Tydzień z głowy (319)
Życie jest grą
Pierwszy żyje w „Cywilizacji”. Wypełzł z leśnej jamy, utytłany ziemią, i poprowadził swe plemię przez bagna. Trochę lał się w szkole. Zdobył dziewczynę i pół podwórka. Nastał czas rozbudowy. Z nim przyszły pierwsze śmiałe akcje, szturmy i odwroty. Rozszerzał się nie tylko w pasie, aż wreszcie pojął zasady gry. Wynalazł proch. Miażdżył swoich wrogów, a jeszcze lepszy był w zawieraniu sojuszy. Wreszcie zbudował swoje królestwo, jego doktor wymyślił penicylinę, zaś inżynier most, którym złączył to, co wcześniej nie mogło być złączone. Jest syty, lecz niespokojny. Niedługo zbuduje rakietę i poleci w kosmos.
Drugi żyje w „Prince of Persja”. Na początku spadał bez przerwy, łamał kości, coś go cięło. Doił płynne zdrowie prosto z butelczyny. W końcu przeszedł pierwszy poziom i następne. Zamiast chodzić – biegał, miast się skradać – skakał. Opanował też zasady pojedynku ze wskazaniem na parowanie ciosów. Lochy zmienił na dom, a dom na pałac i tak, w końcu, doleciał do swojej księżniczki. Objął ją i zrozumiał, że coś się skończyło. Z tego powodu przechodzi nieustannie tę samą grę, na czas, za każdym razem uzyskując lepszy wynik.
Trzeci żyje w „World of Warcraft”. Na początku był mały, lecz urósł, zdobywając mnóstwo punktów doświadczenia. Wszystkie wydał rozumnie, budując samego siebie dokładnie tak, jak zaplanował. Z tego powodu boi się o siebie. Z każdym kolejnym dniem perspektywa śmierci staje się coraz bardziej przerażająca. Oznacza większą stratę. Przypuszcza, że zabraknie mu sił, aby zaczynać od początku. Inni zbierają dlań złoto i zabijają potwory. Za młodu grał nieustannie, wyjąwszy krótką przerwę na sen. Teraz coraz chętniej ucieka od grania, a nawet chowa się przed grą, a ona płynie sobie obok niego jak leniwa rzeka, w której przyjemnie zamoczyć stopy.
Czwarty żyje w „Dear Esther” bądź innej grze niezależnej. Zbudował siebie za małe pieniądze, gdyż nikt w niego nie wierzył, nie chciał inwestować. Uznano, że dla tego życia wystarczy mały budżet. Dlatego postanowił zostać człowiekiem ciekawym i zabawnym. Jest jak szkocka wyspa pełna starych domów, z latarnią morską w której walących się murach wiatr wygwizduje najróżniejsze opowieści. Ma tylko to: słowa i kamienie. Żongluje jednym i drugim, wciąż próbuje być zabawny i ciekawy, aż pewnego dnia zrozumie, że człowiek zabawny jest też nieinteresujący.
A ja żyję w „Mario Bros”. Zawsze patrzę na siebie z boku. Mój świat ma tylko dwa wymiary. Lecę przed siebie, przeskakuję przez przeszkody, a jak walnę łbem w sufit, sypią się monety. Moja dusza ma wąsy. Wskakuję do kominów i spadam na żółwie. Bujam się na grzybkach. Zdarza mi się wykonywać nieliche akrobacje, balansując na krawędzi. Gdy docieram do celu, łopocze chorągiewka. Każdy następny poziom jest trudniejszy od poprzedniego.