porusza i prowokuje...

Tydzień z głowy (492)

Posted on 26 lutego 2018

O szyldach i neonach 

old_brick_wall_1_by_rsffm-d5swpwv

źródło zdjęcia.

Przeszliśmy się ostatnio po starówce. Nadal uważam, że Kraków jest najgorszym miastem w Polsce, ale tego zimnego wieczoru dał się znieść. Luty wygonił przechodniów z Gołębiej, Jagiellońskiej i świętej Anny. Podobał mi się nierówny bruk i okna jakby wciśnięte w stare ceglane mury. Wcześniej nie zwracałem uwagi na takie oczywistości, no ale byłem młody. Poza tym siedzę w domu jak borsuk. Nawet nie wiem, kiedy ostatnim razem zapuściłem się w obręb Plant. Kiedy byłem w krakowskiej knajpie?

Wszędzie straszyły szyldy. W ten sposób ogłaszały się restauracje, jadłodajnie i reklamowały się browary. Cóż, każda starówka teraz tak wygląda, w Niemczech, w Budapeszcie, w Kopenhadze.  Z tymi szyldami jest, tak w ogóle, zabawna sprawa – wszyscy uważają, że powinny zniknąć, a jednak są. Mi nie przeszkadzały. Aż do teraz.

Idąc przez zmrożone miasto myślałem o tajemnicy. Wyobrażam sobie życie bez wielu rzeczy, ale tajemnica jest jak miłość i pieniądze – tak trudno bez niej. Mury starego miasta obiecują tajemnicę. Wystarczy wyobrazić sobie ludzi, którzy za nimi mieszkali w ciągu wieków, ich radości, troski i łajdactwa. Jak oszukiwali się, kochali, zdradzali i mordowali. Taki stary dom, kościół, zamek jest w moim rozumieniu naczyniem na całe mrowie tajemniczych cieni. Nie muszę i nie chcę ich poznać. Wręcz przeciwnie. Chcę ocalić właśnie tę zagadkę.

Kolorowy, podświetlony szyld umieszony na murze tę tajemnicę unieważnia i przekreśla. Jest jak taśma policyjna, jak zakaz wjazdu. Zamiast moich duchów, sekretów i wspomnień dostaję informację o kebabie, albo o tym, że mogę napić się Żywca. Widzę tutaj pełną rozłączność. Albo szyld z Żywcem, albo tajemnica. Żywiec jest aktualny, tajemnica długowieczna. On jest wstrętny a ona wspaniała. Nie rozumiem, co złego jest w nagiej, starej ścianie. Przecież zawsze taka była. Dopiero moje pokolenie ją zapaskudziło.

Jestem odklejonym od świata, melancholijnym bucem, ale mam dość rozsądku by wiedzieć, że moja argumentacja nie ma żadnej wartości. Kogo w dyktaturze transparentności obchodzą tajemnice? Kogo w ogóle interesują jakieś szyldy? Nie zamierzam z nimi walczyć. Równie dobrze mógłbym wrzeszczeć na morze, aby się rozstąpiło. Zrobię to, co potrafię najlepiej.

Zostanę w domu.

 

 

Tydzień z głowy (491)

Posted on 19 lutego 2018

O śmierci 

Skull

Ludzie często opowiadają co to zrobią na moim pogrzebie. Takie pogadanki wpędzają mnie w konfuzję. Z jednej strony wypada się cieszyć, bo ktoś w ogóle przyjdzie na ten cholerny pogrzeb. Martwi jedynie milczące założenie, że oni, ci wszyscy ludzie będą żyli, a ja nie. Założono, że umrę pierwszy, czego nie zamierzam, lecz nie mogę wykluczyć.

Boję się nie tyle śmierci, co procesu umierania. Obserwowanie umierających było doświadczeniem, z którym do dzisiaj nie mogę się uporać. Sama śmierć natomiast mi dynda i powiewa, że tak powiem. Nie istnieje żadne życie po śmierci. Umierając zniknę, po prostu mnie nie będzie – zawsze i nieodwracalnie. Czym tu się martwić?  Żegnaj Łukaszku!

Najchętniej nie miałbym żadnego pogrzebu. Życzę sobie, aby moje martwe ciało wyrzucono na śmietnik. Żadnych pochówków, broń Boże z honorami, a gdyby komuś przyszło do głowy chować mnie na jakiejś alei zasłużonych, proszę niech palnie się w ten durny łeb i ciśnie mnie do hasioka.

Niestety wiem, że jest to niemożliwe. W Polsce wyrzucają na śmietnik  żywych, a nie martwych.  W takim razie życzę sobie, aby pochowano mnie w nieoznaczonym grobie, a zamiast grobowca z attyką macie posadzić jakieś porządne drzewo. Na przykład dąb. Niech sobie wzrasta na moim ciele, niech korzenie wplątują się w moje kości i rozsadzają czaszkę od środka. Piszę śmiertelnie poważnie. Takie jest moje życzenie.

Póki co jednak żyję i zamierzam ten stan utrzymać. Siłę do życia biorę nie z pracy, z miłości, z ciekawości świata, czy też wyzwań jakie stawia codzienność. Po prostu wyobrażam sobie jakie przemówienia wygłoszą przyjaciele pisarze na moim pogrzebie i nagle, ze wszystkich sił, niemal rozpaczliwie – chcę żyć.

Tydzień z głowy (490)

Posted on 12 lutego 2018

O zemście

1024px-William-Adolphe_Bouguereau_(1825-1905)_-_The_Remorse_of_Orestes_(1862)

Moje doświadczanie krzywdy jest spokojne i harmonijne. Krzywdziłem i byłem krzywdzony regularnie, mocno, lecz nie straszliwie.  Oczywiście krzywdy, które wyrządziłem są większe niż te doświadczone. Ale mam jeszcze trochę życia przed sobą. Może ktoś mnie jeszcze skrzywdzi?

Przyjaciel twierdzi, że każdy człowiek ma swoją porcję zła do wyrządzenia. Zło i idące za nim krzywdy są jak mana w grze o czarodzieju. To określona, policzalna porcja mrocznej siły do rozfukania. Dobrego człowieka poznajesz po tym, że nie czyni więcej zła niż musi. Lubię myśleć w ten sposób, choć wiem, że pogląd mojego przyjaciela nie ma nic wspólnego z prawdą.

To wszystko bardzo mądre i zabawne, ale parę razy rzeczywiście mnie skrzywdzono, a przynajmniej czułem się skrzywdzony. Poważnie, śmiertelnie. Co z tym zrobiłem? Otóż nic. Przyjaciele namawiali mnie do zemsty, ale, mówiąc szczerze, gdyby nie ta gadanina, zemsta nie przyszłaby mi do głowy. Zemstą pogardzał nawet Nietzsche. Zemsta jest niczym więcej jak marnowaniem sił. To ogień, który spala ofiarę zemsty, ale i mściciela.

Potrafię walczyć, umiem wyprowadzać ciosy, a nawet wypowiadać wojnę, niemniej z zemstą u mnie słabo. Próbowałem myśleć o niej w kategoriach wymierzania sprawiedliwości, przywracania równowagi w świecie, odczyniania zła. To bzdura. Nie ma sprawiedliwości ani równowagi. Ludzkie uczynki nie mają znaczenia. Żadne zło nie może zostać odczynione.

Moi wrogowie są głupi, nieraz samotni, najczęściej nikomu niepotrzebni. Na spotkaniach towarzyskich mówią tylko o pieniądzach. Skąd pieniądze. Jak pieniądze. Kiedy będą? Skąd je mamy? Ile tych pieniędzy nam zostało? Życie ich skrzywdziło. Nie musiałem się fatygować.

Przywołuję w pamięci te straszne krzywdy, których doświadczyłem i średnio mi idzie. Mniej więcej wiem kto, jak, w jakim celu, o co chodziło i kiedy to było. Jakbym wspominał dawno oglądany, emocjonujący film. Moje serce pozostaje nieporuszone. Przypuszczalnie, lekko licząc, trzy czwarte krzywd wyleciało mi z głowy. Tak sobie z nimi radzę. Zapominam. Nie wybrałem zapominania. Po prostu tak mam. Nie wybaczam. Po prostu nie umiem sobie przypomnieć, co było do wybaczenia.

Krzywda jest jak rękawiczka zostawiona na poczcie. Zapomniałem o wszystkich moich wrogach. Może to też jakaś zemsta?

 

 

tydzień z głowy (489)

Posted on 5 lutego 2018

O odtrącaniu

 sumatran-rhino-2

Przeraża mnie moja zdolność od odtrącania ludzi. Mowa o kończeniu znajomości, które trwały lata, nieraz dziesięciolecia i nieraz stanowiły o treści życia. Były tym, co w życiu najpiękniejsze i najbardziej bolesne.

Mój ojciec też miał tę umiejętność. Przerażała mnie ona, widziałem w niej coś nieludzkiego, bo najbardziej na świecie chciałem żeby było dobrze i żeby jeszcze kochali mnie wszyscy.

Teraz rozumiem ojca. Wiem, że nigdy nie będzie dobrze. Chcę, aby kochali mnie nieliczni.

Kobiety, przyjaciele, ludzie najbliżsi, ludzie z którymi szedłem przez życie i których przecież kochałem zostali gdzieś tam w tyle, nie wiem co robią, jak żyją i czy są szczęśliwi. Niekiedy taka znajomość kończy się w kłótni, w awanturze, czy nawet mordobiciu. Czasem gaśnie jak starzec. Węgle ogniska syczą w deszczu. Przejmują chłód mokrej ziemi.

Nie potrzebuję. Nie tęsknię. Pamiętam i boję się siebie, bo umiem to robić. Umiem przekreślić przyjaźń i zabić tę miłość. Do widzenia.

Rozumiem jednak, że taka jest właśnie cena jakiejkolwiek bliskości. Aby być blisko z ludźmi, muszę umieć ich odtrącać, zawsze z ważnego powodu. Istnieją bliskości długo i krótkodystansowe i biada każdemu, kto się pomyli.

Nie potrzebuję. Nie tęsknię. Pamiętam i pamięć jest ważna. Pamiętam każdą była kobietę i każdego byłego przyjaciela. Kiedyś rozmawiałem z nimi przez długie bezsenne noce. Leżałem w pustym łóżku, a oni szeptali wewnątrz mojej czaszki. Już zamilkli więc i ja ich nie odzywam. Niosę ich w sobie, te ciała pamięci tak jak niesiono martwych świętych ku klasztorom, gdzie czekało miejsce wiecznego spoczynku. Nie kocham tych ludzi. Kocham pamięć o odrzuconych.

Nie chcę wybaczenia. W zamian wybaczę każdemu, kto mnie opuści.

 

 

Tydzień z głowy (488)

O kolejkach

0002M9I2ARXIOWIV-C317-F3fot.  Krzysztof Wójcik 

 

Słuchajcie, one wróciły. Po raz pierwszy od kilkunastu lat regularnie stoję w kolejkach.

Pamiętam je jeszcze z lat osiemdziesiątych, te monstrualne, wielogodzinne kolejki do pustych sklepów. Stałem w nich ze względu na system kartkowy, czy też sprzedaż reglamentowaną. Po prostu, sprzedawano jedną torbę cukru na głowę, nie więcej. No to stałem, mały i wściekły po rzeczy, które wydawały mi się kompletnie niepotrzebne. Na ścianie budynku w którym mieścił się sklep namalowano coś, co dziś uznano by za wyjątkowo paskudny mural. Ludek okładał ludka młotkiem po głowie, a jeden z tych ludków (nie wiem już który) krzyczał „woe, woe, woe!”. „Woe” da się przetłumaczyć jako biada, niedola, nieszczęście, czego wtedy nie wiedziałem, ale teraz już wiem.

Przypomina mi się jeszcze jak na wakacjach w Kuźni Raciborskiej rzucili arbuzy. Ówczesny  status arbuza porównałbym do tego, którym cieszą się dziś single malty. Każdy by chciał, nie każdego stać, w mało którym sklepie można kupić. Więc szedłem sobie, jakoś dziesięcioletni i zobaczyłem, że w spożywczaku sprzedają te jebane arbuzy i ludzie za nimi stoją. Chciałem polecieć do mamy i powiedzieć jej o tym cudownym wydarzeniu (arbuzy, arbuzy, mamusiu są arbuzy) tylko, wytresowany staniem po cukier wiedziałem, że te cudowności wykupią mi nim obrócę, więc stanąłem w kolejce, obracając w kieszeni resztki kieszonkowego. Pieniędzy wystarczyło na trzy czwarte arbuza. Do całego brakło, połówka wydała mi się śmiesznie mała. Przecież każdy kawałek był wartością. Nie wiem czy zapakowali mi tego arbuza do jakiejś siatki, czy w szary papier, czy w ogóle nie zapakowali, co przecież jest nieważne, bo ten pokrojony, poszatkowany arbuz (bez jednej czwartej) całkowicie mi się rozpierdolił po drodze do domu. Upaskudziłem sobie porcięta, koszulinę, nogi i ramiona miałem całe w soku. Doniosłem resztki miąszu w zielonych półksiężycach. Powiedziałem mamie, że ma być ze mnie dumna, bo przecież zdobyłem arbuza. Powinna też oddać pieniądze.

Potem komuna się skończyła, kolejki wraz z nią (nie mówię oczywiście o kolejkach w przychodni). Pamiętam, że pojawiły się jeszcze na moment w Biedronkach, kiedy te ostro zaczęły wchodzić do Polski. Na każdym osiedlu stanął tani sklep i ludzie natychmiast tam przyszli. Wszystkim brakowało pieniędzy. Byłem aroganckim, agresywnym gnojkiem i stanie w kolejce uważałem za upokarzające. Brałem towary do koszyka, liczyłem ile kosztuje to wszystko, mijałem te dwadzieścia, trzydzieści osób w kolejce, kładłem pieniądze przed kasjerką, pokazywałem co mam w koszyku i wychodziłem odprowadzany przez okrzyk „proszę pana ja to musze skasować!”. Nikt mnie nie zatrzymywał. Przecież, na upartego, niczego nie ukradłem. Nie jestem dumny z takiego postępowania, pocieszam się jednak, że w tamtych czasach robiłem rzeczy o wiele gorsze. Na przykład rzucałem się z pięściami na ludzi po knajpach, bez żadnego powodu.

Teraz kolejki wróciły. Są w Biedrze, w Tesco, w Kauflandzie też. W tych sklepach akurat kupuję. Stoję wściekły, klikam w telefon i zabijam czas myśleniem. Kolejki w latach osiemdziesiątych wynikły z niedoboru towarów. Te piętnaście lat temu, w Biedrze – z biedy. Co spowodowało tę, w której stoję teraz?

tydzień z głowy (487)

O pięciu dniach w podróży

 26994811_1955663951129199_1670255406_n

Augustów, pomnik Beaty z Albatrosa. Fot. Aga Krysiuk.

W Chodzieży po spotkaniu autorskim nie mam co ze sobą zrobić, więc szukam miejsca, by coś zjeść i walnąć kielicha. Strawa i kielich należą się każdemu po trudnym dniu. Chodzież jest sympatyczną miejscowością wyróżniającą się domkami rzemieślników, które obrosły po obu stronach głównej drogi spacerowej. Dwie kolejne knajpy są nieczynne w poniedziałek. Dziś mamy akurat pierwszy dzień tygodnia. Znajduję trzecią, w podziemiach. Młoda barmanka jest bardzo chuda. Zapewne także dlatego, że nie jada tutaj. Zamawiam szklankę whisky. Patrzę na śnieg. Lecą stare piosenki Meat Lofa i Scorpionsów.

Na tle Chodzieży Piła wydaje się wielkopolskim Vegas. Gdzie nie rzucę śnieżką, tam knajpa. Organizatorzy najpierw ciągną mnie do jednej z nich, potem młode małżeństwo prosi abym ich odwiedził i tak rzeczywiście się dzieje. Siedzimy na piętrze, znów pijemy whisky i ku mojemu zaskoczeniu słuchamy drugiej płyty Armii i debiutu Moskwy z winyla. Dostaję też grzanki. Jem te grzanki, słucham jak Guma się drze i myślę sobie o tym, co właściwie się dzieje. Jestem u kogoś w domu. Zostałem zaproszony. A zaproszenie kogoś do domu to wielka rzecz, przynajmniej ja tak uważam. Gdy zapraszam kogoś do domu, mówię „choć, zobacz jak żyję. Poznaj moją rodzinę. Pozwól, abym dał ci jeść i pić”. To bardzo wiele znaczy. Poczucie otrzymanego dobra towarzyszy mi przez większość następnego dnia, nie rozświetlając jednak kaca.

W pociągu zderzam się z facetem, który właśnie wyszedł z więzienia. Przesiedział ćwiarę, tak mówi. Opowiada o człowieku, którego zapierdolił. Był to, rzecz jasna, pedofil. W tym kraju chyba każdy siedzi za zabicie pedofila, nikogo innego. Facet jest nawalony w dym, nazywa mnie swoim przyjacielem i próbuje kupić bilet kredytowy. Wraca i pyta, czy chcę się z nim napierdalać. Odpowiadam, że niekoniecznie, niby na zgodę przybijam mu piątkę i to tak by trzasnęło mu w kościach. O kurwa, abyś mi przypierdolil – mówi facet, siada kawałek dalej, bawi się z jakimś psem i nie zaczepia już pasażerów.

Suwałki mają trochę atrakcji, na przykład galerię Andrzeja Strumiłło (raczej knoty, choć ilustracje do książek miał piękne) oraz tatarską restauracyjkę, którą zarządza sam Tatar. Mój gulasz jest ostry, bardzo ziołowy, zaś piwo pochodzi z Litwy. Suławki to jednak przede wszystkim tiry, tysiące, miliony tirów na litewskich, łotewskich i rosyjskich rejestracjach. Ich ciężki ogon wydaje się pozbawiony końca i powoli sunie przez miasteczko. Suwałki są dość małą miejscowością. Domy, nieraz wykonane z drewna, rosną tuż przy wąskich chodnikach i te tiry są jak pięść wepchnięta w gardło, jak kret przedzierający się przez glinę: ochlapana błotem, żywa ściana ze zgarbionymi sylwetkami kierowców.

W Augustowie mam zaszczyt pierdolić przed licznie zgromadzoną publicznością (spotkanie jest biletowane, więc pierdolę najpiękniej jak umiem), a za moimi plecami znajduje się wizerunek nosorożca naturalnych rozmiarów. Przycupnął sobie na ławce osiedlowej i coś tam czyta. Wszyscy są bardzo mili w naturalny sposób, potem zasuwamy do knajpki gdzie wypijam dwa piwa i oddaję się nieopłaconemu już, nadliczbowemu pierdoleniu. Ufam, że związek zawodowy pierdolców i pierdolinek wybaczy mi to nadużycie. Wypijam dwa piwa. Robię sobie zdjęcie z Basią z Albatrosa. W nocy nie mogę spać, zaś rano unieść walizki. Pięć dni temu była lekka, a teraz ledwo ciągnę ją przez śnieg. Wszystko przez prezenty. Targam nowego nosorożca, z siedem książek, kubek, koszulkę, „Ostatnią rodzinę” na Blue Ray i wielkie pudło pełne płyt winylowych.

Zawód pisarza jest świetny pod warunkiem, że nie trzeba pisać.

Tydzień z głowy (486)

To ciągle jest

nabuchodonozar 

Zdarza mi się pisywać o życiu szczęśliwym, o tym jak łaskawe jest dla mnie życie. Pora, bym poruszył inny temat.

Byłem bardzo smutnym młodzieńcem, chodziłem w skórzanym płaszczu i miałem pentagram wypuszczony na czarny golf. Wręcz epatowałem smutkiem, ale nie umiałem odpowiedzieć, skąd się ów smutek brał. Dziś oczywiście wiem. Chodzi o skrzek świata, o niedopasowanie między tym światem a mną, o metafizyczną grozę, o doświadczenie bezsensu trwania i potworność pustki. Czułem to wszystko, lecz nie umiałem nazwać. Teraz już umiem.

Kiedyś, dawno temu, liczyłem, że to umilknie. Nie jestem już tak naiwny. Skoro nie pomogła miłość, wódka, podróże, przyjaźnie, sukces zawodowy – to nie pomoże nic. Będę się kurwa męczył do końca moich dni. Cierpienie metafizyczne. Czemu akurat to mnie spotkało? Nie mogłem po prostu dostać garba?

Z cierpieniem metafizycznym, ze skrzekiem świata łączą się przynajmniej dwa problemy. Pierwszy taki, że istnieje masa gorszych nieszczęść. Ludzie są głodni, mają raka, bomby spadają im na domy i tak dalej. W tym kontekście, moje cierpienie jest fanaberią, kaprysem rozpieszczonego gnoja, niczym więcej. Trudno z taką myślą poczuć się lepiej. Cierpię, więc nie cierpię siebie za to, że cierpię.

Do tego dochodzi oczywiste powodzenie, lukratywność mojego losu, jakże komicznie kontrastującą z metafizyczną grozą przeszywającą moją obolałą duszę? To jak dławienie się kawiorem, jakbym kaleczył sobie dłonie pluszem koloru lila. Do skrzeku dochodzi przekonanie, że jestem człowiekiem głęboko niewdzięcznym za dobre rzeczy, które stały się moim udziałem. A ponieważ wszystko zawdzięczam sobie, obrażam się na siebie samego.

I tak, mając lat czterdzieści, ze sobą się męczę.

tydzień z głowy (485)

Posted on 8 stycznia 2018

O sąsiedzie

Arnold_Böcklin_-_Die_Toteninsel_III_(Alte_Nationalgalerie,_Berlin)

Dzielnica Krakowa, w której teraz mieszkam niegdyś słynęła z ogrodów. Stoi tutaj dawny pałac letni królów polskich. W dwudziestoleciu międzywojennym rezydowało tutaj wojsko. Zresztą i ja mieszkałem w tych rejonach, dawno temu. To właśnie w tej okolicy Giełdziarz z „Horror show” wspinał się po piorunochronie.

Ostatnia dekada upłynęły  pod znakiem prawdzie polskiej, czyli chaotycznej rozbudowy. Wszędzie powyrastały bloki, kretyńsko nazywane apartamentowcami, są wstrętne, chaotycznie rozmieszczone, brakuje przy nich nawet chodników, no ale w jednym z takich bloków, czy nawet w apartamentowcu, mieszkam sobie ja.

Między blokami – tymi nowoczesnymi i tymi z lat siedemdziesiątych – można wypatrzeć trochę starych domów, głównie przedwojennych wilii.  Tak się składa, że jedna znajduje się na mojej ulicy. To jednopiętrowy domek w zabiedzonym ogródku. W tym ogródku stoi sąsiad i patrzy na psa.

Sąsiad ma może siedemdziesiątkę, nosi flanelową koszulę i workowate spodnie podciągnięte pod splot słoneczny. Krzyżuje ramiona na piersiach jakby chciał połamać sobie żebra. Ma haczykowaty nos i nastroszone brwi. Jego twarz mogłaby należeć do zbrodniarza wojennego, wyciągniętego z jakiejś mysiej dziury w La Paz czy też Buenos Aires.

Stoi i patrzy na psa. Ani drgnie. Jego brwi przypominają szron na patyku. Oczy pod nimi też są chłodne.

Przypuszczalnie mieszka tutaj od dziecka, może nawet urodził się w tym domu, ewentualnie dostał go za jakieś zasługi w młodości. Dawno temu miał dom wśród zieleni. Widział, jak budują tutaj czteropiętrowe bloki, jak podciągają linię autobusową, a spokojną wcześniej ulicą zaczęły śmigać syrenki, zaporożce i fiaciki. Pewno myślał, że na tym się skończy, ale nagle, na początku jego starości pobudowali te apartamentowce, syrenki, zaporożce i fiaciki zmieniły się w ople, passaty oraz fordy, przy czym jest ich jeszcze więcej.

Sąsiad jest bezsilny. Wszystko co ma, to swój upór i złość. Stoi i patrzy na psa, nie dlatego, że go kocha, ale żeby nie patrzeć na apartamentowce, na to wszystko, co zdarzyło się wokół niego przez ostatnie pół wieku, od czasów, gdy był młody i mieszkał w cichej willowej dzielnicy na obrzeżach miasta.

 

 

 

Tydzień z głowy (484)

Posted on 1 stycznia 2018

Rok z głowy

moona

Ten rok był wypalaniem planet, prasowaniem się kosmosu, gwiazdy gasły, powstawały nowe wszechświaty. Odcięte warkocze komet wirowały przez pustkę. Nie wiem jak go streścić, gdzie poszukać klucza.

Po długiej chorobie zmarł mój ojciec. Zostawił po sobie obrazy i mnóstwo dobrych wspomnień. Niestety, to nie jedyna śmierć. Parę miesięcy wcześniej straciłem tez wujka. Nie wiedzieliśmy się chyba dwadzieścia lat. Wujo był morowym gościem i doglądał mojego szczęśliwego dzieciństwa. Przypomniałem sobie wielką zasadę świata. Wszystko co dobre zostanie pewnego dnia bezpowrotnie utracone.

Ale zbudowałem sobie dom (właściwie współbudowałem, domu nigdy wznosi się samotnie) i nauczyłem się nim cieszyć. Radość sprawia mi siedzenie w domu, wracanie do domu i wyjeżdżanie z domu: część mojej duszy wciąż należy do drogi. Łagodnieję, staję się bardziej wyrozumiały i spokojny. W mojej szczęce ruszają się zęby.

Są pchły, drobiazgi, mikroby. Skończyłem czterdziestkę, z czego nie wyniknęło zgoła nic, co najwyżej posiwiałem trochę. Nie mam poczucia, że przekroczyłem jakąś granicę, a policzalność lat przyszłych, przybliżający się horyzont traktuję w kategoriach dobrej motywacji. Wydałem „Exodus”, a „Dezerterzy”, mój mały program wrócił na właściwe tory. Okazało się, że wciąż umiem pisać książki i robić telewizję. Pierwszego stycznia 2017 roku wcale nie byłem tego taki pewien.

Miłość i śmierć, dom i strata, znajomości ocalone i znajomości zakończone, rozjazdy, przyjaciele, łzy. Kiedyś chciałem być najlepszym pisarzem w Polsce, ale dziś wiem jaka to niezdrowa, niedorzeczna ambicja, bo widzę jak literatura niewiele znaczy. Jest moim powołaniem, ale co kogokolwiek obchodzi moje powołanie? Interesuje mnie życie. Literatura pozwala żyć, literatura służy życiu i taka właśnie jest jej funkcja.

Piję whisky. Czytam biografię Gombrowicza. Piszę komediową jednoaktowkę. Słucham starego metalu z płyt winylowych. Ponownie przechodzę „Dark souls 3”, tym razem z bulidem na zręczność.

Tydzień z głowy (483)

Posted on 25 grudnia 2017

O rycerzu i o smoku 

Цифровая репродукция находится в интернет-музее Gallerix.ru

Цифровая репродукция находится в интернет-музее Gallerix.ru

Rycerz mieszkał w mieście, naprzeciwko kowala. Kowal miał żonę i szóstkę dzieci, zaś rycerz był samotny. Smok mieszkał w jaskini na szczycie góry i nie potrzebował żadnego towarzystwa. Górę i miasto dzieliła rzeka.

Rycerz długo szykował swoją zbroję i ostrzył oręż, korzystając z warsztatu kowala. Trwało to do nocy. Miasto było ciemne i ciche. Tylko na podworcu dało się zauważyć mocną, przygarbioną sylwetkę szlifującą miecz w czerwonym blasku iskier. W tym samym czasie smok trwał pogrążony w śnie bez snów, czarny jak węgiel i rozgrzany od środka.

Drugiego dnia rycerz wziął udział w uczcie, urządzonej ku czci swojego imienia. Wznosił kielichy, opróżniał półmiski a na sam koniec powiódł najpiękniejsze dziewczęta do komnat udostępnionych przez księcia na tę właśnie okoliczność. Smok w tym czasie obrócił się na stosie klejnotów i kości, odsłaniając biały, guzowaty brzuch.

Trzeci dzień rycerz spędził w kaplicy, otoczony przez zeschłe relikwie błogosławionych i świętych. Na sobie miał tylko habit przepasany sznurem, a jego głęboki oddech niósł się echem po wąskich uliczkach miasta. Nawet kowal usiadł gwałtownie na łóżku, wytrącony ze snu, jakby przeczuwał, że tej nocy ważą się sprawy tego i tamtego świata. Smok wczepił pazury w zrabowane skarby i zachrapał.

O świcie rycerz osiodłał chabetę, przypasał miecz, założył hełm i ścisnął kopię w mocarnych palcach. Odprowadzany przez mieszczan (w tym kowala, jego żonę i szcześcioro dzieci) przekroczył rzekę i ruszył dalej, już samotnie, ku górze, na spotkanie swojego przeznaczenia.  Bez lęku w sercu dodarł do jaskini. Uderzył kopią w tarczę, wzywając smoka do pojedynku.

Smok posłyszał chrzest stali za którymś wołaniem. Otworzył jedno oko i splunął ogniem, spalając rycerza (i jego konia) na popiół. Tylko zbroja, rozgrzana do czerwoności potoczyła się po zboczu, by z sykiem zatonąć w rzece. W tej samej chwili kowal podniósł guzowaty łeb, obrócił przekrwione oczy ku wodzie i rzekł do żony:

– Patrzaj babo, zaś dym z rzeki idzie.

Newer Posts
Older Posts