadywany o zmiany, zbywał mnie żartem lub zgoła milczał, wpatrzony w obrączki i sygnety mnożące się na jego palcach.
(…)

ciąg dalszy w antologii. Na prośbę Werwolfa16 wklejam też info o niej. Przy okazji przypominam podział black metalowej, czteroosobowej hordy który kiedyś wymyślił Urbaniuk. Czteroosobowa black metalowa horda dzieli się na dwie dwieoosobowe watahy, wataha z kolei na dwa pojedenycze werwolfy. O antologię pytajcie w Ha!arcie. Oto obiecane info:

„Wolałbym nie” – Chutnik, Czerniawski, Czerski, Dehnel, Dzido, Franczak, Orbitowski, Pawluśkiewicz, Shuty, Zygmunt, Żulczyk, Żurawiecki – antologia pod red. Grzegorza Jankowicza

Antologia młodej prozy „Wolałbym nie” prezentuje teksty polskich pisarzy urodzonych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, w których na różne sposoby protestują oni przeciwko rozmaitym formom zniewolenia: politycznego, ideologicznego, cywilizacyjnego, kulturowego, instytucjonalnego, językowego, egzystencjalnego, emocjonalnego.

W tle przewija się postać Bartleby’ego, którego słynna fraza „I would prefer not to [wolałbym nie]”, była wielokrotnie odczytywana w kontekście społecznego i politycznego zniewolenia jako lapidarna formuła sprzeciwu wobec opresji społecznych, konwencji i instytucjonalnych norm.

pradziadek na koksie. w nowej machinie

STADA MOTYLI TOPIONE W SZAMPANIE. POTWORY WYPEŁZAJĄCE SPOD ŁÓŻEK. SZPIEG, PRZEMIERZAJĄCY SOWIECKĄ GRANICĘ Z DWUDZIESTOMA GRAMAMI KOKAINY W KIESZENI I PRZYNAJMNIEJ JEDNYM W NOSIE. NASI PRADZIADKOWIE UMIELI TAK POSZALEĆ, ŻE PETE’OWI DOHERTY’EMU WYWALIŁOBY GAŁY

Robert Anton Wilson, autor kultowej gdzieniegdzie trylogii „Iluminati”, we wspomnieniach z lat 60. przywołuje spotkanie z niejakim Leonardem i jego małżonką w swoim domu. Rozluźniony Leonard zapytał, czy mógłby sobie ulżyć ręka. Żona, znając swojego męża, zareagowała spokojnym uśmiechem, za to gospodarz pozbierał szczękę z podłogi i zaczął wypytywać, o co właściwie chodzi: czy masturbacja, czy tutaj, czy teraz. Leonard radośnie potwierdził, Wilson jął szukać ratunku, wreszcie zasłonił się dziećmi, klarując cierpliwie, że onanizujący się facet nie byłby dobrym spektaklem dla sześciolatków. Leonard pojął, skłonił się, poszedł do łazienki, radować się czynnością w samotności. Jest w tej scenie coś smutnego – parodia ruchu i rewolucji seksualnej – jeden spalony facet, którego cieszy autoerotyzm. Ale to i tak lepsze od tego, co mamy dziś. Zamiast zabawnej rozwiązłości lat 60. – techniawki, seks ubikacyjny, amfa zmieszana z tłuczonym szkłem. Wyobrażam sobie pradziadka grożącego palcem dzisiejszej młodzieży. Ma ponad setkę, ledwo umie gadać, sztuczna szczęka tego nie ułatwia, jednak mówi: „Zle się bawicie, młodzi. Ja bawiłem się lepiej”.

ZAPODAJ MI DOŻYLNIE

Popularność kokainy, jej powszechna dostępność oraz akceptacja wiązały się z tym, że urok tego specyfiku poznaje się natychmiast. Na przykre konsekwencje, jak utrata przegrody nosowej, trochę się czeka. Zygmunt Freud tak ukochał kokainę, że napisał na jej cześć piosenkę. Stevenson stworzył „Doktora Jekylla i pana Hyde’a” podczas kokainowego tripu, a jego kolega po fachu, Artur Honan Doyle kazaŁ Holmesowi zapodawać narkotyk dożylnie, z entuzjazmem. Na kokainie zdobywano bieguny i ośmiotysięczniki. „Kokaina” Pitigrilliego, pseudonim Segre Dino, powieść wydana w 1921 roku, wywołała skandal, jakiego Doda z Madonna nie potrafiłyby sobie nawet wyobrazić. Opisy narkotycznej orgii, kłamstw, konfabulacji, rozpustnego życia narratora szokowały nawet największych liberałów. Stanowiły jedyna chyba przyczynę, dla której czytano to marne dzieło. Pornograficzny charakter powieści stanowił zresztą furtkę dla potoku mądrości życiowych autora, klarującego nieustannie, że nie ma lepszej żony niż była prostytutka albo że od Murzyna gorszy jest tylko chłop na wsi. Pitigrelli musiał uciekać z Włoch, naraziwszy się Mussoliniemu, by w końcu, jak większość rozpustników, nawrócić się na katolicyzm, dożyć późnej starości, przepraszając Boga za to, co nawywijał jako młody człowiek. Opisy kokainowego Paryża przyprawiają o zawrót głowy, a oprawa związana z zażywaniem narkotyku budzi religijne skojarzenia – kobiety przyjmują dawkę niby komunię, „relikwię albo święty symbol”. Mont Martre trzeszczy o „białych mszach” organizowanych przez ormiańską piękność, zaś sam główny bohater, jak tylko sobie wciągnie, truje otoczeniu o Bogu, świętych i księżach.

reszta w Machinie

dwa razy ja w Nowej Fantastyce

raz, czyli opowiadanie „Głowa węża”

(…)

Belladonna. Dosłownie „piękna kobieta”. Wilcza jagoda. Schronienie.
Maks garbił się nad planami i zdjęciami. Było ciepło, więc zabrał od ciotki plastikowy stół, krzesło i usadowił się na trawniku, w gardle budynku. Mury Belladonny otaczały go z czterech stron, słońce odbijało się w ekranie laptopa. Zamknął komputer. Czytał. Z kubka parowało.
Belladonnę wzniesiono dokładnie siedem miesięcy temu, w lesie za wsią. Budynek zaprojektował Robert. Robert skoczył. To wiedział. Wykupiono tereny w promieniu trzech kilometrów, ogrodzono, w lesie ponoć znajdowali się ochroniarze, których Maks nie dostrzegł. Budynek ma cztery kondygnacje, dwanaście mieszkań plus apartament na poddaszu. Własność Roberta.
Na trawniku pojawiła się ciotka. Tym razem przyniosła ciastka. Talerz ozdobiony był esem-floresem, sama ciotka wskoczyła w bluzę i sukienkę w kratę, światło obnażyło plamistą brzydotę tej kobiety: guzy na szyi, sterczący nos, przebarwienia na dłoniach i policzkach.
– Porozmawiają z tobą – oświadczyła. – Pytałam i wszyscy się zgodzili. Basia i Szczepan nie, ale wiadomo, jak to z nimi. Mówiłam ci o nich? Straszne nieszczęście.

Za Belladonną jest kryty basen, kort tenisowy, pusta siłownia, garaże na wielkie samochody, osobliwy rodzaj sklepu, skąd po prostu towary się bierze, niczym z lodówek hotelowych: chleb kosztuje dwadzieścia złotych, butelka piwa ponad pięć. Papierosy normalnie. W Belladonnie obowiązuje zakaz palenia.
Mieszka tu siedem osób, jeśli nie liczyć dziwek Karola.
Maks przypomniał sobie o Robercie. Zaznaczył. Sześć głów plus dziwki.
– Co właściwie z tym Robertem, ciociu?
Pomógł rozłożyć jej leżak.
– Wiedziałam, że tak będzie. Zalazł tu ludziom za skórę, nie ma co. Nie mówię tylko o Karolu, który nikogo nie lubi. Albo o Szczepanie z żoną, którzy, wiadomo, mają swoje trudności. Tłukł się. Wrzeszczał po nocy. Ale nie miał gości. Basię to chciał stąd wyciągnąć. Od Szczepana. Mało Szczepan go nie zabił. To dobrze. Nie miał. Myślę, że gdyby… Wybudował ten dom i dom go rozczarował – ciotka zamilkła.
Znalazł wyciąg z regulaminem, sięgnął po czerwony marker.
– Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Wyszedł na dach i skoczył. W gruncie rzeczy uderzył tutaj, metr od miejsca, gdzie siedzisz.
Na Maksie ta wiadomość nie zrobiła wrażenia. Czytał.
„Nikt nie może zamieszkać w Belladonnie bez zgody wszystkich mieszkańców”.
– Długo tu mieszkasz, ciociu?
– Pół roku. Prawie co do dnia.
– A dlaczego się tu przeniosłaś?
– To już wywiad?
– Powiedzmy.
„Każdy mieszkaniec może zostać usunięty z Belladonny jednomyślną decyzją pozostałych”.
„Z tego powodu mieszkań nie można kupić. Ludzie wynajmują”.

i dwa, czyli felietonik, tym razem o „Grace”

O tym filmie zrobiło się głośno w horrorowym światku, głównie za sprawą doskonałego plakatu. Widzimy na nim butelkę ze smoczkiem, wypełnioną krwią, co dobrze zwiastuje temat „Grace”. Madeline to młoda dziewczyna uwikłana w zimne małżeństwo; ma za sobą intensywny epizod lesbijski i terroryzuje męża wegańską dietą. Facet wsuwa te zdrowe obiadki (trudno o większy dowód miłości), momentami buntuje się, podkładając jej mięso na steka w kopercie, w cieniu ich związku funkcjonuje opresyjna teściowa, wyraźnie niezadowolona, że jej jedynak poślubił taką dziewczynę. Po wielu próbach i dwóch poronieniach Madeline zachodzi w ciążę, poddając się potem wszelkim możliwym obsesjom młodej matki. Dochodzi jednak do nieszczęścia, czyli wypadku samochodowego, niezbędnego w każdym filmie tego rodzaju. Ginie mąż i dziecko w jej łonie. Ona, wbrew wszystkim, decyduje się dotrwać do rozwiązania i urodzić trupa.

Eksperymentalna metoda porodu, zaaranżowana przez byłą kochankę Madeline przynosi nieoczekiwane rezultaty i mała Grace ożywa na dłoniach matki. Rozpoczyna się macierzyństwo niełatwe i obfitujące w niespodzianki.

[ytorbit]_FIsRuIoxLE[/ytorbit]

dwa dalsze ciągi w numerze październikowym

Newer Posts
Older Posts