Najnowsze komentarze

Kategorie

porusza i prowokuje...

tydzień z głowy

Tydzień z głowy (309)

Posted on 24 sierpnia 2014

Panie Łukaszu, czy można żyć z pisania?

capote_Truman_wine_1955_565x324

Oczywiście, że tak. Chętnie opowiem, jak to wygląda.

Otrzymuję zaproszenie na festiwal literacki w Edynburgu. Na lotnisko przybywam kilka godzin wcześniej, żeby złapać trochę snu na krzesłach w poczekalni. Klienci pobliskich restauracji często zostawiają resztki, co rozwiązuje problem śniadania. Na pokładzie oferują kanapkę. Niekiedy obsługa mnie rozpoznaje i mogę otrzymać dodatkowy kieliszek wina. Do Edynburga lecieliśmy przez Niemcy, z przesiadką, co daje dwie kanapki i cztery kieliszki wina. Taki posiłek pozwolił przetrwać długie godziny dzielące mnie od wieczornego cateringu.

Taki Edynburg to moje żniwa, ale wyjazdy po Polsce również się liczą, zwłaszcza odkąd w Polskim Busie zamiast bułki dają drożdżówkę z dżemem, pożywną i dużo smaczniejszą niż batonik oferowany w Intercity. Ważną rolę odgrywają obiady, na jakie zapraszają mnie ci, którzy pragną poznać pisarza i z nim porozmawiać. Niekiedy życzliwi kelnerzy pakują mi część jedzenia na później, do domu.

Odkąd zlikwidowano domy pracy twórczej, problem dachu nad głową trochę się skomplikował. Tego lata raczej nie pada, więc w miarę się wysypiam. Straż miejska reaguje na mnie życzliwie, gdyż czyta, cieszę się również wsparciem kioskarek, ulicznych bukinistów oraz parafii posiadających biblioteki. Zimę również da się znieść, zresztą na dworcach nie wieje aż tak, jak mówią.

Wizerunek jest dla pisarza bardzo ważny. Muszę odpowiednio się ubierać. To zadanie najchętniej powierzam kobietom. Dopowiedzmy na marginesie: właściwa partnerka stanowi klucz do sukcesu w świecie literatury. Osobiście zawiązuję relacje z dziewczętami uchodzącymi raczej za tęgie, dzięki czemu mogę donaszać ich ubrania. Mój syn szybko rośnie, więc niebawem będę mógł liczyć także na jego pomoc w tym zakresie.

Ludzie przestawili się na e-papierosy i o dymka jest trudniej. Nadrabiam znajomością terenu i bezbłędną lokalizacją śmietników. Wiem też, gdzie kelnerzy wyrzucają popielniczki. Cni mi się jeno za powszechnością spluwaczek.

Tylko strawa duchowa gra jakby mniej. Filmów i seriali raczej nie oglądam, odkąd aresztowano ostatniego telepajęczarza, montując przy okazji nowe kłódki na rozdzielnikach energii. Koledzy po piórze egzemplarze gratisowe swoich książek natychmiast kierują na rynek wtórny, co jest w pełni zrozumiałe. Każdy musi zarobić swój malanowski grosz. Czytam więc szyldy, recepty, mandaty i tatuaże na pięściach zmierzających w moim kierunku.

Na swój sukces pracowałem kilkanaście lat, panie redaktorze. Obawiam się, że młodzi nie będą już mieli tak łatwo.

Tydzień z głowy (308)

Posted on 17 sierpnia 2014

Myśl jest niczym, ruch jest wszystkim.

unnamed

Od lipca pomieszkuję w Krakowie. Do Warszawy pojechałem jakieś pięć razy, z różnych powodów. We Wrocławiu byłem przynajmniej trzykrotnie, a słowa te piszę w autobusie wiozącym mnie do tego pięknego miasta. Jest południe. Dwa łobuzy obok walą gorzką żołądkową i bajerują trzy zachrypnięte nastolatki wracające z jakiegoś koncertu.

Prócz tego zajrzałem do Częstochowy, posiedziałem pod Krzeszowicami, byłem w Katowicach, Pilchowicach i pojechałem na cztery dni do Czech. Pojutrze lecę do Edynburga na festiwal literacki Unbound czy coś takiego. Potem melduję się w Trójmieście na kolejnym festiwalu literackim, którego nazwy nie pamiętam, choć powinienem. Już kupiłem sobie bilet powrotny na szóstą rano. Przysiądę na parę dni i trzeba będzie odwieźć Julka z powrotem do Wrocławia. Wrocław oznacza wizytę w Oławie. Potem jeszcze tylko dzień na Polconie w Bielsku i zasuwam do Warszawy, gdzie oczekuje mnie intratne, choć wymagające stanowisko Króla Górnego Mokotowa. Mam jedno marzenie: przycupnąć tam na trzy tygodnie i nawet nie wychodzić z domu.

Nie czytam żadnych książek. Nie oglądam filmów i seriali. Nie gram w gry video. Zajmuję się wyłącznie życiem. Czasem boję się, że po prostu runę na ulicy, w biały dzień. I będzie po Łukaszku.

Staram się dobrze jeść i mało pić. Czasem wychodzi, czasem znów nie wychodzi, co nie ma najmniejszego znaczenia. Jesteśmy tym, co robimy, a nie tym, co odczuwamy.

Przez ostatnie dwa miesiące w jednym miejscu spędziłem najwyżej pięć dni. Wydaję pieniądze głównie na kolejne pasty do zębów, szczoteczki, mydełka, szkła kontaktowe i kable micro usb. Takie życie dla życia, życie będące celem samym w sobie, ciągłym ruchem, niesłychanie mi się podoba, czasem jednak – zwłaszcza w chwilach takich jak ta, gdy jadę po syna, a obok rozkręca się podryw podlany litrem gorzkiej – zadaję sobie pytanie o cenę.

Niektórzy twierdzą, że wszystko wraca, a ciało mści się za złe traktowanie gorzej niż zdradzana żona. Kręgosłup wykrzywi się od torby nieustannie noszonej na ramieniu. Kolana siądą od zapierdalania, w żołądku pootwierają się wrzody, a w płuckach nowotwory. Mam prawie czterdzieści lat, czego po prostu nie zauważyłem. Kiedyś zauważę i wtedy nieźle się zdziwię. Będzie wówczas za późno. Ufam, że starczy mi charakteru, aby niczego nie żałować.

Inni z kolei utrzymują, że tryb życia nie ma żadnego znaczenia. Zdrowy chłop idzie w piach. Utracjusz, moczymorda, alkoholik dożywa dziewięćdziesiątki, by paść trupem między nogami jakiejś dziwki. Wzoru tutaj nie znajdziemy, życie i śmierć chodzą sobie jak chcą, nie przejmując się nami ani trochę.

Sam sądzę, że jestem bezpieczny. Ludzkie ciało ma więcej siły niż przypuszczamy. To maszyna zaprojektowana, żeby przetrwać gułag. Nie tylko o to mi chodzi. Wszystko, co robię, jest potrzebne i ta potrzebność utrzyma mnie w dobrym zdrowiu oraz, przypuszczalnie, przyniesie długie życie. Ciało jest mądre i nie znosi wyrozumiałości. Ciało również chce być potrzebne. Mam mocne przekonanie, że gnając z samolotu na pociąg, wznosząc ciężary rano, a kielichy wieczorem daję mu dokładnie to, czego się domaga. Inaczej obraziłoby się na mnie i odmówiło posłuszeństwa.

Życie nie ma znaczenia. Ja nie mam znaczenia. Ale to, co robię – ma znaczenie.

Łobuzy od gorzkiej żołądkowej posnęły na kolanach zachrypniętych nastolatek. Jeden ma słuchawki na uszach i śpiewa przez sen: „Iść, ciągle iść w stronę słońca”.

Otóż to.

Tydzień z głowy (307)

Posted on 10 sierpnia 2014

Brutal Assault. Impresje.

WP_20140808_019

Po śniadaniu idziemy na basen. Jesteśmy trochę skacowani, trochę niewyspani. Konserwa, chleb i kawa z automatu przegryzają się w żołądkach, słońce wznosi się ponad Jaromer, opromieniając sobą metali o czerwonych, napuchniętych mordach, w skórzanych spodniach i dżinsowych kamizelkach z naszywkami zespołów. Czescy komuniści uznali kiedyś, że w każdym miasteczku musi być basen. No i jest. Siadamy na ławeczce i pływamy naprzemiennie, dbając, by wygłodzeni metale nie rozdrapali naszego szczupłego majątku. Podpite chłopy drą mordy i skaczą do wody na główkę, na dupę, na brzuch i jajca też skaczą, czasem w dziesięciu i to synchronicznie. Tłum ten jest zresztą niesłuchanie kolorowy: jak nie długie kudły, to tatuaż, jak nie tatuaż to kolczyki i tunele w uszach, niekiedy wszystko naraz. Przez tę zbieraninę przebijają się czescy lolaksi, spaleni słońcem, o wielkich brązowych brzuchach i pomarszczonych ramionach. Trzy stare baby obok nas walą w ten gorąc ciepłą wódę z plastykowych kieliszków. Pod parasolem leją piwo. Tomkowi ratownik mówi, że nie może wejść do wody, albowiem przyszedł w slipkach.

Na stopniach prowadzących do drzwi kościoła w Jozefowie siedzą metale z browarami. Nieopodal, na drodze prowadzącej w stronę festiwalu Azjaci rozłożyli się z jedzeniem. Sprzedają smażony makaron i jakieś placki. Dalej, już na terenie koncertowym można kupić szaszłyki, polskie pierogi, tosty, lody, a nawet żelki. Przyjaciółka obdarzona niskim wzrostem twierdzi jednak, że w tłumie wali wyłącznie kiełbachą, tanią, przetrawioną i potwornie tłustą. Kolega prosi, abym znalazł mu żonę. Spotykam sympatycznego czytelnika, który rozpoznaje mnie, a nawet imponuje znajomością mojej zróżnicowanej przecież twórczości. Zawsze czuję się niezręcznie w takich sytuacjach. Nie wiem, co powiedzieć, więc plotę byle co, przyjmuję jednak zaproszenie na wódkę, w przyjemnych okolicznościach przyrody. Koledze znajduję żonę w namiocie z sziszą.

Znakomite występy Sodom, Mgły, Unleashed, Satyricon, a zwłaszcza norweskiego Shining. Nigdy nie słyszałem czegoś podobnego. Ale przecież na festiwalach nie chodzi o muzykę.

W dzień na murach austriackiego fortu pasą się kozy. Nocą płomienie biją pod ciężkim księżycem. Chodzę wraz z przyjaciółmi z koncertu na koncert, od sceny do sceny, namiot i plener. Młodzi ludzie śpią u stóp przyjaciół i obcych. Noszą koszulki z okładkami płyt nagranych przed ich urodzeniem. Spotykam ludzi przebranych za klaunów i teletubisie, czuję się dobrze, czuję się świetnie, zapominam o troskach i po prostu cieszę się życiem. Bez przerwy patrzę na stare twarze, na zmarszczki wokół oczu, na obwisłe policzki, siwe włosy zakrywające łysinę, spięte w biedny kucyk. Na scenie produkują się faceci dobiegający sześćdziesiątki. Stoiska pełne są płyt sprzed ćwierćwiecza lub wcześniejszych. Spoglądam na moich przyjaciół. Uświadamiam sobie, że znam ich po piętnaście, dwadzieścia lat i niedługo, kiedy przyjadę tutaj, moja twarz też będzie stara. Mięśnie zwiotczeją. Pojawi się brzuch. Zęby skruszeją i zbrązowieją. Nie przeszkadza mi to. Chcę się zestarzeć. Chcę umrzeć, gdy przyjdzie na mnie pora. Jestem szczęśliwy.

Tydzień z głowy (306)

Posted on 3 sierpnia 2014

Nauka płynąca z otoczenia albo ogrodzone ogrody.

ment

W bezpośredniej bliskości mieszkania, w którym dorastałem, mieścił się zakład dla umysłowo chorych. Latem widywałem pacjentów w pasiastych pidżamach i szlafrokach spacerujących smętnie alejkami ogrodzonego ogrodu. Nie wszyscy byli tacy spokojni. Jeden bardzo chętnie stawał w oknie i pełną piersią śpiewał pieśni religijne. Drugi, mniej muzykalny, potrafił całymi godzinami wrzeszczeć: „Ole ole, ole, ole, nie damy się, nie damy się!”. Obaj już zamilkli. Umarli, zostali wyleczeni lub przeniesiono ich gdzie indziej, w każdym razie nie schodzą już do ogrodzonego ogrodu. Za to jeden z lokatorów mojej kamienicy doskonale by tam pasował. Był to brodaty mężczyzna w nieokreślonym wieku, chudy i zaniedbany. Nosił na sobie kilka warstw ubrań, na których zawieszał długie papierowe wstęgi pokryte niezrozumiałymi napisami. Kojarzyły mi się z magicznymi inkantacjami naniesionymi przez czarodzieja przerażonego bliską perspektywą gwałtownej śmierci. Takie same napisy wykwitały na ścianach klatki schodowej, za to nad drzwiami mieszkania tego szczególnego sąsiada widniała całkiem wyraźna inskrypcja „POD PATRONATEM MERKUREGO”. Merkury jednak nie pomógł i sąsiada wywieziono do zakładu zamkniętego, innego niż ten znajdujący się naprzeciwko. Nigdy nikomu nie próbował zrobić krzywdy, ale z lubością majstrował przy instalacji elektrycznej znajdującej się w piwnicy, zagrażając w ten sposób sobie i innym.

Niedaleko tej samej kamienicy znajdowała się szkoła dla opóźnionych w rozwoju. Nazywaliśmy ją „szkołą życia” a jej uczniów „Muminkami”. Gdy ktoś chciał mi dokuczyć (albo ja komuś), mówił po prostu, że właśnie tam powinienem się kształcić. Codziennie, w drodze na przystanek tramwajowy, mijałem rodziców odprowadzających tam swoje dzieci lub, co częstsze, dziadków targających bezwolne wnuczęta. Nigdy nie zapomnę twarzy tych ludzi, przedwcześnie podstarzałych i ściągniętych, jakby od środka zasysała je jakaś czarna dziura, kulka pochłaniająca światło, osadzona nad podniebieniem. Jednego starszego już mężczyznę widywałem wyjątkowo często. Nosił czarny skórzany płaszcz i stawiał drobne kroki. Można pomyśleć, że brodził przez szkło, a na wnętrzach ud pootwierały mu się rany. „Muminek”, którego prowadził, wydawał się osobliwie radosny. Podobała mu się nasza ulica: bezdomni stojący w kolejce do kuchni Brata Alberta i sprytne wróble podskakujące między gołębiami. Jego koledzy byli inni, całkowicie obojętni, do tego zwaliści, o łysiejących, ciężkich głowach i przyciemnionych spojrzeniach. Kontrast pomiędzy smutkiem opiekunów a właśnie tą obojętnością był uderzający.

Idąc z domu nad Wisłę, czasem skręcałem w lewo i przechodziłem pod zakratowanymi oknami zakładu dla trudnej młodzieży. Blade, muskularne przedramiona lokatorów sterczały spomiędzy prętów. Pokrywały je blizny, rzadziej – tatuaże. Z oczywistych przyczyn nigdy nie stanowili dla mnie zagrożenia, ale w okolicy kręcili się ich koledzy, przynajmniej czasowo pobłogosławieni darem wolności. Mowa o synkach ledwo odrosłych od ziemi, młodych nastolatkach w kolorowych koszulkach i zaciętych, nalanych twarzach owianych dymem papierosów. Zbierali się w grupki, po trzy, cztery sztuki, wołali coś do okien, a potem szli nad Wisłę zrobić bełta albo parę piwek. Bez przerwy pluli, pozostawiając na asfalcie istny gwiazdozbiór plwocin. Zawsze lubiłem młodych bandytów, ale nie tych. Pozostawali wolni od wszelkiej zadziorności, nie mieli ani pazura, ani woli życia, o jakimś łajdackim pięknie chuligana w ogóle nie mogło być mowy. Cała ich energia schodziła na papierosy, chłeptanie taniego alkoholu i strzykanie śliną. W gruncie rzeczy niewiele różnili się od tych starych, wydziaranych brudną zielenią kryminalistów zalegających na pobliskich ławkach. Zapewne dorośli i teraz na nich leżą. Albo porobili dzieci i jakoś tam przędą. Albo wylądowali w prawdziwym więzieniu.

Te smutne obserwacje uchroniły mnie przed obraniem trzech łatwych dróg, które rozważałem. Mimo ogromnej pokusy nie zostałem ani wariatem, ani debilem, ani nawet przestępcą.

 

tydzień z głowy (305)

Posted on 27 lipca 2014

Konsekwencja dziś.

Exclusive - Celebs Flock To See The Rolling Stones Play Surprise Concert In LA

W wieku lat szesnastu otworzył butelkę. Pije ją do dzisiaj, choć posiwiały mu skronie. Butelka jest trzy razy droższa, a jej osuszenie sprawie trzykrotnie mniejszą radość. Wyrosły mu włosy w nosie, więc je zapuścił.

Szukała miłości, odkąd pamięta, i ciągle to czyni. Tak poza wszystkim, ten rodzaj poszukiwań jest zabawny i ekscytujący. Pozostawia kupę miłych wspomnień. Kiedyś jej drogę znaczyłyby krzyże i faceci do nich przytwierdzeni. Ale czasy uległy przeobrażeniu, łatwiej jest porzucać, ale i być porzuconym. Ci nieświęci z krzyży zdjęci kręcą się w przydrożnych rowach, próżno usiłując dojść, co się przydarzyło. Są jak psy porzucone w lesie. Potykają się o dawne, dobre dni. Wpadają na siebie i walą głowami w barowe stołki.

We wczesnym dzieciństwie bawił się tylko resorakami. Prawo jazdy zrobił na osiemnaste urodziny. Miał poniemiecki motor. Potem cztery małe fiaty, fiata dużego, forda, a w wolnej Polsce co siedem lat kupował nowiutki model volkswagena od tego samego dealera. Teraz jest starym człowiekiem i gdy wybiera się po volkswagena, ma mocne przekonanie, że to już ostatni raz. Wracając do domu, przyspiesza na zakrętach, ponieważ nie chce się pomylić.

Najpierw opiekowała się młodszym rodzeństwem, głównie dlatego, że matka włóczyła się po mieście. Czesała siostrze włosy. Za brata odrabiała lekcje. Z niepokojem obserwowała, jak rosną, drżąc, że przestanie być potrzebna. Miała rację. Na szczęście starzejąca się matka poprosiła o pomoc. Znalazł się cel i sens. Później, gdy matki już nie będzie, nasza kobieta zacznie adoptować półślepe zwierzęta. Udzieli się w akcji charytatywnej. Pomoże dzieciom z Afryki. Jedynym człowiekiem, któremu nie zdoła pomóc, będzie ona sama.

Od ćwierć wieku uprawia te same sporty, słucha podobnej muzyki i znajduje upodobanie w znajomych już książkach. Życie nauczyło go tylko jednej tonacji. W jakiś sposób idzie przez lata ogłuszony. Oklapło mu uszko, ale i jego świat ulega powolnej atrofii. Ciało wieku średniego zaniża pułap rekordów. Wczorajszy dołek dzisiaj jest stromym wzniesieniem. Zespoły się rozpadły, ich członkowie rozchorowali się bądź umarli. Pisarze piszą coraz słabiej, ale on nie jest tym rozczarowany. Rozumie już, że dawno temu wybrał samotność, tylko o tym nie wiedział. Niemniej wybrał słusznie i jest bardzo szczęśliwy.

Jej rodzice byli bardzo biedni, więc wakacje spędzała u ciotki na wsi. Przeglądała amerykańskie prospekty o dalekich krajach i oglądała programy przyrodnicze o Amazonii. Obiecała sobie, że kiedyś tam pojedzie. Aby to osiągnąć, musiała wyrwać się z biedy. Uczyła się, a potem pracowała, pnąc się po szczeblach kariery. Dziś również pracuje, zarabiając wielkie pieniądze. Odkłada jak najwięcej, czekając na dzień, kiedy będzie miała ich dosyć i rozpocznie podróż przez świat. Strzyka jej w kolanie. Dzień zaczyna od zastrzyku z insuliny. Zamiast prospektów przegląda zdjęcia w internecie. Coś się jednak zmieniło.

Dawno temu postanowił prowadzić bloga. Powiedziano mu, że w ten sposób pomoże karierze. Potem zaczął pisać dziennik, umieszczany co niedzielę. Zrobił to, ponieważ był bardzo młody i próbował w ten sposób uporać się z własnymi demonami. Sądził, że uspokoją się, gdy przedstawi je światu, a nawet wprowadzi na salony. Do tego nie doszło, ale nauczył się z nimi żyć. Bloga jednak prowadzi dalej, ponieważ nie wie, jak skończyć.

Tydzień z głowy (304)

Posted on 20 lipca 2014

Gdy wreszcie będzie dobrze

A-Brave-New-World-of-Distraction

Gdy wreszcie będzie dobrze, ostatni plac zabaw zostanie zalany betonem. W ten sposób pogrzebią huśtawki i stacjonarne okręty, karuzele, wiatraczki i miękkie podłoże zniknie w wielkim dole, nie pozostawiając po sobie śladu ani wspomnienia. Pośrodku powstałego w ten sposób placu zobaczycie okazały kopiec szarej barwy. Zamknięto w nim kości dzieci, których nikt nie kochał.

Gdy wreszcie będzie dobrze, wszystkie drogi – gruntowe, jednopasmowe, szybkiego ruchu oraz autostrady zbudowane za unijne pieniądze – zostaną skierowane w jedną stronę i wkrótce zleją się w szeroką aleję, którą gna wszystko pospołu. Te tiry, tabory, stare drezynki, te kie, mercedesy, landrovery i stare poltki, polskie busy oraz busy niepolskie pojadą niespiesznym tempem ku przepaści, na której dnie, w skrwawionej kipieli, kołuje płetwa lewiatana. Wszystko tam zleci, z wyjątkiem pendolino, które nawet wówczas okaże się niezdolne do ruchu po ziemi Popiełuszki i Jaruzelskiego.

Gdy wreszcie będzie dobrze, upadnie ostatnie drzewo, a ostatni kos runie dziobem w zimne światło. Rzeki pootwierają się jak stare rany i wyplują rtęć, granie Tatr i Karkonoszy otrząsną się, zrzucając wszelką zieleń, i znieruchomieją na powrót, piękne, o szczytach z kolców. Świnie, krowy i kury odejdą w śmierć. zabierając ze sobą wszystkich mięsożerców. Fasola, kukurydza, a nade wszystko kiełki owiną się w stal i tak, zamknięte w puszkach, będą dawać pokarm mieszkańcom nowego, najwspanialszego świata.

Gdy wreszcie będzie dobrze, zamilknie wszelka muzyka. Rozplączą się gitarowe zawijasy jazzmanów, a raperzy przestaną snuć opowieści o dziwkach, narkotykach i gettach, gdyż nie będzie już żadnych gett, dziwek i narkotyków. Rockmani przestaną być progresywni, metale rozpadną się od rdzy, wszystkie gramofony didżejskie raptem zwariują, odcinając palce swoim właścicielom. Nastanie cisza, a w jej tle, jak kroki klawisza, zabrzmi jedyna słuszna piosenka, miarowe łup łup łup w gigantyczny werbel zrobiony z innych, niepotrzebnych już instrumentów.

Gdy wreszcie będzie dobrze, bogowie wszystkich religii wypełzną z nasłonecznionej chmury. Uśmiechnięci chwycą się za rączki (będą to rączki bogini Kali), zaśpiewają piosenkę i przeproszą strasznie wszystkich, że kiedyś bardzo się kłócili, że należało się do nich modlić i że, przynajmniej niektórzy, cieszyli się niegdyś ofiarami z ludzi. Będą tak przepraszać i przepraszać, aż ludziom się to znudzi i przestaną zwracać uwagę na tę zbieraninę.

Gdy wszystko będzie dobrze, pójdziemy wszyscy na wielki stalowy most, pod nocne niebo bez księżyca, chmur i gwiazd. Staniemy sobie w cieple i chwycimy się za ręce jak wcześniej bogowie, lecz nie będziemy siebie za nic przepraszać. Bo wreszcie będzie dobrze, bez bólu i lęku, bez smutków i niepotrzebnej troski, tak że nie będziemy mieli sobie już nic do powiedzenia.

tydzień z głowy (303)

Posted on 13 lipca 2014

Bajka o starzejącym się smoku

Dawno dawno temu szczęśliwe królestwo nawiedził smok i zamieszkał pod zamkiem przy rzece. Wcześniej rozszarpał najodważniejszych członków drużyny. Struchlali mieszkańcy przyprowadzali pod jamę kolejne dziewice w obawie, by potwór nie puścił z dymem całego grodu.

Król ogłosił, że ten, kto pokona smoka, otrzyma pół królestwa i córkę za żonę. Wcześniej jednak poprosił pazia o wstydliwą przysługę. Nie chciał, by córka nadawała się na pokarm dla bestii. Paź dopełnił swojego zadania z ochotą, a ze wszystkich stron zaczęli zjeżdżać najróżniejsi mocarze. Przez całą noc pili w karczmie i szczypali panny o czerwonych policzkach. Rano ich kości bielały pod grotą.

Sława smoka rosła i rycerzy przybywało coraz więcej. Niektórzy wcale nie palili się do walki z potworem, przedkładając ucztowanie nad perspektywę śmierci. Obok karczmy pojawił się kolejny zajazd oraz domek z wesołymi dziewczynkami. Wraz z rycerzami przybywali giermkowie, a ich śladem ciągnęli kupcy, cyrulicy, czarodzieje, zwykłe łachudry oraz mnisi znający pismo i sekret hodowli grochu. Gród się rozrósł. Mężczyźni zaczęli nosić czerwone płaszcze, a kobiety bursztynowe ozdoby.

Raz na jakiś czas któryś rycerz próbował pokonać smoka, nieodmiennie z tym samym skutkiem. Większość najęła się na służbę w zamkowej drużynie. Król pokonał krnąbrnych wasali i znacznie poszerzył granice swojego królestwa. Jego imię budziło grozę i szacunek nawet w najdalszych krainach. Ze wszystkich stron świata nadciągały wozy pełne futer, złota i broni. To sąsiedzi płacili trybut, aby król zostawił ich w spokoju.

Minęły lata. Król postarzał się, postarzała się królewna, smok zaczął słabować. Bardzo schudł. W mieście o dziewice było coraz trudniej, a to za sprawą intensywnej obecności rycerzy, giermków oraz mnichów. Raz smok omal nie zginął w walce. Zwyciężył ostatkiem sił. Od tego czasu król, świadom źródła swojego zarobku, umieszczał łuczników ukrytych za murem w pobliżu jamy. Łucznicy, zawsze czujni, z palcami na cięciwach pilnowali, by któryś ze śmiałków nie odniósł sukcesu.

Gdy smok zachorował, król zrobił wszystko, by ukryć tę informację przed światem. Dwa miechy pompowały czarny dym z wnętrza groty, wielka trąba markowała ryki potwora, a na dnie skalnej jamy królewscy cyrulicy uwijali się wokół słabującej gadziny, rozpaczliwie próbując rozpalić życie pod poobijaną łuską. Udało im się, ale nie na długo.

Sprytny szewczyk podrzucił pod grotę kukłę kobiety napchaną trucizną. Łucznicy zbagatelizowali śmiałka, a gdy spostrzegli swoją pomyłkę, było już za późno: smok legł martwy na brzegu rzeki. Z wodą mieszała się żółta stróżka jadu, cieknąca z rozwartego pyska.

Gdy król spostrzegł, co się stało, rzucił się z najwyższej wieży. Szewczyk, który przybył akurat do zamku po nagrodę, został rozszarpany przez zrozpaczonych dworzan. Wkrótce rycerze, giermkowie oraz mnisi splądrowali miasto i rozeszli się na wszystkie strony. I tylko paź wziął za rękę struchlałą, starzejącą się królewnę. Kochał ją bowiem szczerze od pierwszego nocnego spotkania, wiele lat temu. Opuścili królestwo i udali się w głuszę. Tam znaleźli polanę i zbudowali dom. Żyli długo i szczęśliwie.

tydzień z głowy (302)

Posted on 6 lipca 2014

„Inna dusza”

Łukasz Orbitowski
Inna dusza

Wejście. 2014

– Przy pierwszym ciosie tak, potem już nie. Pewno po temu dziabałem ich tyle razy – mówi Jędrek. Laufer znika mu w palcach i ląduje na acztery. – Pewno myślałem, że znów coś poczuję, a tu nie. Tylko za pierwszym ciosem – powtarza, zwieszając ciężką głowę nad szachownicą.
Siedzimy naprzeciw siebie przy brązowym stole, na prostych, szarych krzesłach. Dwa okna na przeciwległym końcu sali widzeń kojarzyłyby mi się ze sklepikiem na stołówce zakładowej, gdyby nie kraty i strażnik pod bronią. Jestem zdziwiony, wcale nie dlatego, że nikt poza nami nie gra w szachy. Więźniowie rozmawiają z żonami, rodzicami, kochankami i dziećmi. Ktoś płacze. Jakiś berbeć lgnie do wytatuowanej dłoni, mówi, że pani w sądzie nie chciała, żeby przyszedł. Mówi, że popełni jakieś straszne przestępstwo, żeby być razem z tatusiem. Jestem zdziwiony, bo Jędrka odwiedzam od lat i opowiedział mi o tym, co zrobił, i dużo więcej, ale nigdy się nie zająknął, jak mu z tym było, tam w środku.
– Dobrze, że przyszedłeś – mruczy Jędrek. Zachodzę go koniem od lewej, to pułapka. Jeśli pchnie wieżę, odsłoni damkę i będzie posprzątane. Znajdę wyjście z dość rozpaczliwej sytuacji. Nieruchome oczy Jędrka powinny ślizgać się po pionach i figurach, lecz tak się nie dzieje. Patrzy na szachownicę jak na niebo, jak generał na mapę zawieszoną na przeciwległej ścianie i wycofuje swojego laufra.
– Jak ojciec? – zagaduje. Nie wiem o kogo pyta, Jędrek dopowiada: – Jak mój kochany stary?
Mówię, że nic się nie zmieniło. Pan Robert siedzi w Toruniu z nową rodziną. Ma dwoje dzieci, jedno już chodzi do szkoły, a drugie  jeszcze nie chodzi. Zniknął z radaru i ludzie o nim nie rozmawiają. Jędrek znów kiwa głową: szare policzki zjeżdżają ostro do pełnych ust i cofniętego podbródka z nastroszoną szczeciną. Gdy tutaj trafił, ledwo zarastał. Kontynuuję natarcie, pcham piona pod jego szeregi, drugi koń pozostaje w defensywie.
– A matka? – dopytuje Jędrek. Teraz przynajmniej wiem, kogo ma na myśli. Przedwczesna emerytura pchnęła panią Halinkę w trzecią już pustkę. Pani Halinka jeździ na działkę. W samotnym mieszkaniu na Fordonie przyjmuje psy, nieraz głuche i ślepe, próbując znaleźć dla nich nowy dom. Jest sucha i blada jak trup znaleziony w zamieci. Niedługo zapisze się na uniwersytet trzeciego wieku i zacznie wybijać okna w piwnicach, żeby koty miały się gdzie schronić. Zostawiam tę myśl dla siebie i mówię Jędrkowi, że z jego matką wszystko w porządku. Jędrek mi nie wierzy. Pewnym ruchem zbija piona laufrem, mój koń wskakuje na to miejsce, a czarna wieża śmiga hen, za linię mojej obrony.
– Co u nich? – W jego głosie próżno szukać żalu, a jednak te imiona nie przejdą mu przez gardło. Nigdy nie przeszły. Opowiadam. Pan Ryszard to przedwcześnie podstarzały facet, obojętny nawet wobec perspektywy własnej śmierci. Wciąż pracuje w archiwum miejskim. Nie jeździ już na ryby. Nie czyta książek, nie zagląda już do kółka pijanych historyków, tych co spotykają się co czwartek w „Węgliszku” przy bydgoskim rynku, nie ma telefonu komórkowego, tylko przełącza kanały w telewizorze. W jego oknie wieczny śnieg. Za to pani Beata żyje niby żołnierz na wiecznej przepustce, jakby to wszystko nigdy się nie wydarzyło. A może właśnie dlatego. Baluje w „Zodiaku” i restauracji przy hotelu „Brda”, właśnie wróciła z samochodowej wycieczki po Skandynawii i chyba kogoś ma. Jędrek słucha. Niebieska bluza opina się się na szerokich barkach. Zawsze ubierał się na niebiesko. Mówił, że to kolor wojownika.
– A reszta? Co z resztą? – chce wiedzieć Jędrek. Mógłbym opowiedzieć mu o cierpieniu i obojętności, o człowieku, który runął na pysk i leży od osiemnastu lat w gównie rozcieńczonym przez łzy, i o kobiecie, która nim się opiekuje, bo tak trzeba, bo opieka przynosi ulgę i zapomnienie. Osiemnaście lat, dłużej niż żył ich syn. Opowiedziałbym o zakotwiczonej w Warszawie Beatce, jej dzieciach i ich wnukach, o prywatnym przedszkolu i dwupoziomowym mieszkaniu na starym Mokotowie. Dodałbym: niektórym się udaje, chciała to ma. Lecz wolę inaczej. Odpowiadam, że oni akurat jakoś się poskładali, rozpaczliwie osłaniam króla, lecz wieża Jędrka demoluje słabą linię obrony. Nadciąga drugi czarny laufer i zaraz skończy sprawę. Mówię, że niedługo przestanę jeździć na Jasną. Jędrek wzrusza ramionami. Dotyka laufra i wycofuje dłoń.
– Twój tatko, jak się ma? – zagaduje. Nie odpowiem na to. Jędrek zawsze zadaje te same pytania, zawsze odpowiadam tak samo, to jedno puszczając mimo uszu. Laufer ląduje na epięć i załatwia sprawę. – Szach mat – mówi Jędrek. – Dziękuję. Nie mam z kim grać. To dobrze. Dobrze, żeś do mnie znów zajrzał, no.
Szachów nauczył się w Legii i zawsze wygrywa. Zawsze wygrywał ze mną. Ładuję piony i figury z powrotem do pudełka, Jędrek wydobywa z siebie przepastne sapnięcie, jakby gra była dla niego bolesna. To nieprawda. Jego ciemne oczy przypominają jamy oblepione błotem.
– Tyś to nigdy na Jasną nie pasował. – Prostuje się na krześle, opuszcza dłonie na stół, splata palce i trze kciukiem o kciuk. Blizna jest niemal niewidoczna. – U ciebie w porządku, co nie?
Tak, u mnie w porządku. Wizyta niedługo dobiegnie końca. Opowiadam Jędrkowi o rzeczach, które nigdy nie będą do niego należały. Na Dworcowej, blisko Gdańskiej, machnęli apartamentowiec jak ta lala i będę tam mieszkał, na drugim piętrze, a strażnik przegoni nieproszonych gości. Strażnik ma niebieski mundur i wąsy pożółkłe od papierosów. Zamówiłem meble na wymiar, chcę mieszkać jak człowiek, ale stolarz ociąga się z zamówieniem. Stolarz mieszka w Raciniewie i często nie odbiera telefonu. Jeżdżę do niego i poganiam. Gdy wracam, parkuję na prywatnym parkingu w podziemiach budynku. Mój volkswagen jetta ma już sześć lat i chciałbym kupić coś nowego, tylko czasu brakuje, wciąż wyjazdy. Nie wybrałem nawet telewizora. Chciałbym usiąść i być u siebie sobą.
– To dobrze – mówi Jędrek. – Dobrze, że się poukładało.
Podnosi się ociężale, jakby wielkim wysiłkiem odrywał się od krzesła. Z pierwszym krokiem odzyskuje dawną sprężystość, a gdy staje przed zakratowanymi drzwiami, czekając, aż go wpuszczą, przyjmuje tę pozę, którą dobrze pamiętam z czasów, gdy bujaliśmy się razem. Nogi w lekkim rozkroku, łopatki ściągnięte, pofałdowany kark pod zadartą głową, ramiona ugięte w łokciach i powolny ruch palców, jakby miętoszących coś niewidzialnego.

(…)

C.D.N.

tydzień z głowy (301)

Posted on 29 czerwca 2014

 

Nie ma przypadków, są tylko znaki

20120222-Odysseus-003

Mam trzydzieści lat i wracam ulicą Grodzką z Empiku, gdzie prowadziłem spotkanie z Grahamem Mastertonem. Wziąłem tego Grahama, bo chciałem zarobić trzysta złotych. Towarzyszy mi Joasia. Właśnie wydałem „Tracę Ciepło”. W mieszkaniu na krakowskim Podgórzu mojego przyjścia oczekuje ciężarna żona. Myślę o szalonej młodości, która właśnie się ulotniła, o obwieszonym złotem Mastertonie i o tym, co mnie czeka. Myślę o rodzinie, o ojcostwie. Ogarnia mnie lęk. Mówię do Joasi: „Boję się, że w życiu nic mi się już nie przydarzy”. W momencie, gdy wypowiadam te słowa, gdy kończę to żałosne zdanie, dokładnie w tej chwili, nie przestając mówić, schylam się i podnoszę stuzłotówkę leżącą na ulicy.

Dowiaduję się, że muszę opuścić miasto, w którym spędziłem dwa i pół roku, dowiaduję się nagle i nic nie mogę z tym zrobić. Mam trudności z określeniem własnych uczuć, zastanawiam się tylko, co ze mną będzie. Będzie dobrze. A jednak – zastanawiam się. Nigdy nie lubiłem tego miejsca, choć w jakiś sposób było mi potrzebne. Ostatnie dni spędzam jakby w półśnie. Towarzyszy mi myśl, że proste czynności wykonuję ostatni raz. Ostatni raz idę do parku albo na siłownię. Ostatni raz robię zakupy w supermarkecie i tak dalej. Klucz do domofonu przestaje pasować bez żadnego wyraźnego powodu. Po prostu nie chce już obracać się w zamku, jakby dom nie chciał mnie wpuścić, jakby już mnie nie potrzebował.

Stoję na lotnisku, jest siódma rano i nie czuję się najlepiej. Mam ze sobą walizkę i torbę na ramię. Do późna piłem piwo. Nie spałem zbyt dobrze. Wiem, że już nigdy tutaj nie wrócę (to taka sama mądrość jak ta, którą siedem lat wcześniej podzieliłem się z Joasią – nie zmądrzałem przez te wszystkie lata), wodzę oczami po współpasażerach i rośnie we mnie przekonanie, że co jak co, ale dziś nie przydarzy mi się nic dobrego. Już podstawili nasz samolot. Zaraz wysiądę w Warszawie. Pani z obsługi ogłasza komunikat przez szczekaczkę: mają nadkomplet i każdy, kto zdecyduje się na lot godzinę później, przez Sztokholm, dostanie 250 euro w gotówce. Uświadamiam sobie, że tam, w Warszawie, nic na mnie nie czeka. Nie ma powodu, abym się spieszył. Podpisuję. Biorę pieniądze i wiem, że tak uzyskana forsa ma tylko jedno przeznaczenie. Powinienem ją jak najszybciej rozpieprzyć na głupoty.

tydzień z głowy (300)

Posted on 22 czerwca 2014

Cysta

Dziennikarz: Jak ty to zrobiłeś, że jeszcze żyjesz?
Lemmy: Nie umarłem.

lemmy

Trzysta odcinków tego dzienniczka. Zmieniała się forma, nastrój, sposób pisania, no bo i ja się zmieniałem.

Trzysta wpisów temu nie miałem nic, tylko długi i wory pod oczami od przepicia. Mieszkałem w gołych, odrapanych ścianach, wśród starych mebli. Miałem tylko jeden nóż i dwa widelce, parę starych dresów i chujową kurtkę. Większość fuch przepadła, gdyż nie potrafiłem o nie zadbać w końcowym okresie rozpadu mojego małżeństwa. Julek uczył się chodzić.

Byłem też dziki, odważny i nie wierzyłem w istnienie żadnych granic, a jeśli nawet, rozwaliłbym je talentem bądź piąchą. Codziennie ganiałem do syna i potrafiłem zmienić swoje życie w kwadrans. Pisałem wściekłe, nieokiełznane teksty, a wieczór kończyłem z półwytrawną kadarką za siedem złotych, sprzedawaną w całodobowym przez panią z wielkimi cyckami. Skakałem przez balkon i robiłem wiochę na imprezach.

Potem: Warszawa ze świerszczami cykającymi za oknem i restauracją „Pikanteria” pod domem, gdzie biesiadowałem samotnie, jak i z przyjaciółmi. Pamiętam, jak czytając tam „Wyborczą”, ryknąłem niepohamowanym śmiechem, widząc nagłówek „Centrum Wiesenthala rozpoczyna »Operację Ostatniej Szansy 2«”. Siłownia Olimpia. Knajpa na Pradze z piękną i bezczelną barmanką. Kolacje u Kasi i Rafała. Wieczory na Francuskiej.

Kurhany na bałkańskich szczytach osuwających się w srebro zatoki. Papieros w Dolinie Śmierci i światła Las Vegas. Lampart tańczący w świetle reflektorów naszego samochodu na afrykańskiej drodze. Pomarańczowa linia wypalanej trawy.

Kopenhaga, czyli luksusowy klasztor nawiedzany przez dobre duchy, z wielką siłownią i sklepem prowadzonym przez Włochów na dole. Zawsze ciepły chleb. Fotel i podnóżek, muzyczka z PianoCrafta na świeżutkich kompaktach. Dobre wino i ławeczka w Christanii. Dużo, o wiele za dużo samolotów. Mój syn ułożony do snu w pokoju dziennym. Mówi: Cieszę się, że tutaj jestem.

Te same twarze przyjaciół, tylko bardziej okrągłe. Ta podkulona ręka o sztywnych palcach. Idiotyczne bajki puszczane w polskich kinach. Zabawa w Jedi, w smoki, gra pomiędzy dobrem a złem, piłka i kometka, „Plants vs Zombies”. Zarośnięte ruiny poniemieckich domów na obrzeżach Rykusmyku.

Dzikość jakby osłabła, wiem już, co mogę, a czego nie mogę zrobić, odwaga toczy nieustanny spór z rozsądkiem. Mój talent nie nadaje się do rozwalania, lecz budowania. Wiem, że rozprostowana pięść doskonale sprawdza się w układaniu klocków. Wiem też, że wciąż potrafię ją zacisnąć. Znam też jakiś horyzont siebie, swojego życia i życia innych. Istnieje policzalna ilość zadań, którym mogę sprostać.

Nic na to nie poradzę i nie chcę poradzić. Ludzie nie zmieniają się na lepsze. Ludzie nie zmieniają się na gorsze. Ludzie po prostu się zmieniają.

 

Newer Posts
Older Posts