porusza i prowokuje...

Tydzień z głowy (434)

O nawykach

badger_profile_fnl

Grafika: Clint Young

Mniej więcej raz w tygodniu robię duże zakupy w supermarkecie. To moja najczarniejsza godzina. Pcham przed sobą wózek, a za mną postępuje ciemność. Czuję się bardzo nieswojo, dopóki nie kupię butelki alkoholu. W ten sposób zadośćuczyniam samemu sobie za zakup niepotrzebnego przecież, dobrego jedzenia. Chodzi jednak o coś więcej. Gdy pakuję flaszkę do torby, znajduję w sobie spokój. Wiem, że moja dusza jest bezpieczna.

Rano zawsze budzę się wkurwiony. Otwieram oczy i mówię: „O kurwa”. Później następuje sekwencja zdarzeń koniecznych, lecz trudnych do zniesienia. Wkurwiam się na ekspres do kawy, bo nagrzewa się zbyt długo. Wkurwiam się na wodę z prysznica, bo jest mokra. Wkurwiam się na dres, bo muszę go założyć. Wkurwiam się na rzeczy znalezione w internecie, bo ludzie są głupi i małostkowi. Wkurwiam się na jedzenie, bo muszę je zjeść. Potem siadam do pracy i natychmiast przestaję być wkurwiony.

Wieczorami, od dziesiątej do północy, gram na konsoli. Nie dzieje się tak zawsze, ale jestem wkurwiony, jeśli sobie nie pogram. Zawsze wiem, w co będę grał, i muszę mieć przynajmniej jedną grę na zapas. Potem przez godzinę czytam książkę. Niekiedy otwieram sobie do tego piwo i czytam tak długo, aż piwo się nie skończy. Jeśli książka jest dobra, piję je wolno, jeśli nudna – biorę na trzy łyki. Potem idę spać. Gdy muszę iść na eleganckie przyjęcie, na wystawną kolację z ważnymi i mądrymi ludźmi, gdy staję wobec konieczności inteligentnej, wieczornej rozmowy z zabawnymi facetami i pięknymi kobietami, jestem wkurwiony, bo nie mogę poczytać książki i pograć na konsoli.

Cztery razy w tygodniu chodzę na siłownię, gdzie wykonuję te same ćwiczenia co dwadzieścia lat temu. W związku z tym, że cały czas mnie gdzieś rzuca, utrzymanie tych czterech tygodniowych treningów stanowi pewien kłopot. Ćwiczę o ósmej rano albo ósmej wieczorem, wożę ze sobą strój przez pół Polski, rezygnując z obiadu, a nawet browara. Dziś targnąłem sto czterdzieści kilo w martwym ciągu i idę na sto pięćdziesiąt. Każdą wolną chwilę poświęcam na maniakalną walkę ze spontanicznością.

Tydzień z głowy (433)

Posted on 9 stycznia 2017

O horrorach

nosferatu

Przez lata uchodziłem za polskiego Stephena Kinga. Konkretnie, byłem jednym z czterech polskich Stephenów Kingów, określanych tak przez wydawców i media. Konkretnie, chodzi o Stefana Dardę, Zygmunta Miłoszewskiego i Jakuba Żulczyka. Ten ostatni jest ciekawym przypadkiem o tyle, że nigdy nie napisał żadnego horroru.

Chciałem nawet zorganizować konferencję prasową tych wszystkich polskich Kingów. Pokazalibyśmy Amerykanom, jacy są biedni i głupi. Mamy przecież czterech Kingów, a oni tylko jednego. Byłoby to coś na miarę filmów Marka Piestraka albo bazyliki w Licheniu. A potem, obracając w głowie ten żart, zrozumiałem, że nikt by na tę konferencję nie przyszedł.

Polski horror jest jak polska piłka nożna, polskie kino widowiskowe, polski transport publiczny, polskie elektrownie atomowe i wiele innych rzeczy – to znaczy nie udał się i nigdy się nie uda. Grabiński przymierał głodem. Gdyby Stephen King urodził się w Polsce, miałby bloga, pracowałby na kasie w Lidlu, a w najlepszym razie pisał linie dialogowe do „Prawa Agaty” czy czegoś podobnego.

Właściwie nie wiem, z czego to wynika, ale tak po prostu jest. Być może horror przyjmuje się w krajach względnego dobrobytu i stanowi rodzaj bezpiecznej zabawy w przerażanie (nigdy nie chodziło mi o coś takiego, chciałem, żeby czytelnik bał się moich książek i brzydził się nimi tak, jak powinien sobą i jak ja się sobą brzydzę). W Polsce, gdzie fatamorganę marzeń wyznacza średnia krajowa (niecałe tysiąc euro), gdzie wydostanie się z prowincji przypomina pielgrzymkę do Medjugorie, a samotna matka zamiast pomocy dostaje centralny wpierdol, nie potrzeba żadnych horrorów.

Od siebie dodam: pisałem horrory i szarpałem się z życiem. Przestałem – natychmiast był bestseller.

Moja miłość do gatunku pozostaje niezmieniona. Co prawda nie czytam już takich książek, ale niedawno zrobiłem sobie filmowy maraton, korzystając z wysypu rocznych podsumowań. Ale losy polskiego horroru, a więc i moje własne, pokazują pewną ogólną prawdę. Mianowicie, przeszczepianie zachodnich szablonów kulturowych w Polsce po prostu nie działa, a jeśli już, wymaga długiego okresu adaptacyjnego. Spytajcie raperów, jeśli nie chce się wam wierzyć.

A teraz wyobraźmy sobie twórcę horrorów, który zaczyna rozumieć, że pisanie horrorów w Polsce nie ma sensu. Przecież to horror.

Tydzień z głowy (432)

Posted on 2 stycznia 2017

Rok z głowy

rhinoart

Właściwie nie wiem, co tutaj napisać. Zapewne będzie bardzo nudno, gdyż opisać mogę tylko rzeczy nudne. Rzeczy ciekawe muszą pozostać tajemnicą.

Wszyscy naokoło umierali, a ja miałem swój pierwszy bestseller, nominowali mnie do wszystkich możliwych nagród literackich i dostałem własny program w telewizji. Doprawdy, trudno, abym narzekał. Zwłaszcza gdy w wieku czterdziestu lat nieoczekiwanie dowiedziałem się, że prócz pisania potrafię coś jeszcze.

Jeśli zapytacie o plany na obecny rok, to nie mam specjalnych. Muszę skoczyć nową książkę, której premiera planowana jest na jesień. Prace już za połową. „Exodus” okazał się dużo bardziej skomplikowaną powieścią niż przypuszczałem nie tylko ze względu na temat, ale i scenerię. Dotąd akcję osadzałem w jednym miejscu lub kilku dobrze znanych, jak w wypadku „Szczęśliwej ziemi”. Tu mam aż pięć lokacji, cztery obce – na szczęście etap plecaka, samolotu, wędrówki mam już za sobą.

Mniej jeździć – to jakieś wyzwanie. Zeszły rok spędziłem w pociągu i autokarze. Mieszkam na dwa miasta, do tego doszły wyjazdy związane z książką i spotkania autorskie, w konsekwencji przeszarżowałem nieco, a nawet władowałem stopę w taflę szkła. Imponująca blizna przypomina mi o tym, jak się kończą nadmierne ambicje. Cieszę się, że nie wpadłem pod tramwaj.

Dlatego nie pragnę więcej. Zawodowo zamierzam utrzymać to, co mam, nie chcę zdobywać żadnych nowych szczytów, nawet większych przelewów nie łaknę – jestem sobą u siebie.

W tym roku, jak i w poprzednim, nie dopuszczę do siebie żadnej z wielkich spraw tego świata. Nie pójdę w żadnym marszu za czymś lub przeciw czemukolwiek, nie zabiorę głosu w sprawach publicznych, nie wejdę w żaden dyskurs (czytaj – nie będę pierdolił od rzeczy), nie pójdę z silniejszymi na słabszych ani nie wierzgnę wraz ze słabszymi przeciw silniejszym. Nigdy nie zobaczycie mnie w tłumie, bo i ja człowieka w tłumie nie potrafię dostrzec.

Tydzień z głowy (431)

Posted on 26 grudnia 2016

img_0684O świętach

Nie nadaję się do nazbyt wielu rzeczy, a już na pewno nie do świętowania. Żyję podług ustalonego rytmu i niechętne przyjmuję zmiany. Złoszczę się, gdy zamykają mi siłownię albo sklep, przeraża mnie perspektywa niepracowania no i nie lubię jeść.

W tym roku wypadła moja kolej na czas z synem, co odmieniło postać rzeczy i po raz pierwszy w życiu sam zrobiłem wigilię. No, może to za dużo powiedziane. Po prostu kupiłem drzewko i położyłem pod nim prezenty.  Jedzeniem zajęli się już inni. Nie umiem zrobić żadnej potrawy wigilijnej i wątpię, bym kiedykolwiek się nauczył.

Patrzyłem sobie na Julka i widziałem w nim siebie z dzieciństwa, kiedy święta miały jeszcze swoją wagę, kiedy nie oznaczały wędrowania między domami i pozostawały wolne od wszelkich kontekstów. Chodziło tylko o prezenty. Mały bardzo cieszył się na ten dzień i pomyślałem sobie, że za dekadę wszystko się zmieni. On też będzie złościł się na święta. Taka kolej rzeczy.

Przy okazji wyszło coś zabawnego. Otóż, w święta robię się bezradny jak dziecko. Najchętniej leżałbym w kącie, przytulony do butelczyny, czego tym razem nie mogłem zrobić. Tylko w supermarkecie byłem cztery razy, przejęty, że zapomnę o czymś równie niezbędnym co ser mozarella i sześciopak piwa. Wściekałem się, gdy nie przyjechała mi taksówka i tupałem sobie na przystanku zupełnie jak ćwierć wieku temu, kiedy złościła mnie każda minuta bezczynności. Nie potrafiłem napisać żadnych życzeń, a potem nastukałem pięćdziesiąt różnych i wysłałem do każdego, kto pojawił się w mojej umęczonej głowie.

I tak minęły te dni. Snuję się na czterdziestu metrach kwadratowych i nic nie potrafię. NIe umiem czytać ani pisać, nie skupię uwagi nawet na głupim serialu czy stronie w internecie. Wszystko przesuwa mi się przed oczyma jak płytki sen. Można by mnie poprowadzić za rękę gdziekolwiek: do knajpy, do kościoła, do piekła.

Nawet tutaj nie umiem napisać niczego sensownego.

tydzień z głowy (430)

Posted on 19 grudnia 2016

O Ljubljanie

img_0590

Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest górujący nad miastem zamek z doklejoną wieżą. Posiada urok więzienia, którym był w istocie, a wieża, innej barwy i struktury, odbiera mu nieco majestatu. Do zamku można wjechać kolejką albo dotrzeć na piechotę jedną z wielu stromych ścieżek. Wybieram tę drugą drogę, o czym będzie później.

Przyjechałem tutaj zbierać materiały do książki. Mała część „Exodusu” wydarzy się właśnie w Ljubljanie. Nie znam tego miasta, nic o nim nie wiem i niczego nie szukam. Nie mam też planu ani marszruty. W ten sposób pracuję, krążę bez sensu, przecinam własne ślady i włóczę się od rana do nocy.

Wieczorem wędruję pod okazały budynek położony w parku, za budynkiem ścieżka biegnie w las. Nikną miejskie światła, otula mnie półmrok i chłód. Zając wielkości rysia przystaje na ścieżce, stroszy słuchy i pryska w krzaki, spłoszony moją obecnością. Jestem sam, daleko od wszystkich i nawet nie myślę o strachu.

W zamkowym muzeum znajduję kościaną piszczałkę sprzed czterdziestu pięciu tysięcy lat. Grał na niej neandertalczyk. Był jasnowłosy, muskularny i jadł surowe mięso. Zrobił jednak tę piszczałkę. Z jakiegoś powodu jej potrzebował. Czegoś szukał, czegoś brakowało mu w tym świecie. Tak bardzo się nie różnimy.

Z dobrym człowiekiem, który przyjął na siebie rolę przewodnika, rozpijamy wódkę w ruinach rzymskiego akweduktu, rozmawiamy o metalu, a ja myślę o tym, że legioniści i starożytni robotnicy też tutaj sobie rozmawiali i coś sobie pili. Dowiaduję się, że bezdomni wydają tu własną gazetkę. Dowiaduję się, że Słowenia jest jedynym krajem na świecie, który dopłaca studentom do jedzenia. Wyrzucają nas ze sklepu muzycznego. Nie wpuszczają nas nawet do squatu. Jest po prostu wspaniale.

Któregoś wieczoru leżę zmęczony w pokoju, po dwudziestu kilometrach marszruty, lecz jeszcze nie mam dosyć. Obiecuję sobie krótki spacer, wychodzę na pustoszejące miasto (Słoweńcy gasną wcześnie, ciem tu próżno szukać), znajduję ścieżynkę między kamienicami, ścieżynka strzela w górę i już jestem pod zamkiem. Fioletowe światło pada na mur, zespala wieżę z resztą, stare z nowym, a ja odczuwam coś na kształt magii pulsującej pod zwyczajnością życia. Idę dalej, między drzewa, mijam drapieżny pomnik rycerzy, schodzę po zboczu między domami. Moje kroki huczą, tak cicho wokoło.

W takich właśnie okolicznościach, w tych drobiazgach rośnie sobie książka.

tydzień z głowy (429)

Posted on 12 grudnia 2016

O drzewach, domach i dzieciach

drzewo

Przyjaciel mówi mi, że chciałby posadzić drzewo. Takie potężne, na przykład dąb. Siedzimy u mnie, pijemy piwo, a on nawija o tym drzewie. Dąb wyrasta ponad człowieka, poza ludzki czas. Mój przyjaciel jest mniej więcej w moim wieku i siłą rzeczy umrze (tak jak ja umrę), nim zasadzony przez niego dąb uzyska majestat i potęgę.

Posadź drzewo razem ze swoimi dziećmi, tak mu radzę. Przecież przed nimi całe, długie życie, a gdy ono pomalutku zacznie dobiegać końca, dąb akurat okaże się elegancko wyrośnięty. Może nawet będzie przypominał o ojcu? Owładnięty urokiem tej podchmielonej myśli, zamykam drzwi za moim przyjacielem i natychmiast pakuję głowę do muszli klozetowej, ulegając atakowi jelitówki.

Wczoraj wieczorem uświadamiam sobie, że nigdy nie mieszkałem nigdzie dłużej niż pięć lat, przy czym, jeśli wziąć pod uwagę ostatnie dwie dekady, absolutny rekord wynosi dwa i pół roku. Zmieniam domy, miasta i państwa. Nie miałem kiedy posadzić dębu ani nawet pieprzonego jałowca. Nie zamierzam się skarżyć. Mój los, moja wędrówka, tułaczka, ta wieczna gotowość do porzucenia wszystkiego i wyruszenia w dalszą drogę stanowi konsekwencję wyboru. Tak chciałem, tak chciało coś we mnie.

Gdy patrzę w przeszłość – magma, kolory, śmiech, cierpienie, lęk i miłość.

Mój syn już ma tobołek wędrowca, już nim ciska, zmieniają się sufity nad tą jasną głową, a ja nie wiem, co o tym sądzić. Wiem za to coś innego, co do niedawna mi umykało. Gdy byłem w jego wieku, zapadło we mnie ziarenko. Rosło, strzeliło koroną. Mam w sobie własne drzewo, dąb – i jest to dąb z kamienia.

tydzień z głowy (428)

Posted on 5 grudnia 2016

O zniewoleniu

labirytn

Nieustannie jeżdżę między miastami. Do Warszawy wybieram się zawsze tym samym wieczornym pociągiem, zawsze siadam w tym samym wagonie i na tym samym miejscu przy półkach na bagaże. Zawsze biorę wodę niegazowaną, którą wypijam dopiero na miejscu, gdy znajomym już tramwajem dotrę do swojego warszawskiego obozowiska. Droga do Krakowa przebiega podobnie, z tą jedynie różnicą, że wyjeżdżam przedpołudniem.

Wiem, co będę robił w przyszły czwartek o szesnastej trzydzieści, i jestem człowiekiem odmierzonym. Dzień zaczynam od kawy, a zamykam książką, czasem piweczkiem. Gdy coś zakłóca ten porządek, odczuwam niepokój. Mogę pracować od rana do nocy, po prawdzie mogę nawet nie spać, pozostaję jednak nieprzejednanym wrogiem wszelkiej spontaniczności.

Ludzie znajdują spokój jedynie w więzieniu; niewola stanowi przyrodzony stan człowieczy, wolność, którą tak niby kocham, budzi skrajne przerażenie. Jeden ma rodzinę, inny Boga, jeszcze ktoś pracę albo i nałogi. W tym wszystkim chodzi o to samo, o kajdany, o kierat, o bezpieczeństwo celi. Ja mam swoje plany, swój sztywny podział dnia i krzywdę najbliższych, która z tego płynie. Można też krzywdzić rodziną, Bogiem, pracą i nałogiem. Każdemu co jego.

W każdej sytuacji jestem naprawdę, ale nie do końca, przywiązany do nadchodzącej kwadry dnia. Jak pies do pana, jak sierota do pacynki. Wśród bliskich myślę o pracy, pracując – o bliskich. W południe wyglądam treningu o piętnastej pięćdziesiąt. Wieczorem, zaskoczony pustką, nerwowo czekam, aż przyjdzie czas na sen.

Zastanawiam się, czy mógłbym jakoś to zmienić. Czuję niezdrowość tej sytuacji. Tułam się po świecie już dwie dekady, zmieniałem domy, miasta i państwa, zawsze gotowy, by znowu wyruszyć. Zbudowałem w sobie dom, jak ślimak, który zjadł własną muszlę. Odczuwam potrzebę kataklizmu, lecz nie mam pojęcia, jak zabrać się za wyburzanie. Od góry, od dołu, od środka? W jakim tempie? Czego powinienem użyć? Co zrobię z odpadkami? Takie pytania kłębią mi się w głowie, a odpowiedź jest przecież planem, nową kratą, ścianą i siennikiem. Zawsze.

Tydzień z głowy (427)

O pisaniu

Mars

Mars

Jeśli szukasz miłej lektury, jeśli chcesz odprężyć się nad książką i łakniesz ubogacenia, trafiłeś pod zły adres. Odbieram, nie daję. Moje książki nigdy nie będą Twoimi przyjaciółmi. Moje książki to wróg wszystkiego, co kochasz.

Jestem tym przedszkolakiem, który obwieszcza wszystkim „Pszczółkom”, że nie ma Świętego Mikołaja.

Jestem tym kumplem, który mówi, że żona Cię zdradza. Tak, będę Twoim terapeutą. Dowiesz się, że rodzice Cię nie kochają, a dzieci okażą się niewdzięczne. Będziesz samotny. Nawet nie wśród ludzi.

Przypominam, że dom, w którym żyjesz – z telewizorem, zabawkami i kochającą kobietą – wziąłeś na kredyt, którego nigdy nie zdołasz spłacić, bo waluta w Twojej głowie, sercu i portfelu jest bez pokrycia.

Przypominam, że rzeczy, w które wierzysz – praca, samorozwój, ojczyzna, rodzina i Bóg – to tylko złośliwe fantomy. Żerują na Tobie, żeby potem zniknąć.

Jestem piratem, który złupił Twój port. Zdeptałem kwiaty w Twoim ogrodzie. Jestem menelem, którego wpuściłeś do domu. Zostawiłem ślady paluchów na ścianach, urwałem umywalkę i złamałem się do fikusa. Otwórz okna, spróbuj wygonić smród. Powodzenia, kolego.

Rozbiorę Cię z zasłon nie po to, abyś stanął w prawdzie, bo nie wiem, co to jest prawda. Chcę tylko, żebyś był nagi i wszyscy się z Ciebie śmiali.

Robię to, bo jestem głupcem. Nienawidzę samozadowolenia i fałszywych uśmiechów. Nie zmienię Twojego życia. Jestem pisarzem. Nie mogę tego zrobić. Ale chcę, żebyś przez moment się bał. Chcę, żebyś był, kurwa, przerażony.

Jestem jednak uczciwym głupcem. Ostrzegam zawczasu.

Jest tylu innych autorów. Tyle innych książek.

Tydzień z głowy (426)

O dobrych i złych rzeczach

priam

Jak każdy człowiek doświadczam dobrego i złego. Rzeczy dobre cieszą, a te złe smucą. W każdej z tych reakcji znajduję pocieszenie. Jestem zdrowym człowiekiem.

W ostatnich latach doświadczyłem mnóstwo dobrego. Zresztą, kiedy patrzę w przeszłość, na dawne lata i dziesięciolecia, widzę, że zawsze było tam dobro, którego jednak nie potrafiłem dostrzec, a zatem docenić.

Złe rzeczy, w jakiś sposób, przypominają jad. Wystarczy kropla, by zatruć szklankę wody. Wypiję i pluję żółcią, gorączka trawi, pali mnie brzuch. Porównanie z bolącym zębem również się nada. Gdy napierdala szóstka, pocieszenia nie przyniosą hajsy ani orgazmy.

Niekiedy więc tonę w smutku, tak jak w tej chwili, gdy siedzę z ciężką głową na kanapie, próbuję czytać książki, grać w gry i słuchać kompaktów kupionych sobie na pocieszenie. Równie dobrze można by uczyć słonia jazdy figurowej na łyżwach. Przyjaciel doradza, bym nie wstydził się smutku. Ma rację, bo nie ma w tym nic wstydliwego.

Cierpienie niezawinione i zawinione, głód nędzarza i rak mocarza są dokładnie takim samym cierpieniem.

Gdy jedne trudności ustąpią, pojawią się kolejne. To się nie zmieni. Wyczekuję tej krótkiej chwili, kiedy podrzucony kamień zawisa w powietrzu, kiedy jest dobrze i tylko dobrze.

Ale wiem jedno, coś sobie uświadomiłem. Dobre rzeczy w moim życiu biorą się z niezwykłości, z przygody generowanej przez odwagę moją i innych, z ciekawości świata, z fantastycznych ludzi, z tej siły, która ciskała mnie po najróżniejszych miejscach, z pracy, która daje radość i szmal, a przede wszystkim z wolności. Doświadczam rzeczy pozostających poza zasięgiem zwykłego człowieka. Wiem, jak żyją inni. Wcale się nie wywyższam.

Złe rzeczy będące moim udziałem stanowią kwintesencje zwyczajności. Są jak deszcz w listopadzie i nuda w przedszkolu. Banał, powtarzalność, nuda złych rzeczy. Doświadczam w tym zakresie tego, czego również inni doświadczają, ani więcej, ani mniej. Współodczuwam, więcej nawet – jestem w gównie razem z wami wszystkimi.

To, co dobre, jest niezwykłe, to, co złe, jest zwykłe. To dobrze.

Tydzień z głowy (425)

O 11 listopada

7xmezmr

Dzień Niepodległości kojarzy mi się z menelami i turystyką zagraniczną.

Nigdy nie byłem na żadnej manifestacji, po żadnej ze stron, i nie zamierzam tego zmieniać. Mam inne zwyczaje. Gdy Polacy gdzieś wybywają, wyruszam ku miejscom, które opuścili. Tam zawsze ciekawiej, tam przesiaduje prawda. Na przykład, 24 grudnia mam aż trzy różne kolacje, a między nimi pętam się po cichym, ciemnym Krakowie, zachodzę do nielicznych, czynnych knajpek, zasiadam i popijam. Przyglądam się innym gościom, próbuję dociec, co ich przygnało do speluny w tak szczególny dla Polaków dzień. Wolno mi tak robić, albowiem sam jestem włóczęgą.

Rankiem 11 listopada wybrałem się na spacer po krakowskim Kazimierzu. Część mieszkańców wyjechała, część udała się na manifestację na rzecz jakieś tam Polski, bądź przeciw jakiejś innej Polsce, reszta leżała w łóżkach. Ulicami przewalali się turyści, jak sądzę, głównie z Ameryki i Izraela. Zaspani, wyraźnie zagubieni, cwałowali za swoimi przewodnikami, a jeśli nie robili zdjęć, to przeglądali te już zrobione. Zapewne nie wiedzieli o jakimś Dniu Niepodległości, zaskoczyła ich martwota dnia, wielka nieczynność i bezruch kazimierzowskiego skansenu.

Na schodach i stopniach nieczynnych knajp rozsiedli się menele. Opierali się o słupy i maski samochodów o zagranicznych rejestracjach i na coś czekali, wyraźnie wytrąceni ze znanego sobie porządku rzeczy. Menel zresztą zawsze sprawia wrażenie człowieka wyczekującego. Robili swoje rzeczy menelskie, czyli rozpijali piwa marki volt i karpackie mocne, wygrzebywali kiepy ze śmietników i roztrącali drobne na wnętrzach swych ogromnych dłoni.

„Kierowniku, nie będę kłamał, do piwa, bo suszy, bo wczoraj z pudła wyszedłem, ćwiarę kiblowałem i teraz tak, takie życie, kierownik wie”.

Nigdy nie widziałem ich tylu naraz, w takiej ilości. Można pomyśleć, że zbierali się na własną, menelską manifestację. I teraz nie wiem, jak jest naprawdę. Czy 11 listopada jakaś tajemnicza przyczyna wygnała meneli na ulicę? Mogą błądzić w poszukiwaniu czynnego monopolowego, gdzie jeszcze ich obsłużą. Istnieje druga, bardziej prawdopodobna możliwość. Menel na co dzień pozostaje w półcieniu rzucanym przez porządnych obywateli. Porządni, a przynajmniej trzeźwi obywatele poszli na manifestacje, wyjechali albo nie wstali z łóżek. Dzięki temu zobaczyłem, jak wielu mamy meneli.

Newer Posts
Older Posts