o „call of cthulhu” w nowej fantastyce

Wyobrażam sobie Lovecrafta dzisiaj. To łatwe zadanie, gdyż pisarz z Providence wydaje się figurą wpasowaną w wiek XXI, nie w mgliste dwudziestolecie między wojnami. Czasem tak jest – nie myślą, lecz własnym życiem wpasowujemy się w epoki przeszłe, przyszłe i wyobrażone. Jego samotność jest niczym innym jak wypatrywaniem czata i facebooka, gdzie mógłby do woli wymieniać myśli i szukać pochlebców. Intensywna obecność porno doskonale pasuje do jego seksualnego wycofania. Fikcję uznawał za ważniejszą od prawdy, nie doczekał popkultury, tej totalnej jamy, gdzie można się skryć. Widzę go teraz: w dresowych spodniach i brudnej bluzie polarowej, jak krąży po ciemnym mieszkaniu pełnym płyt DVD i książek o kolorowych okładkach. Cykają ekrany komputerów, koty łaszą się do niemytych nóg wieszcza, a wieszcz rzeczony siada przy biurku, przedziera się najpierw przez kubki po kawie (chłepta sobie zimną), by rozgarnąć bałagan ekranowy. Odtrąca okienka komunikatorów. Tłamsi wirtualne encyklopedie, portale społecznościowe oraz gołe baby (te z niewątpliwym żalem) i, ciągle głaszcząc kota zamawia jedzenie na najbliższy tydzień w internetowym spożywczaku. Okno wychodzi na blok i wysoki mur strzeżonego osiedla na wzór niemiecki, gdzie nie można wpuszczać dzieci. Widzę to wszystko wyraźnie, być może za sprawą mojego kota Prezesa, który – jak każdy kot – miał znajomość z Lovecraftem. Tym wyobrażeniem, wymruczanym przez Prezesa wkraczam do nieistniejącego pokoju Lovecrafta współczesnego, który także nie istnieje. Jeśli tak jest, to trzeba coś z tym zrobić: skoro nie można Lovecrafta ściągnąć tutaj, to my musimy cofnąć się do lat dwudziestych.
[ytorbit]XHuY2wXTd0o[/ytorbit]

reszta w numerze lutowym