Sentymentalnie na „Jawnych snach”
(…)
Żeby nie przedłużać – gdy już zdarzył się pecet, służył głównie do pisania. Później: oglądania filmów, z przyjemną przerwą na wielokrotnie kończone „Diablo” i „Dungeon Keeper”. Do dziś nie zgłębiłem sensów „The Sims” i „World of Warcraft”. Stąd zakup konsoli stanowił autentyczną furtkę do nowego świata, gdzie w czarownym ogrodzie kryją się wspaniałości.
Przyglądam się dobrom od zacnego redaktora, zastanawiając się, jakim właściwie cudem piszę to, co piszę, zamiast pykać wesoło w „Dead Space II”. Rzeczone płytki przywołują inny rodzaj wspomnień, niezwiązany z graniem, choć dowodzący chyba, że pewne zachowania społeczne, potrzeba pewnych społecznych doznań pozostają niezależne od wieku. Jako nastolatek przeżywałem głęboką fascynację muzyką metalową i mogę, na upartego, porównać magię odkrywania kolejnych zespołów z poznawaniem nowych, znakomitych gier. I to, i to poszerzało spektrum doznań.
Metalowanie było hobby niezwykle drogim. Cena płyty przewyższała wielokrotnie moje zasoby finansowe (zwłaszcza że istniało jeszcze tanie wino, a także kawa dla bajerowanych koleżanek), stąd człowiek stawał na głowie celem wejścia w posiadanie upragnionych nagrań, co porządkowało strukturę otoczenia. Byli sobie ludzie tacy jak ja, szaraczki w czarnych skórach, szeregowi wszarze, i byli wybrańcy. Ci, którzy jakimś cudem „mieli płyty”, zyskiwali status półbogów. Czerpali z tego profity, ciesząc się przyjaźnią, szacunkiem i oddaniem. Ktoś opływał w dobra dla mnie niedostępne i jeszcze znajdował okazję, żeby się podzielić, choć ta okazja czasem polegała na wspólnym przesłuchaniu. Trzeba dopowiedzieć, że owo „mienie” rozumiem nie tyle jako stan posiadania, ile jako stałą predyspozycję do pozyskiwania nowych, atrakcyjnych tytułów. Co to ma wspólnego z grami konsolowymi? Ano mechanizm, który się powtarza.
(…)
Na Jawnych Snach będę pojawiał się częściej.