porusza i prowokuje...

tydzień z głowy (454)

Posted on 5 czerwca 2017

O oczach

eye-of-horus-tri-57a908d55f9b58974a8fe8ee

Parę lat temu Jakub Małecki powiedział mi, że mam problem z oczami. Bardzo chętnie oślepiam bohaterów w swoich książkach. Aż sprawdziłem, posługując się wyszukiwaniem słów kluczowych w pliku tekstowym. Rzeczywiście, w takich książkach jak „Nadchodzi” albo „Widma” cały czas komuś gaśnie światło.

Przejąłem się tym trochę i próbuję nikogo już nie oślepiać (tak samo, jak obiecałem sobie, że nie będę już zabijał bohaterów w moich książkach, a przynajmniej uważał z tym mordowaniem). Na fali tego, co powiedział Kuba, napisałem kilka bajek o oczach, które można było przeczytać tutaj. Teraz znajdziecie je w „Rzeczach utraconych”.

Do niedawna nie wiedziałem, jakiego koloru są moje oczy. Nie żebym specjalnie się im przyglądał. Raz wydawały się zielone, innym razem błękitne, to znów szare. Nie wiem, co wpisałem do dowodu osobistego, ale pamiętam, jak parę lat temu intensywnie zbliżałem się do pewnej dziewczyny. Siedzieliśmy w knajpie, widząc się po raz pierwszy, piliśmy nieprzyzwoite ilości piwa, a ja czułem, że rozpoczyna się coś, co będzie groźne, mocne, pięknie, skończy się źle, a być może mnie zgubi. Ta dziewczyna – też bardzo przejęta i przestraszona – przyglądała mi się, powtarzając, że nie może rozpoznać koloru moich oczu. Raz wydawał się jej taki, a raz znowu inny, a nasze twarze były coraz bliżej siebie.

Niedawno zupełnie inna dziewczyna rozstrzygnęła ten problem. Powiedziała, że kolor moich oczu zależy od nastroju. Stają się szare, gdy jestem smutny, i niebieskie, kiedy raczę poweseleć. Przyjąłem tę odpowiedź z rozbawieniem i kto wie, może nawet moje oczy zrobiły się niebieskie od tego niespodziewanego uśmiechu. W gruncie rzeczy, ta kwestia niewiele mnie obchodzi. Co mi z koloru oczu? Zrozumiałem za to coś innego.

Czasem jest tak, że jedna miłość zadaje pytanie, a odpowiedź, po paru latach znajduje zupełnie inna miłość.

Tydzień z głowy (453)

Posted on 29 maja 2017

O dwóch głowach

Chang-and-Eng-Bunker

Zawsze nosiłem głowę wysoko. Nawet w czasach, gdy byłem żałosnym głupcem. Miałem dziurawe spodnie, koszulkę, w której sam obciąłem ramiona, i dumę zamiast pieniędzy upchaną po kieszeniach. Jeśli ktoś przez większość swojego życia miał tylko dumę, niechętnie z niej rezygnuje. Gdy stracę wszystko, pozostanie właśnie ona.

Jestem człowiekiem, który najpierw działa, a potem myśli, i żywiołowo odpowiadam na wszystko, co uznam za atak. Nie myślę o tym, co mogę zyskać albo stracić. Nie mam prawa jazdy, domu i nie jeżdżę na wakacje, ale palenie za sobą mostów, tratowanie wrogów i strzelanie do cywili wychodzi mi doskonale. Nie umiem żyć inaczej, więc nigdy nie będę inaczej żył. Zdechnę pod płotem, ciesząc się, że nigdy nie schyliłem głowy.

Znam oczywiście takich, co głowę schylają, i zdarza mi się kłócić z nimi o tę postawę życiową. Nie rozumiem, jak można przyjąć niesprawiedliwą naganę albo nóż pod żebro. Zachęcam do unoszenia pięści i środkowego palca, choć przecież wiem, że każdy żyje nie tak, jak chce, lecz tak, jak potrafi.

Czasem zastanawiam się, co mi dała ta duma? A co zyskali ludzie pokorni? Ten spór – pomiędzy głową nisko, a głową wysoko – nigdy nie doczeka się rozstrzygnięcia. Każda strona coś przytuliła i doświadczyła jakiejś tam utraty. Liczy się coś innego.

Niezależnie od tego, czy nosimy głowę wysoko, czy też nisko, dupa pozostaje na tej samej wysokości i jest jebana w ten sam sposób.

tydzień z głowy (452)

Posted on 22 maja 2017

O Targach Książki

BookOfTheDead1

Wracam z Targów Książki w Warszawie.

Jak wiemy w Polsce nikt nie czyta książek, autorzy zarabiają najwyżej malanowski grosz, a wydawcy balansują na krawędzi bankructwa. Tłumaczom, składaczom, redaktorom i grafikom nie zazdroszczą nawet garbaci ślepcy z terenów ogarniętych wojną.

W kontekście tych wszystkich nieszczęść trudno pojąć, czemu wszyscy pospołu ściągają na siebie jeszcze jeden dramat. Targi Książki to piekło i trudno rozpatrywać je w innych kategoriach niż kara za czytanie. Właściwie nie wiem które są gorsze. Te krakowskie leżą na końcu świata, pośród ruin, w jakimś ponurym baraku nad którym górują kominy elektrociepłowni. Warszawskie lokują się na Stadionie Narodowym. Gorąco tam jak w rondlu, tłoczno jak w grobie zbiorowym.

Pamiętam, jak rok temu wylądowałem na tych warszawskich targach. Posiedziałem na swoich stoiskach (zawsze mam przynajmniej dwa, a to za sprawą maniakalnej aktywności wydawniczej) i poszedłem szukać jakiegoś wydawcy, do którego miałem jakiś, dziś już zapomniany interes.  Lazłem przed siebie po elipsie, coraz bardziej skołowany i przytłoczony tłumem. Ktoś mnie trącał, ktoś inny chciał się witać.. Zorientowałem się, że idę po własnych śladach, zataczam koła nie mogąc znaleźć właściwego stoiska.

Znalazłem jednak inne. Było to stoisko wydające, powiedzmy, literaturę miłosną. Jak większość ludzi posiadających głębszą wiedzę w tym akurat temacie, jego pracownicy tam chlali, a najbardziej prezes. Na mój widok pan prezes uśmiechał się szeroko, wołał i nalewał kielicha. Pokrzepiony ruszałem dalej, na poszukiwanie innego wydawnictwa, do którego miałem interes. Jakkolwiek bym nie poszedł, ile okręgów nie zrobił trafiałem zawsze w to samo miejsce: do radosnego gościa z wiśniówką we włochatej łapie. Wreszcie, zapomniałem o tym co miałem załatwić i tylko krążyłem, coraz bardziej pijany i obojętny.

Dziś też zdarzyło się coś miłego. Od lat obserwuję karierę pewnego znakomitego pisarza, który jest jednocześnie cichym i skromnym człowiekiem. Nigdy nie zabiegał o sukces. Nigdy nie wdzięczył do czytelników. Zawsze bardzo ciężko pracował, a z tej pracy, skromności i artystycznej odwagi miał mniej więcej tyle, co pracowici, skromni i odważni artyści w naszym smutnym kraju. Tego roku nastąpiła zmiana. Ustawił się przed nim tłum. Każdy z książką, albo i dwiema do podpisania. Zwyciężył. Odniósł sukces na własnych zasadach. To naprawdę nie zdarza się często.

Dla tej chwili, dla długiej kolejki ustawionej przed dobrym, pracowitym człowiekiem warto było pojawić się na Targach.

Tydzień z głowy (451)

Posted on 15 maja 2017

O braku prawa jazdy

2017-04-15_23-02-06

Gdy mówię, że nie jeżdżę samochodem, moi rozmówcy są zdziwieni. Być może wyglądam na takiego, co jeździ, najpewniej jednak brak tej umiejętności postrzegany jest w kategoriach kalectwa, a nie rozumnego wyboru.

Nigdy nie ciągnęło mnie do aut. W podstawówce koledzy zbierali prospekty z Niemiec i bileciki z gum Turbo. Próbowałem im w tym dorównać, łaknąc akceptacji grupy. Ale wszystkie fury z mojego punktu widzenia były identyczne, nieatrakcyjne, o banalnych kształtach.

Młodość spędziłem w Krakowie, mieście, w którym nie potrzeba samochodu. Generalnie uważam, że jeśli ktoś żyje w mieście, nie powinien używać auta, zwłaszcza odkąd sklepy wielkopowierzchniowe wprowadziły sprzedaż online. Komunikacja miejska mocno kuleje (Kraków, na dobrą sprawę, nie ma żadnej) ale człowiek uparty zawsze dotrze do celu.

Próbę zrobienia prawka podjąłem kilkanaście lat temu, kiedy założyłem rodzinę. Uległem stereotypowi, że mąż i ojciec powinien mieć samochód. Procedura uzyskania tego dokumentu była jednak tak rozwleczona, że wcześniej zdołałem się rozwieść.

Piszę te słowa w nocnym pociągu relacji Katowice – Szczecin. Poczytałem sobie, wyspałem się, a teraz klepię w klawiaturę. Nie zrobiłbym tego wszystkiego siedząc za kółkiem.

Wczoraj wieczorem potrzebowałem dostać się z Dąbrowy Górniczej do Katowic, niestety spóźniały się pociągi. W końcu, na miejsce podwiozła mnie miła dziewczyna. Widziała mnie na spotkaniu autorskim i chciała pomóc. Nie poznałbym jej w innej sytuacji. Swoją drogą dziwię się każdemu, kto z takim ryjem bierze mnie do samochodu.

Bez prawa jazdy zjechałem Stany Zjednoczone z wybrzeża na wybrzeże i z powrotem, całą Europę i Afrykę Południową. Posiadam też zdolność błyskawicznego przemieszczania się pomiędzy dowolnymi punktami na mapie, wykorzystując przy tym kolej, buce, przypadkowe podwózki i nielegalny transport osób.

Te umiejętności posiadam dzięki wieloletniej, wytężonej pracy, a moje zdolności w nieposiadaniu prawa jazdy mam za rewes wszystkich Hołowczyców tego smutnego świata. Gdybym zrobił prawo jazdy, uczyniłbym mój wcześniejszy wysiłek bezsensownym.

Nie jestem przecież frajerem.

Tydzień z głowy (450)

Posted on 8 maja 2017

O karmieniu Lewiatana

leviatan

Grafika: Michael McDevitt

Ziemia – w sensie metaforycznym – spoczywa na grzbiecie Lewiatana. Określenie to nie jest do końca precyzyjne. Lewiatan jest w każdym z nas, ale i w kosmosie. Jako na górze, tako i na dole.

Lewiatan pochłonie kiedyś świadomość nas wszystkich, sprawiając, że nasze myśli, uczucia, marzenia i lęki nieodwołalnie przestaną istnieć. Lewiatan śpiewa, jego pieśń bierze się z głodu i jest pustką.

Wydaje mi się, że większość ludzi ją słyszy (ja na pewno), ale niekoniecznie wie, co to takiego. Dociera do nich coś bardzo niepokojącego i groźnego, czego jednak nie potrafią nazwać. Może nawet udają, że nic tam nie śpiewa? Niewątpliwie pragną, aby to choć na chwilę zamilkło.

Aby Lewiatan zamilkł, musi zostać nakarmiony. Pod tym jednym względem jest taki sam jak my. Nie potrafimy przecież śpiewać z pełnymi ustami. Lewiatan także. Żuje, więc milczy.

Lewiatan je mnóstwo rzeczy. Niemal wszystko mu smakuje, na przykład miłość, przyjaźń, macierzyństwo i ojcostwo, a także twórczość wszelka, poszukiwanie przygód, wiara żarliwa oraz sport. Mógłbym wyliczać tak bez końca. Kochamy, wychowujemy dzieci, piszemy książki i odwiedzamy rodziców po to, aby nakarmić Lewiatana. Niech się zamknie, chociaż na chwilę.

Szczęśliwe zwierzęta nie słyszą pieśni Lewiatana. My jednak tak. Dzięki niej cieszymy się fugami Bacha i napędem na cztery koła. Mamy też o wiele mniej domów starców i sierocińców.

Och, ten Lewiatan. Tak dobrze, że jest.

Tydzień z głowy (449)

Posted on 1 maja 2017

O darmosze

punishment-of-slaves-muslim-custom-engraving-from-description-of-africa-by-olfert-dapper-circa-1635-1689-1686-africa-17th-century-165532170-57ba2b533df78c8763ff5115

Doszedłem do tego punktu w życiu, kiedy masa ludzi czegoś ode mnie oczekuje. Dzwonią i piszą bliźni moi, pustosząc zgliszcza spokoju. Proszą, żebym zadzwonił, napisał, a także przeczytał, przyjechał, oddał i się spotykał.

Odkąd zostałem zawodowym pisarzem, nie napisałem niczego za darmo (z jednym wyjątkiem, który oszczędzam na puentę). Za wszystkie spotkania autorskie biorę pieniądze. Nie czytam żadnych tesktów przesyłanych przez młodych autorów i tak dalej.

Pewną aberracją jest moje okazjonalne angażowanie się w akcje dobroczynne. Niestety, we wszystkich przypadkach ta dobroczynność nie przyniosła niczego dobrego.

Mógłbym napisać, że moja niechęć do pracy za darmo wynika ze zdrowego zawodowego etosu. Urzędnik nie pracuje za darmo, sprzątaczka, menedżer i prezydent naszego wesołego kraju również, więc dlaczego należy oczekiwać takiego trudu od pisarza? Być może ludzie kultury mają jakieś szczególne zobowiązania wobec społeczeństwa. Wydaje mi się jednak, że nie mają.

Chodzi o coś innego. Jeśli, na przykład przeczytam tekst jakiegoś młodego autora (co znów, chyba powinienem robić, bo sam byłem młodym autorem i moje teksty czytano) poświęcę czas, który mógłbym przeznaczyć na pisanie, albo oddać moim bliskim. To samo dotyczy przyjeżdżania, uczestniczenia i wypowiadania się na tematy najróżniejsze. W tym ostatnim wypadku mam dodatkowy argument. Otóż, nie znam się kompletnie na niczym.

Kiedy byłem młody wydawało mi się, że czas jest niemal nieograniczony i to nie w perspektywie lat ale jednego dnia. od świtu do nocy mogłem zrobić wszystko co chciałem i powinienem. Od dawna tak nie jest. Mam czas na pracę i bliskich mi ludzi. No dobre, lubię też pójść na siłkę, poczytać książkę i pograć na konsoli. Nie wyrywajcie mi sztangi z dłoni bo się wkurwię i co wtedy.

Praca jest pracą. Nie wykonuje się jej za darmo, z jednym zapowiedzianym wyjątkiem.

Ten tekst jest za darmo. I inne teksty tutaj. Proszę.

Tydzień z głowy (448)

O wypierdalaniu

20170422_173412

Fot. Przemysław Król

Jest niedzielne popołudnie. Siedzę w domu, bardzo zmęczony. Wczoraj przez piętnaście godzin pełniłem funkcję gospodarza na katowickiej Metalmanii. Było to bardzo piękne i potrzebne doświadczenie z dwóch różnych powodów.

Każdy, kto mnie zna, wie, że jestem maniakiem metalu. Nie jakimś tam człowieczkiem, który sobie słucha ciężkich dźwięków na telefonie. Zbieram płyty, jeżdżę na koncerty i mam w szafie, lekko licząc, ze sto koszulek z zespołami.

Ktoś może powiedzieć, że to niepoważne. Otóż jestem wystarczająco poważnym człowiekiem, aby epatować niepoważnością na prawo i lewo. Moja powaga przejawia się także przez niepowagę. Pasje w ogóle są śmieszne, śmieszni są ludzie, którzy chodzą po górach, nurkują, zbierają znaczki albo zegarki. Współczuję  ludziom, którzy nie mają żadnej. Ich życie musi być bardzo ubogie.

W konsekwencji prowadzenie Metalmanii było ostatecznym uhonorowaniem mojej metaliczności, czymś wzniosłym i pięknym. Zarazem przyniosło mi zupełnie inne, przeciwne, ale i ważne doświadczenie. Otóż byłem tam niepotrzebny. Byłem facetem, który wychodzi na scenę przed występem, powiedzmy, Sodom i gada jakieś pierdoły do ludzi, którzy chcą Sodom, a nie Łukasza Orbitowskiego. Byłem czymś wstrętnym, przeszkadzajką oddzielającą kilka tysięcy dobrych ludzi od zacnego trio z Sodom.

Dość wcześnie zorientowałem się, że gdy zaczynam mówić drugie zdanie, lud wrzeszczy: „Wypierdalaj!”, więc skorygowałem swoje przemówienia właśnie do jednego zdania i to krótkiego. Zadbałem, by składało się w dowcip i zawierało jak najwięcej wulgaryzmów. My, metale, jesteśmy trochę jak dzieci. Ktoś powie „kupa” i wybuchamy śmiechem.

To „wypierdalaj” było cennym doświadczeniem. Ów krzyk poszedł z kilku jedynie gardeł, nie jest mi przykro i ani myślę się obrażać. Swoje życie wiodę w poczuciu potrzebności własnej. Jestem ważny dla bardzo wielu ludzi w segmencie prywatnym, jak i publicznym, wiem to. Pilnuję, aby sodówka nie walnęła mi do głowy, i takie „wypierdalaj”, niewinne, szczere, pijane, właściwie wolne od wszelkiej agresji jest czymś z wszech miar pożytecznym. Wydaje mi się nawet, że każdy pisarz czy człowiek mediów powinien coś takiego usłyszeć.

Przecież ja sam wiele razy krzyczałem: „Wypierdalaj!” pod sceną.

tydzień z głowy (447)

O czytaniu

IMG_1123

Często słyszę od ludzi, że chcieliby czytać książki, tylko nie mają czasu. W ich mowie brzęczy wstyd przemieszany z dumą. Głupio im, że nie czytają, a jednocześnie chełpią się swoim bujnym życiem. Tyle w nim się dzieje, że nie ma jak czytać.

Na szczęście nie ma przymusu czytania, czytać po prostu nie trzeba. Dziewięćdziesiąt procent tego, co zalega w księgarniach, to nie są prawdziwe książki. Mało tego, dziewięćdziesiąt procent ludzi mieniących się w Polsce pisarzami nigdy nie napisało prawdziwej książki. Jeśli mam przeczytać coś, co tylko udaje książkę, wolę obejrzeć film albo pocisnąć na konsolce. Dobra gra jest więcej warta niż zła książka.

Kiedyś czytałem bardzo dużo. W podstawówce, w liceum i na studiach przerabiałem jakieś dziesięć tytułów miesięcznie, co daje stówę z okładem w skali roku. Nie zawsze trafiałem dobrze, najczęściej nie. O moim ukochanym autorze z młodości, Stephenie Kingu, mogę powiedzieć wiele złego. Pisywał książki przegadane, efekciarskie, irytujące, momentami po prostu głupie. Przynajmniej były to prawdziwe książki. Średniej jakości, ale jednak.

Potem odkryłem, że istnieją rzeczy ciekawsze od książek, na przykład życie. Lepiej jest żyć niż czytać. Powszechna dostępność dóbr, które wcześniej miałem za luksusowe – filmów, gier i Jacka Danielsa – sprawiła, że spadłem do książki tygodniowo. Potem było jeszcze gorzej.

Dziś żyję na dwa miasta, a dziecko mam w trzecim, piszę własną książkę, przygotowuję kolejne odcinki „Dezerterów”, staram się nie zaniedbywać przyjaciół i rodziny, a i „Nioh” przecież sam się nie przejdzie. Zapierdalam od rana do nocy, znajdując w tym potępieńczą radość. Mógłbym powiedzieć, że na czytanie brakuje mi czasu. Otóż nie.

Metoda czytelnicza jest prosta, do tego daję ją Państwu całkiem za darmo. Zapraszam wręcz, abyście korzystali. Późnym wieczorem kładę się do łóżka i otwieram dwie rzeczy naraz, książkę oraz piwo. Piwo ma być tylko jedno, ale za to dobre (polecam bieszczadzki browar Ursa Maior, na ten przykład), biorę łyka i zabieram się do lektury.

Jeśli książka jest dobra, piję piwo powoli, ponieważ chcę czytać dłużej. Jeśli mnie nudzi, dosłownie zalewam sobie gardziel browarem, żeby mieć już za sobą to nieprzyjemne doświadczenie czytelnicze. Gdy w butelce zaświta dno, zamykam książkę choćby i na przedostatniej stronie i idę spać. Istnieje wiele rzeczy ważniejszych od książek. Piwo z pewnością się do nich zalicza. Jestem pisarzem, więc mam rację.

Tydzień z głowy (446)

O metalach

metal2

Powiadają, że metale są braćmi. To oczywiście kłamstwo, bo braterstwo przebiega podług innych, tajemniczych ścieżek. Niekoniecznie są to ścieżki krwi, a pomysł, by ktoś, kto identyfikuje się z ciężką muzyką, stawał mi się od razu bratem, jest przecież idiotyczny.

Z racji mojej pracy nieustannie potrzebuję konsultacji. Poszukuję ekspertów w tak dziwacznych sprawach jak łowienie ryb z łódki, bycie bezdomnym albo wolontariuszem w obozie dla uchodźców, żeby wymienić tylko ostatnie przykłady. Lista podziękowań w najnowszej książce przypuszczalnie będzie dłuższa od niej samej.

Prośba o pomoc zawsze wygląda w ten sam sposób. Zamieszczam ogłoszenie na feju, ludzie się zgłaszają, czemu trochę się dziwię. Zawsze proponuję pieniądze, ale nikt nigdy ich nie przyjął. Przecież to zupełnie bezsensowne. Tracą czas, żeby pomóc wysoko funkcjonalnemu wykolejeńcowi w jego idiotycznym przedsięwzięciu.

I jakoś dziwnie się składa, że większość tych konsultantów ma skórzane kurtki, stosowne koszulki i ciężkie buty. Prócz entuzjazmu przynoszą również kompetencje i chęć podzielenia się wiedzą. W jakiś sposób mogę powiedzieć, że wszystkie moje książki zawdzięczam metalowcom.

Jest tylko jeden szkopuł. Pamiętam pewnego zacnego metalowca, który oprowadził mnie po Lublanie. Ponieważ nie szukałem niczego konkretnego, chciałem po prostu poczuć klimat miasta, zaczęliśmy zwiedzanie od knajpy. Miejsce dobre jak każde inne. Zabawę skończyliśmy, rozpijając whisky w rzymskich ruinach. Zamiast o książce, o zagadnieniach związanych z reaserchem rozmawialiśmy o metalu, no bo o czym innym?

Tydzień z głowy (445)

Posted on 3 kwietnia 2017

O oknie mojej babci

them

Gdy byłem mały, bardzo lubiłem odwiedzać moją babcię (jak chyba każde dziecko). Babcia mieszkała w kamienicy Herbewo, niedaleko Nowego Kleparza, przy alei Słowackiego w Krakowie. Nasze spotkania zaczynały się zawsze w ten sam sposób. Ojciec parkował samochód (najpierw malucha, a później skodę) na parkingu pomiędzy Prądnicką a Fortami Kleparz. W oknie czekała już moja babcia, cała uśmiechnięta. Machała do mnie, a ja wyrywałem się ku niej. Chciałem jak najszybciej pokonać dzielącą nas odległość i złościłem się na ospałe światła regulacji ruchu.

W latach dziewięćdziesiątych kamienicę przejął prywatny właściciel i przeniósł babcię nieopodal. Jej twarz zniknęła z okna i nie pojawiła się w nowym, a ja byłem dwudziestoletni, samolubny i przestałem jej wypatrywać. Może dlatego zniknęła z okna? W tym roku minęło jedenaście lat, odkąd babcia nie żyje. Była dobrym, cichym człowiekiem.

W mieszkaniu, które zajmowała, mieściła się bodaj kancelaria adwokacka. Zawsze gdy pojawiałem się w pobliżu Herbewa, miałem ochotę wejść tam i sobie pochodzić. Uważam, że miałem do tego prawo, i gdyby ktoś, ktokolwiek z tych radców, adwokatów spróbowałby mi przeszkodzić, mogłaby spotkać go z mojej strony wielka fizyczna nieprzyjemność. Nie żywiłem do tych ludzi żadnej urazy. Przecież to nie oni usunęli moją babcię. Mieli prawo pracować w dawnym mieszkaniu babci, tak jak ja miałem prawo tam wejść i pochodzić sobie, gdzie tylko chcę i tak długo, jak mi się podoba.

Niedawno zauważyłem, że zniknęły nawet okna kancelarii adwokackiej, zasłonięte gigantyczną reklamą samochodu. Pewno to kurewstwo wisi tam kawał czasu. Nie wiedziałem. Rzadko kiedy pojawiam się pod Herbewem.

Nie upominam się o sprawiedliwość względem mojej babci. Nie wdając się w szczegóły, właściciele Herbewa potraktowali Ją po ludzku. Zasłanianie krakowskiej kamienicy reklamą również niewiele mnie obchodzi. Nie przepadam bowiem za krakowskimi kamienicami. Podobne uczucia żywię względem krakowskich adwokatów.

Chodzi tylko o okno, które zniknęło. Mojej babci już w nim być nie może, taka kolej rzeczy. Mogłaby jednak pojawić się jakaś inna babcia, albo dziewczyna wyglądająca chłopaka, chłopak chłopaka wyglądający, ewentualnie nawet adwokat oczekujący klienta. Tymczasem nie ma nikogo, bo i okna nie ma. Nie wydarzył się żaden dramat, po prostu czegoś brakuje. Na parkingu, gdzie stawał mój ojciec, tłoczno od samochodów.

Newer Posts
Older Posts