Najnowsze komentarze

Kategorie

porusza i prowokuje...

tydzień z głowy

Tydzień z głowy (319)

Życie jest grą

super-mario-bros-crossover-44

Pierwszy żyje w „Cywilizacji”. Wypełzł z leśnej jamy, utytłany ziemią, i poprowadził swe plemię przez bagna. Trochę lał się w szkole. Zdobył dziewczynę i pół podwórka. Nastał czas rozbudowy. Z nim przyszły pierwsze śmiałe akcje, szturmy i odwroty. Rozszerzał się nie tylko w pasie, aż wreszcie pojął zasady gry. Wynalazł proch. Miażdżył swoich wrogów, a jeszcze lepszy był w zawieraniu sojuszy. Wreszcie zbudował swoje królestwo, jego doktor wymyślił penicylinę, zaś inżynier most, którym złączył to, co wcześniej nie mogło być złączone. Jest syty, lecz niespokojny. Niedługo zbuduje rakietę i poleci w kosmos.

Drugi żyje w „Prince of Persja”. Na początku spadał bez przerwy, łamał kości, coś go cięło. Doił płynne zdrowie prosto z butelczyny. W końcu przeszedł pierwszy poziom i następne. Zamiast chodzić – biegał, miast się skradać – skakał. Opanował też zasady pojedynku ze wskazaniem na parowanie ciosów. Lochy zmienił na dom, a dom na pałac i tak, w końcu, doleciał do swojej księżniczki. Objął ją i zrozumiał, że coś się skończyło. Z tego powodu przechodzi nieustannie tę samą grę, na czas, za każdym razem uzyskując lepszy wynik.

Trzeci żyje w „World of Warcraft”. Na początku był mały, lecz urósł, zdobywając mnóstwo punktów doświadczenia. Wszystkie wydał rozumnie, budując samego siebie dokładnie tak, jak zaplanował. Z tego powodu boi się o siebie. Z każdym kolejnym dniem perspektywa śmierci staje się coraz bardziej przerażająca. Oznacza większą stratę. Przypuszcza, że zabraknie mu sił, aby zaczynać od początku. Inni zbierają dlań złoto i zabijają potwory. Za młodu grał nieustannie, wyjąwszy krótką przerwę na sen. Teraz coraz chętniej ucieka od grania, a nawet chowa się przed grą, a ona płynie sobie obok niego jak leniwa rzeka, w której przyjemnie zamoczyć stopy.

Czwarty żyje w „Dear Esther” bądź innej grze niezależnej. Zbudował siebie za małe pieniądze, gdyż nikt w niego nie wierzył, nie chciał inwestować. Uznano, że dla tego życia wystarczy mały budżet. Dlatego postanowił zostać człowiekiem ciekawym i zabawnym. Jest jak szkocka wyspa pełna starych domów, z latarnią morską w której walących się murach wiatr wygwizduje najróżniejsze opowieści. Ma tylko to: słowa i kamienie. Żongluje jednym i drugim, wciąż próbuje być zabawny i ciekawy, aż pewnego dnia zrozumie, że człowiek zabawny jest też nieinteresujący.

A ja żyję w „Mario Bros”. Zawsze patrzę na siebie z boku. Mój świat ma tylko dwa wymiary. Lecę przed siebie, przeskakuję przez przeszkody, a jak walnę łbem w sufit, sypią się monety. Moja dusza ma wąsy. Wskakuję do kominów i spadam na żółwie. Bujam się na grzybkach. Zdarza mi się wykonywać nieliche akrobacje, balansując na krawędzi. Gdy docieram do celu, łopocze chorągiewka. Każdy następny poziom jest trudniejszy od poprzedniego.

tydzień z głowy (318)

Posted on 28 października 2014

37

WP_20141028_001

Rok temu mieszkałem w Kopenhadze. Dziś mieszkam w Warszawie. Wróciłem do domu. Straciłem dom.

Rok temu ukazała się „Szczęśliwa ziemia”, książka, o której myślałem, że mnie pogrzebie. Okazała się nie tylko sukcesem literackim, ale – pozwolę sobie nieskromnie stwierdzić – najlepszą rzeczą, jaką kiedykolwiek napisałem. Ot, dowód, jak łatwo pomylić się w osądach. A teraz proszę, na półeczce nowa rzecz, „Zapiski nosorożca”.

Rok temu wszystko było inne. Zupełnie inne. Ledwo tydzień minął, jak kotka Kreska, królewna Kreska, wykorkowała na moich kolanach. Pogrzeb, jaki jej wyprawiliśmy, był bardzo piękny. Poleciał Chopin z iPhone’a.

Przeczytałem gdzieś, że średnia życia dla chłopa wynosi 72 lata. Oznacza to, że osiągnąłem szczyt i pomalutku schodzę sobie z górki. Nie mam nic przeciwko temu. Droga jest kręta, lecz wygodna. Był piękny widok ze szczytu.

Nie mam nic przeciwko siwym włosom i zmarszczkom wokół oczu. Mogę pisać o tych 72 latach, ale nie czuję, aby mijał czas. Nie mam też nic przeciwko temu, że kiedyś będę musiał umrzeć.

Moje życie ma sens. Wiem, co powinienem robić, i zrobię to z całą pewnością. Będę pracował, doglądał syna, spędzał czas z bliskimi. Pojadę w kolejną podróż. Kręci się świat.

Moim największym szczęściem są ludzie. Nigdy nie przypuszczałem, że będę tak mocno i szczerze kochany przez taką bandę dobrych patafianów. Nie wiem, w jaki sposób do tego doszło, ale to dobra rzecz.

Nie jestem smutny. Ale nie umiem pisać inaczej niż w smutny sposób, jak tutaj. Wydaje mi się, że smutne pisanie jest jakimś dowodem mojej niewdzięczności, bo świat jest dla mnie łaskawy. Dał mi bardzo wiele. Więcej niż zasłużyłem.

Lubię się czasem wyczepić, na dzień, może trzy. Zatrzasnąć się w puchowym schronie, zresetować duszę. Tak właśnie było przez te ostatnie dni. A teraz wracam do życia. Niech sobie trwa. To i ja potrwam. Jeszcze trochę.

Tydzień z głowy (317)

Posted on 20 października 2014

WP_20141019_008

 

 

O czym możemy pisać, gdy nie możemy o czymś pisać?

O ludziach, którzy nie istnieją, o łączących ich istniejących wydarzeniach.

O ludziach, którzy nie istnieją, o łączących ich nieistniejących wydarzeniach, aby każdy cep wypatrzył, co zostało pominięte, o czym pisać nie chcemy.

O ludziach, którzy istnieją, przydając im nowe wydarzenia, a także maski, imiona, biograficzne akcydensy, furę pudru, tapiru, blizn i szminy, naiwnie sądząc, że nie rozpoznają siebie sami, że nie zostaną rozpoznani.

O tym, co zamroziło się w przeszłości. O ukochanej dziewczynie z liceum, która zdążyła się zmienić w pancerną lochę otoczoną stadem ogłupiałych warchlaków. O piciu jaboli w bramach, o kolegach z wojska, o pierwszym razie, pierwszej komunii, pierwszym wpierdolu, jakby rzeczywiście to, co pierwsze, było w jakikolwiek sposób lepsze i ważniejsze od drugiego i dziesiątego.

O światach nieistniejących. O lochach, horrorach i potworach, o Camelotach z Saturna i cybernetycznych krogulcach, o wytworach socjotechniki przyszłości skomplikowanych jak zwoje mózgowe Stanisława Lema, o wojnie chuja kwadrata z chujem sześciokątem toczonej w imię geometrycznego tronu, o alternatywnych ścieżkach dziejów, z których wynika czarno na białym, że każde życie jest lepsze niż nasze.

O rzeczach drobnych, o małych przyjemnościach. O suto zastawionej kolacji z dokładnym wyliczeniem bukietu smaku każdej przystawki i każdego pucharu, z obowiązkowym ocieraniem czytelniczego noska o talerz wędlin z szesnastoma rodzajami majonezu. O zapachu merlota, o pieprzykach na jej ramieniu dających się przyrównać tylko do bilardowej kuli, o kłosach czochrających wnętrza dłoni, o jeździe kabrioletem w umiarkowanie deszczowy maj, o spince do krawata i masie perłowej wlanej w obręcz z najszczerszego złota, jakbyśmy zapomnieli, że tych pierdół nigdy nie zbierze się tyle, by zapchać dziurę wyjącą po tym, co nie zostało wypowiedziane.

O dzieciach. O dzieciach, bo każdy był kiedyś dzieckiem i na pewno zrozumie wszystko, cośmy tam, w tych książkach, naknocili. O dzieciach, bo ich świat jest prosty, pełen nierzeczywistych lęków i niewysłowionej radości, i można go kroić w akapity grubymi płatami, tak jak pijany rzeźnik rąbie kolejnego tucznika na poprawiny. O dzieciach, które są piękniejsze niż dorośli, uczciwsze niż dorośli i mają wielkie, gorące serca, jak na przykład Heliogabal. O dzieciach, bo ich krzywda jest nieodmiennie tak straszna, że przysłania wszelkie inne straszliwości tej przepięknej planety.

O Bogu i o jebaniu, bo o tych dwóch sprawach można napisać wszystko, co tylko przyjdzie do głowy.

Innej puenty nie będzie.

tydzień z głowy (316)

 

 

 

 

 

 

Puch

893332.3

Lubię ten numer. Pochodzi z nieistotnej płyty nieistotnego zespołu.

Gwiazdy na wodzie. Słuchałem tego kawałka, idąc do pracy Dorchester Avenue. Miałem na sobie kurteczkę z puchatym kołnierzem, buty kontraktorki i wełnianą czapkę. Mogłem podjechać przystanek metrem, ale chciałem oszczędzić dwa dolary i drałowałem piechtą. Boston był jeszcze ciemny, lśnił słaby lód. Myślałem o tym, co muszę zrobić, o tym, co było do przepracowania, a także o przyjaciołach, książkach i dziewczynie po drugiej stronie Atlantyku.

Gwiazdy na wodzie. Słuchałem tego kawałka w Kopenhadze, w samotne wieczory, bardzo pijany. Myślałem o moim synu, o moich rodzicach i przyjaciołach, i tak właśnie gasiłem wieczór. Ta piosenka jest jak walenie głową w mur.

Gwiazdy, hen tam, na wodzie. Ale tu są duchy moje.

Moje duchy to zima i martwe niemowlę w śmietniku. Jak w piosence, bo o tym opowiada ta piosenka, o martwych noworodkach.

Moje duchy to szósta rano i papieros na balkonie. To próba wytłumaczenia sobie, że ten dzień jednak się uda i nie będę czuł się źle, a przynajmniej nie najgorzej. To chleb z wędliną i pomidorem, kawa z kawiarki i śmieci, które wyrzucam do kubła wyselekcjonowanego dla nieselekcjonowanych odpadów.

Moje duchy to kawa w południe odbębniona w narożnej knajpce, to kelnerka rozczarowana tym, że przyszedłem i zamawiam jedynie kawę, choć posiedzę trzy godziny, klepiąc w laptopa. To zamożne mordy o zadbanych włosach i ich trajkotanie obok, to baba przesycona botoksem i jej pusty śmiech. Ale też to przyjaciele dzwoniący z pytaniem, czy przyjdę, czy mogą przyjść.

Moje duchy to Kraków, miasto, w którym mylę buty, wychodzę w cudzych, nie widząc różnicy. To noc, gdy odstawiam przyjaciela, mojego kochanego przyjaciela, pod drzwi, dzwonię i uciekam, nim żona otworzy. To Huta, Prądnik, Urzędnicza. To wódka i przyjacielski pies.

Moje duchy to Rykusmyku, Oława i Wrocław, ten nie całkiem czarny Śląsk, z Julkiem, który pędzi do nosorożców, choć wolałby grać na PlayStation, to busik, knajpki pod nasypem i dobrzy ludzie, ich dom, mój dom.

Moje duchy to nie książki, nie filmy i gry; piszę o życiu, ale pisanie nie jest życiem.

Czarny kruk już w locie?

 

tydzień z głowy (315)

Posted on 5 października 2014

Jeżdżąc po syna

st-martin

Jebane chamstwo pierdolonych pracowników czerwonego autobusiku. Nie wiem, jakim cudem w jednej firmie, na najróżniejszych trasach zdołano zgromadzić taką bandę zakutych łbów, tępych cip, intelektualnych nieodrostów. Nie dalej jak miesiąc temu byłem świadkiem, jak jakiś ciul nie pozwolił usiąść matce z dzieckiem na ręku i tobołami (czekała na męża wyposażonego w bilet), choć parę lat wcześniej zbierał wciry przez kolano od swojej własnej starej. Głupi pasażerowie gadający dyrdymały przez komórki. Pijany gnój, który coś tam zniszczył w autokarze i musieliśmy czekać na policję w Katowicach. Potem popłakał się przed gliniarzami, choć przecież miał tatuaże i wiedział, jak się dawać w palnik od szarego świtu. I jeszcze ten niepowtarzalny zapach polskiego pasażera, woń porannego potu zmieszanego z wódą, osadzony na koszuli ze sztucznej tkaniny. Opóźnienia, kolejka przy wejściu i wyjściu, kibel jak pudełko na kondomy, Polska.

Dworzec autobusowy we Wrocku, piękny jak rzyg w blaszaną umywalkę. Choć długo włóczę się po świecie, nigdzie nie widziałem takiego nagromadzenia młodych drabów. Wiecie, chodzi o te mordy ze skały obleczone siną skórą, w której drzemią sobie cwane oczęta, o czerwone łapska wystające z bawełnianej bluzy i gruby dres na dupie stwardniałej od ławki w areszcie i pryczy na wytrzeźwiałce. Podchodzą, proszą o papierosy, o drobne, o jedzenie, a jak pójdziesz takiemu coś kupić, zaraz zacznie grymasić, że nie hot dog, tylko knysza i frytki, a najlepiej coś innego, bo dba o siebie i jada zdrowo. Taki przyjemniaczek oceni cię w trzy sekundy: da nura w portfel, sprawdzi rozstawienie nóg, trafnie oceni zasięg ramienia i będzie wiedział, na ile kurtka wraz z torbą krępują zasięg twoich ruchów. Jest ich tam pełno, na tym dworcu. Stoją w grupach i filują, co by tu gdzie. O którejkolwiek porze bym nie przyszedł, zawsze mają jakąś sprawę. Cieszę się, że jestem, kim jestem, że mam ryj prawie jak oni i szerokie bary, cieszę się, że nie muszę kulić się w tym miejscu i nie mam po czym płakać, jeśli jednak mnie obrobią.

Busik do Rykusmyku, który mnie nie zabierze, bo jest przepełniony. Młodzi w drugim busiku rozprawiający o swoich dziewczynach i chłopakach. Dziwią się, jak z nimi wytrzymują, ci młodzi narzeczeni, i ja też się dziwię, bo nie mogę wytrzymać tego gadania ledwie przez godzinę jazdy. Odrapany przystanek w Rykusmyku, gdzie siedzę z synem na połamanych, czerwonych fotelach. Na pobliskiej tablicy powieszono plakat ze zdjęciem zbiorowych uśmiechniętej grupy osób. Szczerzą się, jakby właśnie ukręcili loda grubego jak baszta pobliskiego zamku, a nad nimi, niczym ogon betlejemskiej gwiazdy promienieje napis POROZUMIENIE PRAWICY. Wcześniej, dużo wcześniej, dwóch dziadów rozwijało na przystanku własną teorię bezpłatnej opieki zdrowotnej, a spodnie mieli w łatach. Pod hotelem młody ziom popijał browara z siwuteńkim bezdomnym. Była chyba ósma rano. Ziom był postawny, muskularny i dobrze ubrany, bezdomny wręcz przeciwnie: miał brodę Mojżesza, długie kudły spięte na karku i ryj jak mądry, nabrzmiały wrzód. Żłopali Żubra, każdy swojego. Zastanowiłem się, czy mają świadomość, że pierwszy zapowiada drugiego, a drugi w pierwszym widzi własną młodość.

Czy Julek wynagradza? Nie, bo dzieci nie są od tego, by wynagradzać rodzicom cokolwiek. Ale dzięki niemu ta potworna banda chamów, pijaków i bandyterki zyskuje jakiś sens.

Tydzień z głowy (314)

Wczesna jesień jest jak sen

lucid-dreaming-mirror

Tak mam od zawsze. Idę przez miasto i mam wrażenie, że wszystko mi się śni. Tak jest tylko wczesną jesienią. Warszawa będzie naprawdę już od listopada.

Pamiętam autobusy pochlastane deszczem, gdzieś na Francuskiej, wiele lat temu. Reflektory zabłądziły w wodzie, a ja gdzieś szedłem, nie umiem już powiedzieć skąd i dokąd, ale wtedy to wiedziałem, teraz już nie wiem. Na jawie śniły się świeżo pootwierane restauracje, zaimprowizowane budy z warzywami i nastroszone kołnierze przechodniów.

Śnią mi się Ruskie na Placu Defilad, w Złotych Tarasach i piwnicach dworca, całe stada witalnych Ruskich żrących pizzę zapitą browarem. Śnią mi się Ruskie płci pięknej w intensywnie fioletowych sweterkach – dziewczyny przebrane za Adwent ze sztucznymi paznokciami, śnią mi się ich towarzysze z trzydniowym zarostem. Siedzą razem stolik ode mnie, próbuję pisać, a ich żywiołowa mowa sprawia, że palce szybciej biegają po klawiaturze. Idę i znów Ruskie. Przysiadam i Ruskie ponownie, cała Warszawa jest pełna Ruskich, a ja nie wiem, czy pojawili się wczoraj, czy byli zawsze, tylko ja tego nie widziałem.

Śnią mi się młodzi stłoczeni na placu Zbawiciela i na tyłach Novotelu. Piękni młodzi. Wykończeni młodzi. Młodzi z pomysłem na siebie, a pomysł ten doczekał się natychmiastowego wykończenia. W prawdziwym życiu młodzi byli w cudowny sposób nieudani. Szukali pomysłu na siebie. Ale w moim śnie są gotowi jak z fabryki, ometkowani i kompletni. Gdy się popsują – tak jak psułem się ja albo moi przyjaciele – nie zdołają się naprawić. Będą do wyrzucenia.

Śni mi się szalone małżeństwo ze sklepu zoologicznego, śni mi się smród tego miejsca w podworcu, za zielonymi drzwiami. Śni mi się facet jak stary Aramis i jego korpulentna żona, śnią mi się zwały karm i żwirków, a nade wszystko śni mi się źródło tej odrażającej woni, czyli stara fretka w zanieczyszczonej klatce przy drzwiach. Jej żywiołowość jest żywiołowością nocnej mary, rwie mi się do palców i chce kąsać. Ukąszenie fretki nie boli, bo zęby ma ze snu.

Śnią mi się handlarze warzywami na Mokotowie, ich budy i samochody, z których sprzedają ziemniaki i słoneczniki. Wygląda na to, że handlarze warzywami śnią mi się często. Śnią mi się psy i pijacy przechodzący pod moim oknem. Śnią mi się kobiety ze sklepu na dole, jak kroją mi mięso i wybierają połówki kurczaka. Śni mi się butelka whisky w kuble z lodem i mój przyjaciel, z którym lejemy się po pyskach dla czystej zabawy.

Niedługo wczesna jesień przejdzie w jesień dojrzałą, a ja przetoczę się ze snu na jawę, łagodnie, jak kot podążający za ciepłą plamą słońca.

 

tydzień z głowy (313)

Posted on 21 września 2014

Posłuchajmy Saxon!

biff

Dawno, dawno temu, w pewien wyjątkowo chujowy dzień piłem wódkę z moim przyjacielem. Był to mi człowiek wyjątkowo drogi i takim pozostał do dziś. W pewnej chwili oświadczył, że wyjeżdża z Polski na zawsze. Nie może znaleźć pracy. Kraj go wkurwia. No to pojedzie i nie wróci. Zrozumiałem, że nieodwołalnie go tracę, że ta wódeczka będzie być może ostatnią wódeczką w naszym życiu, a już na pewno nie będziemy jej pić co sobotę. Skończy się też wspólne podnoszenie ciężarów w piwnicy. Nie potrafiłem ukryć swoich uczuć. Przyjaciel mój sięgnął na półkę z płytami, wyjął pierwszy lepszy kompakt, popatrzył na okładkę i rzekł:

– Posłuchajmy Saxon!

No to zamilkliśmy i zaczęliśmy słuchać. Dopiero po latach doceniłem wielką, zbudowaną na intuicji mądrość mojego przyjaciela. W kłopotach nie pomoże ci żona, koledzy ani Bóg, którego przecież nie ma, na nic ci wóda, terapeuci oraz prace fizyczne, nie ratuj się chłopie modlitwą, mantrą ani zdobywaniem ośmiotysięczników, nie rób martwych ciągów ani przysiadów z obciążeniem, nie biegaj półmaratonów ani nie pal heroiny, tylko leć do domu i odpal sobie Saxon.

Masz bracie nawrót nowotworu? Głowa do góry, zadomowił się w twoim ciele na dobre. Dziewczyna uciekła z kolegą? Nawet nie próbuj jej odzyskać, bo wróci sama dokładnie w dniu, w którym się odkochasz. Wywalili cię z roboty? Pociesz się brakiem odprawy i widokiem na śmieciówkę, ewentualnie wózek widłowy w Luton, lecz nim wejdziesz na stronę Ryanaira, włącz sobie Saxon i machaj głową napuchłą od łez.

Karne odsetki przekroczyły wysokość kredytu? Lej na to moczem złocistym, i tak się nie wypłacisz do końca swoich dni. Komornik wszedł do domu i na konto? Cóż to za problem, u Albertynów karmią nawet nieźle, a gotowany brokuł nawitaminizuje twe wychudzone ciało. Nigdzie też nie nawiążesz piękniejszych przyjaźni niż w przytułku. Pamiętaj tylko o jednym. Za pierwszy zasiłek, za wyżebrany grosz kup sobie magnetofon Kasprzak, kasetę „Strong Arm of the Law” oraz zapas baterii na wypadek, gdyby odłączyli ci prąd.

Spoglądasz w smugę cienia? Siadają ci stawy, poty biją przy najmniejszym wysiłku, a srając, wyjesz z bólu za sprawą hemoroidów? Pomyśl o tym, że panowie z Saxon są starsi niż wszechświat i schorowani jak Matka Teresa, a ty przynajmniej nie musisz występować na niemieckich festiwalach ani nagrywać płyty raz na dwa lata, nawet tak dobrej jak „Inner sanctum”, której przecież zaraz posłuchasz.

Twój syn wylądował w więzieniu? Nie próbuj go wyciągać, bo adwokat cię oszuka, a dzieciak i tak wróci za kratki. Gdy zgwałcą go albo pobiją, przynajmniej otrzyma lekarza za darmo, o co coraz trudniej w naszym wspaniałym kraju. Córka została prostytutką? Pociesz się myślą, że ma ustabilizowane życie erotyczne i ktoś, konkretnie alfons, jednak się o nią troszczy. Siadaj, człowieku, w fotelu i słuchaj Saxon, a potem kup sobie skórzane spodnie.

Mój przyjaciel wyjechał do Włoch, gdzie traktowali go bardzo źle. Uciekł po miesiącu. Teraz ma dobrą pracę, kochającą żonę i zdrową córeczkę, a Saxon wciąż jest bardzo dobrym zespołem koncertowym.

Tydzień z głowy (312)

Dwanaście dni na Mokotowie

WP_20140914_001

Na siłowni chamów niewielu. Byczki zdradzają raczej ambicje kulturystyczne i chyba nie stoją na bramce w disco „Meloman” na dalekiej Pradze. Samo miejsce to ponura hala na stal wielkim wysiłkiem przerobiona na coś w rodzaju imitacji fitness clubu. Fitness wyraża się w ładnych dziewczynach na recepcji. Sprzętu jest sporo, tylko bramka słabo obciążona, brakuje też suwnicy skośnej na nogi. Trudno mi zrozumieć dlaczego nie zakupiono tak podstawowego urządzenia. Ot, bolączki dojrzewającego mężczyzny na szarym ogonie pierwszego świata.

W sklepie na dole pracują panie w średnim wieku. Mają niezadbane włosy i twarze pełne kantów. W uszach kołyszą im się kolczyki z ruskiego złota, na spracowanych dłoniach błyszczą obrączki i pierścienie. Wskazują mi gdzie co jest – worki na śmieci, mąka, sól, czerwona papryka – ze znudzoną życzliwością. Powietrze ma tu kolor burzy piaskowej zastygłej na zdjęciu. W tej jasnobrązowej przestrzeni poruszają się staruszkowie i staruszki w źle wyprasowanych koszulach. Każdy produkt oglądają przed zakupem bardzo starannie. Sprawdzają datę ważności. W szarości mokotowskiego świtu rycerz stary rycerz codzienności zamawia najtańszą setkę i piwo puszkowe Mocny Kumpel.

Goście przywożą koty. Aklimatyzacja zajmuje Prezesowi i Kresce może pięć minut. Zaraz siedzą, mruczą i odpływają w spokojny sen. Oto i dowód, że przywiązane są nie do miejsca, lecz człowieka. Ponieważ moje mieszkanie jest bardzo małe, dmucham materac dla dostarczycieli. Pragnę uszanować życzenie aby był tak twardy jak tylko to możliwe. W konsekwencji, pęka jakiś szew, pojawia się wybrzuszenie i materac przypomina teraz namiot. Nie da się spuścić powietrza. W ruch idzie nóż. Dziurawienie materaca sprawia mi nieporównywalnie większą radość niż noc spędzona na podłodze.

Publicystykę pisuję w domu, a powieść w kawiarni. Gra muzyczna. Wieczorami oglądam filmy, czytam ksiażki i gram na konsoli, niekoniecznie w takiej kolejności. W piątek wpada przyjaciel na flaszkę, ciśniemy w Tekkena, lecz wynik starcia pozostaje nierozstrzygnięty, a nawet nieznany. Na placu Zbawiciela kłębią się skurwysyny, a i my niewiele lepsi. Powrót do domu trwa długo, nogi się plączą, grzebiąc przy kluczach orientuję się, że po raz pierwszy wracam na bani do nowego domu.

W sobotnie południe melduję się na rogu by w czynie społecznym przygotować teren pod nowy ogródek. Wraz ze mną zbiera się kilkunastu lokalsów najróżniejszej proweniencji. Pobliska kawiarnia dostarcza wodę, wegetariańską zupę i napoje energetyczne, a ja usiłuję spulchnić ziemię przemieszaną z cegłą, kamieniem, żwirem i kawałkami szkła. Leje się ze mnie. Szpachel ledwo przebija się przez twardy grunt. Obok wbijają paliki, dzieci machają plastykowymi łopatkami i czuwają przy sadzonkach. Po paru godzinach okazuje się, że ludzi jest więcej niż roboty i wracam do domu. Po raz pierwszy w życiu zrobiłem coś dla lokalnej społeczności. Okazuje się, że łopata działa na głowę, serce i duszę lepiej niż wóda, czy, przypuszczalnie, terapeuta.

Tydzień z głowy (311)

Żywot człowieka posttowarzyskiego

Dawno temu w jego domu wytarł się próg. Do świtu krążyło zadymione szkło. Były nocne wędrówki i bójki w parku, gwałtowne wyprowadzki i miłość w ubikacji. Jutro zawsze miał nastąpić koniec świata, ale póki co sztama aż po grób. Dowiedział się, że ludzie są sensem i celem, dla nich wszystko, a nic dla siebie. Ocalił niemal wszystkich, a oni ocalili jego.

Te relacje nigdy nie uległy wypaleniu. Są inne, łagodniejsze, bardziej okazjonalne, nie straciły jednak mocy. Klimat starych dni powraca w najmniej oczekiwanych momentach. Młodzieńcy stali się mężczyznami. Żony. Dzieci. Rozwody. Płynie czas. Smutki gromadzą się w podgardlach pijanych pelikanów.

Pierwszym sygnałem jest niechęć do nawiązywania nowych znajomości. Pobłogosławiony rzeszą przyjaciół nie poszukuje już nowych. Odmawia wyjścia na piwo, nie odbiera telefonów i ignoruje zaczepki w internecie. Tłumaczy sobie, że w ten sposób zaniedbałby ludzi, których kocha, ale to tylko część prawdy. Nie chce siebie przedstawiać po raz setny, znudziły mu się własne opowieści i nie jest ciekawy cudzych.

Zrobił się uważny i pobłażliwy jednocześnie. Uważnie przygląda się każdej nowej figurze na widnokręgu i zawsze znajdzie powód dla strzału ostrzegawczego w chmury. Jak ptaszek spadnie, to nawet lepiej. Jednocześnie starym przyjaciołom wybaczy wszystko, zna bowiem swoje własne winy i wie, jak trudne jest życie.

Wciąż ciąży ku swoim bliskim, chodzi na piwo, chętnie przyjmuje gości i dziurawi własne materace. Śmieje się i wywołuje śmiech. Wypija jednak trzy piwa zamiast ośmiu i robi wszystko, by znaleźć się w łóżku koło północy. W knajpie spogląda na zegarek i coraz częściej, zamiast taksówką, wraca ostatnim autobusem.

Coraz częściej spotyka się w towarzystwie dzieci. Dzieci spełniają tę rolę co wódka, muzyka i filmy piętnaście lat wcześniej – to osad i gleba, na której łatwiej się spotykać i być ze sobą.

Nie zbudował nowego świata, więc świadomie wznosi ruiny starego. To sztuczne rumowisko, apokalipsa skonstruowana z płyt, które już słyszał, filmów, które już widział, i gier wystarczająco podobnych do tych, które niegdyś go cieszyły. Głaszcze koty. Najbardziej lubi siedzieć w domu i na nic nie czekać. Wmówił sobie, że to ciężka praca. Wciąż jest bezbrzeżnie śmieszny. Stał się samowystarczalny i radośnie czeka na kryzys wieku średniego.

 

 

tydzień z głowy (310)

Touch Yello

yello_touch

https://www.youtube.com/watch?v=zTJmYEhn8PU

Co teraz będziesz robił, Łukasz?

Będę słuchał płyty Yello „Touch Yello”, którą kupiłem w krakowskim Saturnie za 49 złotych. Nie mam pojęcia, dlaczego tak ją lubię. To nie moja muzyka, nigdy nie słuchałem Yello, a jednak ten album niesłychanie mi odpowiada. Jest w nim lekkość, swoboda żonglowania dźwiękiem, jakiś oddech i dystans do życia i sztuki ujawniający się u ludzi, którzy zrobili już swoje, ale nie są jeszcze znudzeni. Zresztą, co ja tam wiem? Nie lubię pisać o muzyce. Ale wiem, co będę robił.

Wrócę do Warszawy, wraz z moim przyjacielem pojadę po rzeczy i je rozpakujemy. Mam nadzieję, że nie będzie z tym dużo zamieszania – dorobek mojego życia mieściłby się pod stołem dla sześciu osób. Wypijemy parę piwek. Mój przyjaciel pojedzie do domu, gdyż ma dużo pracy, ja też mam dużo pracy, więc siądę na kanapie, otworzę jeszcze jedno piwo i posłucham sobie „Touch Yello”.

Następnego dnia pójdę do Baru Morskiego na śniadanie, potem znajdę sobie nową siłownię, a jeszcze później popiszę sobie książkę, tak się składa, że też nową. Książka będzie o zabijaniu. Zajdę na jakiś obiad i wrócę do domu, żeby posłuchać „Touch Yello”. Potem sobie poczytam, pogram na konsoli, zobaczę film albo zrobię coś jeszcze, coś innego, na co będę miał ochotę.

W środę przyjadą koty. Przynajmniej mam nadzieję, że tak właśnie się stanie. Będą bardzo niespokojne. Obwąchają wszystkie kąty. Odnajdą kuwetę i miseczki, potem zasną obrażone, aż w końcu się przyzwyczają do nowego miejsca, gdyż przyzwyczajają się zawsze. Prezes i Kreska reagują na muzykę ze zdumiewającą obojętnością. Puszczam najcięższy, najbardziej hałaśliwy metal, a one spokojnie sobie śpią. Tylko jedna płyta wzbudziła niepokój w ciekawym świata Prezesie. Mam na myśli debiut grupy Morowe. Kreska miała w dupie nawet to. Mam więc nadzieję, że koty zaakceptują muzykę grupy Yello ze wskazaniem na ostatnią płytę duetu.

Co dalej się wydarzy, nie mam pojęcia. Odwiedzę swojego syna, ale sam nie wiem kiedy. Odwiedzę też innych ludzi, gdy będzie to pasowało tym innym ludziom oraz mnie. Będę pisał swoją książkę o zabijaniu, co skończy się w dniu, kiedy książka o zabijaniu będzie skończona. Będę pisał swoje idiotyczne felietony i sentymentalne eseje. Będę pisał i inne rzeczy, jeśli ktoś mi za nie zapłaci, bo taki mam zawód i tyle. Będę czytał, oglądał, grał, słuchał metalu i płyty „Touch Yello”. Będę chodził na siłownię i na wódkę do miasta. Nie będę myślał za dużo. W gruncie rzeczy mam nadzieję nie myśleć wcale, bo najlepsze rzeczy na świecie zdarzają się same z siebie, poza wszelkim namysłem.

Older Posts