porusza i prowokuje...

Tydzień z głowy (506)

Posted on 4 czerwca 2018

Nowe otwarcie

disunion-oculus-rift-guillotine-simulator-virtual-reality-991x580

Przeczytałem właśnie naszykowany na dziś odcinek mojego dzienniczka. Zaraz zachciało mi się rzygać. Skasowałem wpis.

Zła forma, zła treść, wszystko normalne do dupy, jak zresztą kilkanaście, kilkadziesiąt ostatnich odcinków. Straciłem serce, dzienniczek stracił parę i co teraz?

Kiedyś był ważny, ale już dawno nie jest. Przejawiam ogromną aktywność na bardzo wielu polach, dzienniczek stał się kulą u nogi. Pisząc go czuję się, jakbym wyciskał sok z patyka. Już czarny coach bardziej mnie cieszy, już byle jaki wpis na feju wydaje się bardziej sensowny i nic nie umiem z tym zrobić.

Głupi filmik, który wrzucam w sieć, idiotyczne zdjęcie ma większy zasięg niż słowa, z którymi teraz się morduję.

Czy mogę skasować dzienniczek? Tak, jasne. Czy umiem? No nie bardzo. Jak już coś zacznę, nie daję rady skończyć.

Więc niech ten dzienniczek będzie naprawdę dzienniczkiem. Niczym więcej. Raz w tygodniu, w poniedziałkowy poranek wrzucę tutaj relację z jednej sytuacji, jaka mi się zdarzyła w ciągu ostatnich siedmiu dni. Opiszę ją może nie najwierniej, ale najbarwniej jak potrafię, opublikuję bez żadnego tłumaczenia o co chodzi i cześć.

Zaczynam za tydzień.

Nic lepszego nie przychodzi mi do głowy.

tydzień z głowy (505)

Posted on 28 maja 2018

O dwóch przykrościach

 china_ass

Człowiek w swoim życiu doświadcza dwóch prawdziwych nieprzyjemności: ciosu w mordę i chuja w dupie. Obrywa w łeb, albo jest dymany. Wszelkie inne przykrości są mniej lub bardziej subtelnymi wariacjami tych dwóch sytuacji.

Wiem o tym dość dobrze, ponieważ wielokrotnie przyjąłem cios na cymbał, byłem też dymany. Szczególnie smutne myśli biegną ku chwilom, gdy obie te czynności zachodziły równocześnie.

Reakcja na cios w mordę jest dość prosta. Należy oddać. Niekoniecznie natychmiast, czy też w ten sam sposób, ważne jest jednak, by przy pierwszej sposobności wyprowadzić nokautującą kontrę. Nie wolno się wahać. Nadstawianie drugiego policzka nie wchodzi w grę, bo zaraz wybiją zęby i wydłubią oczy. Ponadto, najczęściej jest tak, że wymiana ciosów załatwia sprawę. Zdrowy cios w mordę przynosi otrzeźwienie.

Z byciem wydymanym sprawy mają się gorzej, bo co w takiej sytuacji można zrobić? Ktoś ze mnie zakpił, zawiódł, oszukał. Mam teraz dymać jego? Zakpić, zawieść, oszukać? Kim wówczas będę? Otóż kimś, kim nigdy nie chciałbym zostać.

Cios w mordę tutaj nie przystoi. Walka zasadza się na równości. Ja ci przypierdolę, a może ty mnie przypierdolisz. I cudnie, i w porządku. Dymanie wręcz przeciwnie, wymaga by jeden był na górze, a drugi na dole. Polega na nierówności. Odbiera mi to wszelką przyjemność. Co to za frajda w dymaniu słabszego?

To właśnie jest najgorsze w byciu wydymanym. Właściwie nic nie można z tym fantem zrobić. Mogę się pieklić, oskarżać w Internecie, mogę wpaść z kumplami na klawisz albo podać do sądu (w zależności od tego jakie wydarzenie ukrywa się metaforycznymi obrazami chuja oraz dupy), co nie zmieni przykrego faktu, że stało się najgorsze. Wydymali mnie. Jestem frajerem. Chuj mi w dupę.

Poszukałbym pocieszenia w niewesołym losie dymających, lecz na tym świecie nie znajdziesz karmy ni sprawiedliwości. Obracam więc mokre oczy ku innym wydymanym. Ich posępne legiony ciągną się po horyzont – znajdziesz tu rolnika, księcia i biskupa. Patrzą sobie w stopy, kołyszą się obolałe dupcie. Wszyscyśmy jednacy. A ja wreszcie nie czuję się samotny.

Bracia moi, siostry moje.

Tydzień z głowy (504)

Posted on 21 maja 2018

O „Tracę ciepło”

IMG_3436

Trzymam w dłoniach trzecie wydanie „Tracę ciepło”, mojej pierwszej dużej powieści. Właściwie myślę o niej trochę, jak o debiucie. Upubliczniony „Horror show” był raczej nowelką. Zresztą, obie książki ukazały się ponad dekadę temu, obie w jakiś sposób zachowały aktualność.

Nie ma powrotu do takich książek, do takiego pisania. Droga którą przeszedłem od nich do miejsca, w którym teraz jestem była bardzo długa. Spoglądam wstecz i widzę jasno, że stała się nieprzebyta. Drogi w tę i tamtą stronę nigdy nie są takie same.

„Tracę ciepło” napisałem z nudów, kiedy pracowałem na budowie w Bostonie. Zasadniczy zrąb książki powstał w pół roku. Mieszkałem w kilku różnych miejscach, ale najwięcej czasu spędziłem w maleńkim pokoju na Dorchester Avenue 666 w Bostonie (tak, do prawdziwy adres, dysponuję zdjęciem). W pokoiku mieściło się łóżko, biureczko i szafa, gdzie spakowane w wiele warstw worków trzymałem swoje robotnicze, śmierdzące ciuchy.

Nie miałem żadnego z narzędzi, których używam dzisiaj: grafiki google, google street view, scrivenera, youtube. Dysponowałem jakimś pradawnym komputerem bez dostępu do sieci. Nie było na nim nawet worda czy podobnego programu. „Tracę ciepło” napisałem w notatniku.

Akcję powieści osadziłem na krakowskim Kazimierzu. Przenosi się ona potem w rejony plant, do podkrakowskiego Czułowa i w końcu do zmyślonej wsi. Byłem bardzo młody i pragnąłem pokazać jak wiele mam doskonałych pomysłów. Ale będąc za Atlantykiem nie mogłem pójść w żadne z opisywanych miejsc. Nie było żadnej biblioteki, gdzie mógłbym sprawdzić źródła. Przychodziłem z roboty, brałem prysznic, jadłem obiad i do nocy waliłem w klawiaturę. Nie miałem zbyt wielu kolegów, mało kto mnie lubił, więc zabijałem czas wymyślaniem prostej opowieści o duchach. Nie wiązałem z nią żadnych wielkich nadziei. Miał być to amerykański horror tylko po polsku, nic więcej.

Po trzynastu latach patrzę na tę książkę jak na dzieło kogoś obcego. Kartkowałem ją trochę, dziwiąc się jak wiele z opisanych tam rzeczy naprawdę mi się przydarzyło. Z kolei wszystkie fantastyczności – jeziora, Azrael jedzący dzieci, pan Puch i znikająca wioska – pojawiły się w sposób spontaniczny, podczas pisania. Po porostu wybuchały mi w głowie a ja płynnie włączałem je do książki. Stąd też chaos w „Tracę ciepło”, ale i źródło jej siły. Macie bezpośrednią transmisję ze snu młodego, wściekłego człowieka.

Dziś nie jestem już młody ani wściekły. Piszę z konspektem, ale nie o duchach. Napisałbym, że cieszę się z tego, jaki kiedyś byłem ale to nieprawda. Byłem bowiem bucem i to takim, który nie znalazł za Oceanem życzliwego sobie towarzystwa. Przynajmniej nie od razu. Ale gdybym okazał się życzliwszy, gdybym zdobył jakichś kumpli, to nie napisałbym żadnej książki a wy mielibyście ze mną spokój.

tydzień z głowy (503)

Posted on 14 maja 2018

O ostatnim wieczorze w domu

 IMG-3379

Joanna Karpowicz,  „Long road home”

Siedzę sobie w fotelu, słucham muzyki, wokoło kręcą się bliscy. Wypiłem jedno, paskudne skądinąd piwo. Nie lubię polskiego piwowarstwa ponieważ nie lubię piw mocnych. Dobremu piwu wystarczą trzy procenty alku, a nie dwa razy tyle. Piwo nie służy do upijania się. Od tego mamy wódkę.

Tak sobie siedzę, właściwie zapadam się w fotelu, a w korytarzu leży spakowana torba. Znowu wyruszam w drogę i nie będzie mnie tutaj przez dwa tygodnie. To znaczy będę. Zjadę wieczorem, prześpię się i rano wybędę znowu. Woła praca, ludzie wołają.

Właściwie nie wiem czy jest sens o tym pisać, zakazu jednak próżno szukać, a moje życie dokonuje się w rytmie wyjazdów i powrotów. Kto powiedział, że pisarz jest zawodem stacjonarnym? To już dawno się zmieniło i każdy kolega po fachu zapieprza jakby mu duracela pod nerkę wsadzić.

Najlepsze, że nie mam właściwie pojęcia co będę robił. Znam zaledwie zarys swoich aktywności. Na przykład będę rozmawiał z jakich ludźmi, lecz nie wiem jeszcze o co ich zapytam. Przyjdę, popatrzę, posłucham co mówią i będę wiedział jak zwykle. Nieoczekiwanie, moim drugim zawodem okazało się właśnie rozmawianie. Jak wreszcie świat się skończy będę łaził od obozowiska do obozowiska i paplał ozorem w zamian za miskę zupy.

Zobaczę się z czytelnikami – w Warszawie odbędą się targi książki, piekło dla każdego prawdziwego pisarza, które racjonalizuję sobie jako karę za narcyzm. Prócz tego wizyty w bibliotekach. Może wreszcie dowiem się, dlaczego ludzie właściwie chcą poznawać pisarzy. Naprawdę nie wystarczają Wam książki? Ględzę o tym, bo niezbyt lubię siebie na spotkaniach autorskich. Jestem za gadatliwy, nazbyt zabawny. Chcecie znać prawdę o mnie? Jestem tym facetem, który na imprezie siedzi w rogu, milczy i moczy nos w kieliszku.

A potem pojadę na poszukiwanie książki, co jest dość dziwacznym zadaniem. Wyobraźcie sobie, że musicie znaleźć człowieka, którego charakter umiecie wyobrazić sobie dość dobrze. Na przykład wiecie, że jest wesoły, impulsywny i chaotyczny. Ale nie wiecie jak wygląda, ile ma lat, jaki ton głosu, jak się nazywa nie wiecie nawet czy, pardon my french, chłop to czy baba. Kto wie, może na siebie wpadniemy?

 

 

 

tydzień z głowy (502)

Posted on 7 maja 2018

O dzieciach

children

Ludzie często pytają mnie, czy warto mieć dzieci. Otóż, kurwa, nie warto. Lepiej jest jeździć po świecie, palić cygara i wciągać kokainę. Ale to źle zadane pytanie. Dzieci to ludzie, a ludzie nie są po coś. Ja nie jestem po coś, moja mama nie jest po coś, nawet pani w sklepie nie jest po to by sprzedawać mi chleb,  dziewczyna, kumple nie są po coś, więc czemu do diabła dzieci miałyby być?

Złoszczą mnie argumenty praktyczne. Czasem ktoś bredzi, że dziecko mu na starość szklankę wody poda. Mówię: daj bachorowi żyć swoim życiem, a samemu wsadź łeb do kubła i się utop, durniu jeden.

Ale – jeśli facet ma dzieci, łatwiej mu będzie zostać mężczyzną. Nie mówię, że wszyscy ojcowie są mężczyznami, a bezdzietny facet nigdy nie sięgnie po ten rzadki status. Po prostu, ojcostwo ułatwia wyzwalanie się z niezgulstwa, tchórzostwa i kultury przyjemności. Jest tym, czym dla biegacza dobre buty.

Jako ojciec niesłuchanie spoważniałem, przy czym nie należy mylić powagi ze smutkiem. Myślę dużo o poważnych sprawach, na przykład o pieniądzach, o przyszłości, o wyborze szkoły, o przygotowaniu do dorosłości i znów o pieniądzach. Rozważam wzorce jakie mogę przekazać i te, których nie mogę także. Do tego, samo tłumaczenie natury rzecz, odpowiedzi na najprostsze pytania (Dlaczego świeci słońce? Czy jest życie na innych planetach? Czy Rzymianie mieli Internet?)  prowadzą do jasnych wniosków odnośnie świata i człowieka: jesteśmy krusi, nieistotni. Tak szybko znikamy.

Jednocześnie staję się bardziej chłopięcy, radosny, skory do zabawy. Bawię się z dzieckiem, uczestniczę w jego dziecinnym, opartym na zabawie świecie. Karczuję dawno zarośnięte ścieżki prowadzące do szczęścia – przypominam sobie co znaczy świeżość spojrzenia i dobra zabawa. To doświadczenie niosę dalej, w tę część świata bez dzieci. Lepiej się bawię na koncertach, w pracy, przy książce, konsoli i piwku z kolegami.

 

Może o to chodzi? Jestem bardziej. Bardziej mężczyzną i bardziej chłopcem.

 

 

Tydzień z głowy (501)

Pięćset plus

cheshire 

Napisałem pięćset odcinków „Tygodnia z głowy”. Może trochę mniej, bo niektóre były łączone. Nie pisałem kiedy byłem na wakacjach. Tak czy inaczej, daje to jakieś dziesięć lat klepania czegoś w gruncie rzeczy bezsensownego.

Kiedy zaczynałem pisać, potrzebowałem tego dzienniczka. Chciałem się jakoś poukładać. Dziś już wiem, że pisanie nie może pełnić żadnych funkcji terapeutycznych. To śmierć literatury. Od terapii jest terapeuta, a jeszcze lepiej – przyjaciel i litrowa flaszka między nami.

Nie potrzebuję tego dziennika i odnoszę wrażenie, że czytelnikom również przestał być potrzebny. Patrząc z dowolnej perspektywy, jest on (niegdyś tak ważny) marginalną częścią moich rozlicznych aktywności. Tak też należy go odbierać. Zamierzam pisać go nadal. Lubię rzeczy bezsensowne.

Przeglądam sobie stare wpisy. Dziesięć lat temu był sobie człowiek, który bardzo cierpiał. Nie wiedział kim jest. Co może, a czego nie zdoła. Żył marzeniami, potrzebą miłości, a tak naprawdę pętał się po gruzach minionego życia. Nie przewidział, że sam stanie się miniony, że będzie gruzowiskiem rozrywanym przez korzenie drzew, drążonym przez wodę i szczury.

Nie chodzi o to, że jestem kimś zupełnie innym. Przecież w moim ciele nie ma ani jednej komórki z 2008 roku. Inaczej żyję, myślę, pragnę rzeczy odmiennych. Ale przecież sam znów ulegnę przeobrażeniu i za dziesięć lat (jeśli będzie to możliwe) ktoś zupełnie inny, uwięziony w czaszce bardzo podobnej do tej, którą teraz wolną ręką ściskam, przeczyta te słowa ze zdziwieniem.

Dziesięć lat temu, trzydziestoletni chłopak krzyczał „ja jestem”. Dziś wiem, że ja nie istnieję. Moja praca, relacje z ludźmi, zainteresowania i pasje są ledwo czymś więcej niż zapychaniem pustki. Biorą się z potrzeb bezgłowych jak węgorz trzepoczący się na patelni, z pragnienia miłości, dzielenia się przeżyciem, ciągłości miedzy zniszczonym wczoraj, ulotnym dziś i niepewnym jutrem. Do tego, żyję ze sprzedawania fikcji. Nie istnieję i handluję nieistniejącym.

Ja się wam tylko przyśniłem.

 

 

tydzień z głowy (500)

O nocach ciemnych

nightmare

Miałem bardzo dobre dni. Nagrałem dwa udane odcinki Dezerterów, z udziałem gości o których długo zabiegałem, a jakich rzadko widuję się w telewizji. Podpisałem dwa dość lukratywne kontrakty (jeden już ujawniłem, o drugim będzie wkrótce), zrobiłem sobie nowy tatuaż, a i podatek do płacenia wyszedł odrobinę mniejszy niż przewidywałem. W czwartkowy wieczór siedziałem sobie w knajpce, piłem piwko i myślałem o tym jaki jestem szczęśliwy, jak bogate, wspaniałe mam życie.

Obudziłem się w hotelu, o piątej rano, zdjęty niewysłowioną grozą: jakby ciężki but dociskał mi głowę do ziemi, a kark chłodziła lufa pistoletu. Byłem pewien, że niedługo stracę wszystko, mój dom spłonie, kariera runie, bliscy mnie opuszczą, a ja zdechnę gdzieś w bramie, w przytułku, znajdą mnie zimnego w rowie i już. Taka perspektywa wydawała się równie pewna jak prognoza pogody o nadciągającym niżu, więc trząsłem się w mokrej pościeli.

Oczywiście, przez cały czas wiedziałem, że są to bzdury. Jestem pierdolonym Orbitowskim i zawsze poradzę sobie w życiu. Nic mnie nie zdoła zmiażdżyć – tak podpowiadał rozum. Serce wiedziało coś przeciwnego.

Uświadomiłem sobie, że tak jest zawsze. Gdy tylko spotyka mnie coś miłego – na przykład spędzę uroczy wieczór z ciepłymi ludźmi, albo co gorsza dostanę prezent – budzę się o tej piątej rano dygocząc ze strachu i przeklinając siebie. Mam nawet ochotę dzwonić do ludzi, którzy byli dla mnie dobrzy, przepraszać ich za wczoraj i pytać, co im odpierdoliło, że poświęcili mi czas. Im więcej dobra oddania i życzliwości doświadczam, im więcej fajnych rzeczy mi się uda, tym głębsza jest otchłań, w którą wpadam o świcie.

Zdaję sobie sprawę, że to jakiś nonsens, dysfunkcja mózgu, emocjonalny błąd i zastanawiam się, co mógłbym z tym zrobić. Najprościej – musiałbym przestać być dla siebie dobry. Akurat w tym jestem dobry, bo przez większość życia byłem bardzo niedobry dla siebie. Czy wówczas ta groza nocy ciemnych, ten cyrk autonienawiści odstąpi? Nie, bo jeśli w tym celu zrezygnuję z bycia dobrym dla siebie, to przecież będę dobry dla siebie. I co teraz?

Tydzień z głowy (499)

O „Amadeuszu”

 amadeo

Zmarł Milos Forman, reżyser ważny dla mnie na kilku poziomach. Weźmy drogę tego faceta. Wyjechał z bratniej Czechosłowacji, nakręcił oskarowe arcydzieło z Nicholsonem, „Hair”, „Amadeusza”, po czym obrońcę wolności ujrzał w dystrybutorze pornografii. Może w tym jest jakaś słuszność, może miarą naszego rozumienia wolności jest stosunek do porno? Spokojnie tworzył, żył. Roman Polański wyjechał z Polski, nakręcił niemal oskarowe arcydzieło z Nicholsonem, po czym wlazł na trzynastolatkę od zakrystii, po czym musiał spieprzać. Polak za granico zawsze gnoju narobi.

„Amadeusza” widziałem po raz pierwszy w szkole średniej. Nasza polonistka zabrała nas do kina. W tym miejscu przesyłam podziękowania dla pani Gidlewskiej, naprawdę wiedziała co robi. „Amadeusz” otworzył mi oczy na inne kino. Dotąd byłem dzieckiem kultury VHS, oglądałem filmy z Brucem Campbellem i Dolphem Lundgrenem, czego nigdy się nie wyprę. Wprost przeciwnie, bardzo wiele mi dały jako artyście i istocie ludzkiej. Za sprawą „Amadeusza” zobaczyłem inne filmy Formana, ale także Antonioniego, Bergmana, Malicka i innych. Nie wyparłem się hałaśliwego, przerysowanego świata z którego przyszedłem, ale go ubogaciłem. „Amadeusza” po raz drugi zobaczyłem dopiero wczoraj, po dwudziestu pięciu latach.

Ten film zawiera w sobie wielką prawdę, ale i wielkie kłamstwo o artyście. To kłamstwo jest również prawdziwe, jak wszystkie wielkie kłamstwa. Nie bardzo wierzę w takich Mozartów (mówię o postaci z filmu, niewiele wiem o tym prawdziwym, zresztą, co to znaczy „prawdziwy Mozart”?). Ten brak wiary jest chyba rewersem zagubienia Salierego. Jasne, nie mam wątpliwości, że istnieją geniusze, którzy niosą w głowie całe symfonie, tomy książek czekających na napisanie i obrazy wyglądające płótna. Powiem więcej, spotkałem w swoim życiu paru takich Mozartów. Mieli pomysły i talent pozwalający na ich wykonanie. Zabrakło chęci do pracy, odrobiny pokory i woli uczenia się. Dwadzieścia lat temu mieli u stóp domy kultury. Dziś stoją grzecznie w kolejce do pośredniaka.

Być może Mozart według Formana był depozytariuszem nie tylko ogromnego talentu ale i niezwykłego szczęścia. Zyskał szansę aby być wysłuchanym i kilka lat życia. Nie umarł przedwcześnie – wprost przeciwnie, jakimś cudem ten genialny baran dokulał się do połowy swych lat trzydziestych. Przecież tacy goście toną w butelce albo wywracają się na bananie. Co go ocaliło? To kolejna prawda o artystach, którą w tle, dyskretnie, może nie intencjonalnie pokazuje film.

Otóż, ocaliła go żona, prosta kobieta przy genialnym prostaczku. W jednej z ostatnich scen widzimy, jak pędzi do Wiednia, aby ocalić męża. Przybywa jednak za późno, Amadeusz jest martwy. Ale przez resztę jego życia zawsze była na czas.

 

tydzień z głowy (498)

Posted on 9 kwietnia 2018

Ani słowa, ciepło jest.

all_work

Dziś nie piszę bloga, nie ma chuja we wsi.

Nie piszę, bo jest pierwsza prawdziwie wiosenna niedziela, przez okno wpada mi słońce, słucham sobie nowego Voidhanger, gram Dooma i czekam co przyniesie dzień. Pisanie bloga – czegoś tak archaicznego, niszowego, zbędnego tak z artystycznego, jak i biznesowego punktu widzenia – po prostu mija się z celem.

Nie piszę, bo przejdę się na miasto. Pod galerią Kazimierz mają jakiś festiwal foodtrucków, przejdę się i zjem burgera, jakąś fikuśną kiełbaskę, ostatecznie pizzę czy coś. Jest już ciepło, będzie jeszcze cieplej, poparuję sobie, pośmierdzę na świeżym powietrzu a potem, wracając do domu, wychłepczę jakiegoś browara w tak zwanym centrumie. W perspektywie takich szczególnych wydarzeń pisanie bloga jawi się czymś niedorzecznym.

Wieczorem znajomy ma wystawę swoich prac, na którą pójdę albo i nie pójdę, zależy jak mi się będzie chciało, no ale jednak pewno nie, bo na wystawy chodziłem za bajtla i w sumie mam ich dosyć. Prócz Voidhanger mam jeszcze płytę Iperyt i demówki Deicide na winylu, które też mam ochotę przesłuchać. Pooglądam sobie serial „Terror”, poczytam książkę pod tytułem „Terror” w konsekwencji czego terroryzowanie się blogiem uważam za nadmiar okrucieństwa względem siebie.

Nie interesuje mnie ciekawe życie, ze wstrętem odwracam głowę od wszelkich ekscytacji, lecz i tak czuję się przeżarty kleikiem wrażeń, że każde słowo wyrażone na blogu spowoduje odruch wymiotny, którego wolałbym uniknąć. Internet jest pełen filmów czekających na kradzież, mogę przecież przejść się do pubu Drewutnia, albo – co wydaje mi się daleko rozsądniejszym pomysłem – wziąć jeszcze jedno piwo i poczłapać na balkon. Posiedzę w wieczornym słońcu, popatrzę sobie na plac budowy, na samoloty schodzące do Balic, na cały ten świat bez znaczenia, na jego bezsensowne piękno.

Nie napiszę dziś bloga i już.

 

 

 

 

 

 

tydzień z głowy (497)

Posted on 2 kwietnia 2018

O prawdziwej samotności

cave

Ostatnio zrozumiałem coś ważnego: nie posiadam łączności sam ze sobą w wersji minionej. Jestem bardzo świadomym człowiekiem. Wiem kim jestem. Co mogę, czego nie mogę. Potrafiłam wyznaczać sobie cele. Znam drogę na szczyt. Umiem też wygrzebać się z kanałów. Ale człowiek, którym byłem kiedyś pozostaje mi kompletnie obcy. Swoje dzieciństwo, liceum, wielką imprezę obłąkanej młodości, życie za granicą, miłości i miłostki, przyjaźnie, idee, książki wymarzone, słowem wszystko wspominam z rozsądną czułością – jak doświadczenie kogoś innego. Równie dobrze mógłbym oglądać film o jakimś młodym Orbitowskim. Dziwiłbym się co ten dureń wyrabia i trochę martwił się o niego.

To wszystko wiedziałem już dawno, ale ostatnio zrozumiałem, że ludzie tak nie mają. Wręcz przeciwnie. O swojej przeszłości myślę w trzeciej osobie. On poszedł, on zrobił. On bawił się klockami. Inni (tak sądzę) używają pierwszej. Ja poszedłem. Ja zrobiłem. Ja bawiłem się klockami. Ten rodzaj objawienia towarzyszy mi od wielu lat a potem reaguję nerwowym zdziwieniem na informację, że inni różnią się ode mnie. Jestem jedyny. To takie niepokojące.

Tej obserwacji towarzyszy obraz mniej więcej dziesięcioletniego chłopczyka. Chłopczyk ma sztruksy z łatami naszytymi na kolana, kalosze, szalik i sweterek. Stoi sobie i wyciąga rękę – biedne dziecię, które zgubiło drogę i potrzebuje przewodnika. Obok pręży się gówniarz-kabanos w obcisłych spodniach, plecaku kostce i okularach upodobniających go do zagniewanej muchy. Wyciąga rękę w stronę studenta w wojskowym swetrze.  I tak dalej aż do teraz. Ale nikt nikomu tutaj ręki nie podaje, nie chwyta, nie podtrzymuje.

Kiedyś ja także zniknę, to znaczy stanę się swoim własnym duchem, straszącym niemal za życia. Wiem, że niesłychanie to zawiłe, że mącę, ale próbuję tutaj mówić o sprawach, które tak naprawdę nie mogą zostać wyrażone. Po prostu, kiedyś stanę się człowiekiem minionym, widmem złożonym w ofierze na rzecz nowego życia. Będę matką, kokonem i zniknę. A to, co zostanie po mnie przystanie na pustkowiu, zagubione tak samo jak oni wszyscy, jak ten chłopczyk w kaloszach trzydzieści lat wcześniej i wyciągnie rękę, której nikt nie chwyci, bo nikt nie sięga po takie ręce, bo taka jest kolej rzeczy.

Newer Posts
Older Posts