tydzień z głowy (302)
Posted on 6 lipca 2014
„Inna dusza”
Łukasz Orbitowski
Inna dusza
Wejście. 2014
– Przy pierwszym ciosie tak, potem już nie. Pewno po temu dziabałem ich tyle razy – mówi Jędrek. Laufer znika mu w palcach i ląduje na acztery. – Pewno myślałem, że znów coś poczuję, a tu nie. Tylko za pierwszym ciosem – powtarza, zwieszając ciężką głowę nad szachownicą.
Siedzimy naprzeciw siebie przy brązowym stole, na prostych, szarych krzesłach. Dwa okna na przeciwległym końcu sali widzeń kojarzyłyby mi się ze sklepikiem na stołówce zakładowej, gdyby nie kraty i strażnik pod bronią. Jestem zdziwiony, wcale nie dlatego, że nikt poza nami nie gra w szachy. Więźniowie rozmawiają z żonami, rodzicami, kochankami i dziećmi. Ktoś płacze. Jakiś berbeć lgnie do wytatuowanej dłoni, mówi, że pani w sądzie nie chciała, żeby przyszedł. Mówi, że popełni jakieś straszne przestępstwo, żeby być razem z tatusiem. Jestem zdziwiony, bo Jędrka odwiedzam od lat i opowiedział mi o tym, co zrobił, i dużo więcej, ale nigdy się nie zająknął, jak mu z tym było, tam w środku.
– Dobrze, że przyszedłeś – mruczy Jędrek. Zachodzę go koniem od lewej, to pułapka. Jeśli pchnie wieżę, odsłoni damkę i będzie posprzątane. Znajdę wyjście z dość rozpaczliwej sytuacji. Nieruchome oczy Jędrka powinny ślizgać się po pionach i figurach, lecz tak się nie dzieje. Patrzy na szachownicę jak na niebo, jak generał na mapę zawieszoną na przeciwległej ścianie i wycofuje swojego laufra.
– Jak ojciec? – zagaduje. Nie wiem o kogo pyta, Jędrek dopowiada: – Jak mój kochany stary?
Mówię, że nic się nie zmieniło. Pan Robert siedzi w Toruniu z nową rodziną. Ma dwoje dzieci, jedno już chodzi do szkoły, a drugie jeszcze nie chodzi. Zniknął z radaru i ludzie o nim nie rozmawiają. Jędrek znów kiwa głową: szare policzki zjeżdżają ostro do pełnych ust i cofniętego podbródka z nastroszoną szczeciną. Gdy tutaj trafił, ledwo zarastał. Kontynuuję natarcie, pcham piona pod jego szeregi, drugi koń pozostaje w defensywie.
– A matka? – dopytuje Jędrek. Teraz przynajmniej wiem, kogo ma na myśli. Przedwczesna emerytura pchnęła panią Halinkę w trzecią już pustkę. Pani Halinka jeździ na działkę. W samotnym mieszkaniu na Fordonie przyjmuje psy, nieraz głuche i ślepe, próbując znaleźć dla nich nowy dom. Jest sucha i blada jak trup znaleziony w zamieci. Niedługo zapisze się na uniwersytet trzeciego wieku i zacznie wybijać okna w piwnicach, żeby koty miały się gdzie schronić. Zostawiam tę myśl dla siebie i mówię Jędrkowi, że z jego matką wszystko w porządku. Jędrek mi nie wierzy. Pewnym ruchem zbija piona laufrem, mój koń wskakuje na to miejsce, a czarna wieża śmiga hen, za linię mojej obrony.
– Co u nich? – W jego głosie próżno szukać żalu, a jednak te imiona nie przejdą mu przez gardło. Nigdy nie przeszły. Opowiadam. Pan Ryszard to przedwcześnie podstarzały facet, obojętny nawet wobec perspektywy własnej śmierci. Wciąż pracuje w archiwum miejskim. Nie jeździ już na ryby. Nie czyta książek, nie zagląda już do kółka pijanych historyków, tych co spotykają się co czwartek w „Węgliszku” przy bydgoskim rynku, nie ma telefonu komórkowego, tylko przełącza kanały w telewizorze. W jego oknie wieczny śnieg. Za to pani Beata żyje niby żołnierz na wiecznej przepustce, jakby to wszystko nigdy się nie wydarzyło. A może właśnie dlatego. Baluje w „Zodiaku” i restauracji przy hotelu „Brda”, właśnie wróciła z samochodowej wycieczki po Skandynawii i chyba kogoś ma. Jędrek słucha. Niebieska bluza opina się się na szerokich barkach. Zawsze ubierał się na niebiesko. Mówił, że to kolor wojownika.
– A reszta? Co z resztą? – chce wiedzieć Jędrek. Mógłbym opowiedzieć mu o cierpieniu i obojętności, o człowieku, który runął na pysk i leży od osiemnastu lat w gównie rozcieńczonym przez łzy, i o kobiecie, która nim się opiekuje, bo tak trzeba, bo opieka przynosi ulgę i zapomnienie. Osiemnaście lat, dłużej niż żył ich syn. Opowiedziałbym o zakotwiczonej w Warszawie Beatce, jej dzieciach i ich wnukach, o prywatnym przedszkolu i dwupoziomowym mieszkaniu na starym Mokotowie. Dodałbym: niektórym się udaje, chciała to ma. Lecz wolę inaczej. Odpowiadam, że oni akurat jakoś się poskładali, rozpaczliwie osłaniam króla, lecz wieża Jędrka demoluje słabą linię obrony. Nadciąga drugi czarny laufer i zaraz skończy sprawę. Mówię, że niedługo przestanę jeździć na Jasną. Jędrek wzrusza ramionami. Dotyka laufra i wycofuje dłoń.
– Twój tatko, jak się ma? – zagaduje. Nie odpowiem na to. Jędrek zawsze zadaje te same pytania, zawsze odpowiadam tak samo, to jedno puszczając mimo uszu. Laufer ląduje na epięć i załatwia sprawę. – Szach mat – mówi Jędrek. – Dziękuję. Nie mam z kim grać. To dobrze. Dobrze, żeś do mnie znów zajrzał, no.
Szachów nauczył się w Legii i zawsze wygrywa. Zawsze wygrywał ze mną. Ładuję piony i figury z powrotem do pudełka, Jędrek wydobywa z siebie przepastne sapnięcie, jakby gra była dla niego bolesna. To nieprawda. Jego ciemne oczy przypominają jamy oblepione błotem.
– Tyś to nigdy na Jasną nie pasował. – Prostuje się na krześle, opuszcza dłonie na stół, splata palce i trze kciukiem o kciuk. Blizna jest niemal niewidoczna. – U ciebie w porządku, co nie?
Tak, u mnie w porządku. Wizyta niedługo dobiegnie końca. Opowiadam Jędrkowi o rzeczach, które nigdy nie będą do niego należały. Na Dworcowej, blisko Gdańskiej, machnęli apartamentowiec jak ta lala i będę tam mieszkał, na drugim piętrze, a strażnik przegoni nieproszonych gości. Strażnik ma niebieski mundur i wąsy pożółkłe od papierosów. Zamówiłem meble na wymiar, chcę mieszkać jak człowiek, ale stolarz ociąga się z zamówieniem. Stolarz mieszka w Raciniewie i często nie odbiera telefonu. Jeżdżę do niego i poganiam. Gdy wracam, parkuję na prywatnym parkingu w podziemiach budynku. Mój volkswagen jetta ma już sześć lat i chciałbym kupić coś nowego, tylko czasu brakuje, wciąż wyjazdy. Nie wybrałem nawet telewizora. Chciałbym usiąść i być u siebie sobą.
– To dobrze – mówi Jędrek. – Dobrze, że się poukładało.
Podnosi się ociężale, jakby wielkim wysiłkiem odrywał się od krzesła. Z pierwszym krokiem odzyskuje dawną sprężystość, a gdy staje przed zakratowanymi drzwiami, czekając, aż go wpuszczą, przyjmuje tę pozę, którą dobrze pamiętam z czasów, gdy bujaliśmy się razem. Nogi w lekkim rozkroku, łopatki ściągnięte, pofałdowany kark pod zadartą głową, ramiona ugięte w łokciach i powolny ruch palców, jakby miętoszących coś niewidzialnego.
(…)
C.D.N.