porusza i prowokuje...

Tydzień z głowy (548)

Posted on 1 kwietnia 2019

Ruski gangster

 damon-martian-jumbo

Poszliśmy z rodziną do pobliskiej pizzerii. Pizzeria jest w ogóle przednia, nazywa się  Trattoria da Maria i znajduje się na ulicy Łokietka w Krakowie, niedaleko wiaduktu. Naprawdę dobrze karmią. W gruncie rzeczy, chyba w całym Krakowie nie ma lepszej pizzy. I jeszcze pod blokiem, no. Lubię tam zajść w niedzielę, zjeść tę pizzę i napić się piwa.

No i siedzimy, gadamy z właścicielką, która jest Włoszką zamieszkałą od dziesięciu lat w Polsce. Sama dogląda knajpki i pewno dlatego jedzenie jest takie dobre. W którymś momencie pyta, patrząc na mnie, czy jesteśmy z Ukrainy. Z jej tonu wnioskuję, że nie chodzi o takiego, co jeździ sobie na Uberze, ale o zupełne inny rodzaj Ukraińca. Takiego groźnego. Jakim cudem powzięła takie podejrzenie? Przecież przyszedłem elegancko odstawiony, w dresowych spodniach, trampkach i skórzanej kurtce, czyli swoim ukochanym zestawie na wiosnę. Do tego z ryja wyglądam kubek w kubek jak Matt Damon. Jak można było posądzić mnie o działalność przestępczą?

A jednak, takie rzeczy działy się wcześniej. Dwa i pół roku przesiedziałem w Kopenhadze. Smutno mi tam było. Bezskutecznie szukałem znajomości. Tylko na siłowni miałem jakichś kolegów.  Nie chodziliśmy na piwo, to nie był ten stopień zażyłości, zresztą ci goście byli muzułmanami i chyba nie pili. Ale ćwiczyliśmy razem i zawsze cieszyłem się na ich widok. Piękni byli, młodzi, radośni. Świat należy do nich, tak sądzę. Ale jakąś okrężną drogą dotarła do mnie plotka za kogo jestem uważany. Otóż uchodziłem za rosyjskiego gangstera.

Nie zdementowałem tej plotki, a nawet ją podsycałem, opowiadając to i owo o Moskwie i krakowskim więzieniu na Montelupich (nie odwiedziłem żadnego z tych miejsc, koledzy jednak bywali). Doszedłem do oczywistego wniosku, że lepiej uchodzić za przestępcę ze wschodu niż polskiego pisarza na emigracji. W gruncie rzeczy dalej tak sądzę. Sława bandycka wydaje się bardziej kozacka, czarodziejska, budzi też szacunek i grozę, czego o ludziach pióra nie można niestety powiedzieć.

Tydzień z głowy (547)

Posted on 25 marca 2019

Tylna strona bohaterstwa

 pigm

Kiedy pytają mnie o smak sukcesu przypominają mi się pigmeje polujący na słonie. Polowanie to opisał Kazimierz Nowak w swojej przepięknej książce.

Wygląda to mniej więcej w ten sposób. Plemię pigmejów zasadza się na słonia, tymczasem najdzielniejszy i najbardziej poważany pigmej zachodzi słonia od tyłu, wiesza się u ogona i tnie nożem po nogach. Raniony w ten sposób słoń zrywa się do biegu. Leci, ciągle z tym bohaterskim pigmejem uczepionym u zadka. Pigmej jedną ręką trzyma za ogon, druga dłoń wciąż wywija nożem i ciacha słonia. Robi tak, aż przetnie wiązadła w nogach. Wówczas słoń zwala się na ziemię. Reszta pigmejów zabija zwierzę używając dzid. Dzidy są wykonane z drewna, właściwie to zaostrzone kijki. Tak myślę. Kupa roboty dla pigmejów i cholernie nieprzyjemne umieranie dla słonia.

Śmierć tak dużego zwierzęcia oznacza ucztę dla pigmejów. Przypuszczalnie nie są w stanie skonsumować całego słonia, więc wycinają ile mogą najlepszego mięsa. Przyrządzają je tak, jak u nich w zwyczaju. Z pewnością, kuchnia pigmejów zna wiele przepisów z wykorzystaniem słoniny. Więc, całe towarzystwo żre i pije co tam mają do wypicia. Pewno sfermentowane mleko. Tego akurat nie wiem, wiem za to, że królem wieczoru jest ów dzielny pigmej, który wisiał u ogona. Noszą go na rękach. Dostaje najlepsze kawałki. Która dziewczyna odmówi tak wielkiemu (hartem ducha) wojownikowi? Być może tak miła noc zatrze niedawne, raczej przykre wspomnienie.

Słoń, któremu przecięto wędzidła wypróżnia się gwałtownie, z bólu i szoku. Tymczasem nasz dzielny pigmej wciąż wisi u ogona. Jak wygląda zaraz po udanym polowaniu? To już zostawiam Waszej wyobraźni.

Uważam, że lepszej, bardziej prawdziwej opowieści o sukcesie nigdy nie napisano.

Tydzień z głowy (546)

Posted on 18 marca 2019

Herbatka. Cyklu spożywczego część czwarta.

pirat 

O ile mnie pamięć nie myli, nigdy nie zrobiłem sobie herbaty. W knajpie zamówiłem ją może pięć razy w ciągu całego życia. Innymi słowy, z herbatą niezbyt mi po drodze.

Właściwie pijam tylko cztery napoje: wodę, kawę, piwo oraz whisky. Woda nawadnia i gasi pragnienie, kawa pobudza, alkohol leczy duszę. Inne wynalazki nie są mi potrzebne.

Oczywiście, czasami pijam herbatę. Dzieje się to wówczas, gdy ktoś ją poczęstuje. Moja dziewczyna robi dużo herbaty i nieraz nakłania mnie, abym ją wypił. No to piję, po części dlatego, że chyba jej zależy na tej herbacie. Chciałaby, ta dziewczyna, aby mi zasmakowało. Poza tym, skoro mam herbatę, nie muszę sięgać po wodę. To takie proste.

Herbata jest napojem dzieciństwa. Nie mieliśmy soków ani coca-coli, w sumie nikt nie miał, takie czasy były. Więc rodzice szykowali mi herbatę, taką prawdziwie polską, w wysokiej szklance z koszyczkiem. Do obiadów był kompot, do śniadania i kolacji herbata. Świat czekał na utratę prostoty.

Pamiętam też drobną hecę związaną z herbatą. Miałem cztery, może pięć lat. Z tatą siadywaliśmy w kuchni, tato niesłychanie wysoki z mojej dziecięcej perspektywy, brodaty jak Rasputin, ze srebrnym krzyżem zatopionym we włosach na klacie. Herbatę szykował na blacie kuchennym, pod jarzeniówką. Powtórzę, takie czasy były – pod szafkami zawieszonymi na kuchennej ścianie mieliśmy dwie jarzeniówki, dające rwane, lodowate światło.

Zabawa zawsze wyglądała w ten sposób. Tato prosił mnie, żebym postawił tę herbatkę najładniej jak się da, więc kładłem ją na spodeczku tak krzywo, jak tylko się dało, bez wylewania. O to też chodziło, żeby jej nie wylewać. Oczy ojca srożyły się zza okularów, drżała piracka broda i tatko huczał, już krztusząc się ze śmiechu:

-Jakże ty stawiasz tę herbatkę!

Taki był nasz rytuał z herbatką, powtarzany przez miesiące, może nawet dłużej, takie jest też wspomnienie.

Tydzień z głowy (545)

Posted on 11 marca 2019

Pierwsza bania

 drink

Przypomniało mi się, jak wypiłem pierwszy alkohol w swoim życiu.

Było to w Rytrze, na wycieczce szkolnej. Chodziłem do drugiej klasy ogólniaka. Można powiedzieć, że zacząłem późno, bo koledzy pod koniec podstawówki chodzili już ostro nawaleni.

Właściwie nie wiem dlaczego chciałem się napić. Pewno chciałem mieć już za sobą tę przygodę. Trawiła mnie ciekawość jak to jest być pijanym. Ciśnienie podbijał sam klimat wycieczki szkolnej. Wiadomo, na wycieczkach szkolnych zawsze się piło. Od tego chyba są, bo przecież nie od łażenia po górkach wokół Rytra.

Więc, po kryjomu kupiłem sobie piwo. Przynajmniej tak mi się wydaje. Bardzo słabo ten szczegół pamiętam, za to świetnie wiem, co wydarzyło się potem. Kumpel z klasy zobaczył mnie z tym piwem i wyciągnął na jabcoka. Kupiliśmy jedno na spółkę. Pani w monopolowym doradziła nawet, który jabol smakuje najdojrzalej. W takich właśnie, dobrych czasach przyszło mi dorastać – panie sprzedawały alkohol dzieciom i jeszcze pomagały w wyborze.

Jabcoka wypiliśmy pod księżycem. Po każdym łyku przecieraliśmy szyjkę butelki rękawem kurtki i podawaliśmy sobie ją nawzajem. Było w tym coś wyjątkowo ciepłego, serdecznego.

Podchmielony wróciłem do ośrodka, gdzie inny kolega miał wódkę. Uznałem, że idzie mi po prostu wspaniale i przyssałem się do tej butelki. Nie wiem ile wypiłem, przypuszczalnie bardzo dużo. Początek uznaję więc za udany. Podczas pierwszego picia wyduldałem piwo, wino i wódkę.

Wszystko skończyłoby się dobrze gdyby nie koleżanka. Wymiotowałem sobie elegancko przez okno, a ona poleciała po wychowawczynie. Powiedziała jej, że Łukasz źle się czuje bo rzyga przez to okno. No i przyszła do nas. Powitałem ją pokryty własnymi wymiocinami. Powiedziałem, że czuję się świetnie, nic nie piłem, wszystko jest w porządku.

Zrobiła się afera, ojciec musiał przyjść do szkoły, miałem jakąś karę, coś takiego, bez znaczenia. Ważne jest coś innego. Wczoraj piłem sobie piwko z tym samym facetem, z którym wydoiłem jabola.

Ciągle jesteśmy przyjaciółmi.

Tydzień z głowy (544)

Posted on 4 marca 2019

Pewna tajemnica

Kaspar

Jest we mnie pewna przykra skaza, wobec której czuję się kompletnie bezradny.

Miałem fantastyczny weekend, jeden z najlepszych w tym roku. Pojechałem sobie do Warszawy, byłem na świetnym koncercie i jeszcze zabalowałem na zapleczu w zacnym a nawet zaszczytnym gronie. Sobotę spędziłem z przyjaciółmi. Było wspaniale. Naprawdę, dawno nie przeżyłem takich dobrych chwil, nie doświadczyłem tylu serdeczności. I jeszcze kupiłem sobie płyty.

Powinienem być szczęśliwy, a nie jestem. Przeciwnie, siedzę smutny w domu i nie wiem co ze sobą zrobić. Czuję się, jakbym kogoś zawiódł, nawet okradł. Właśnie tak – jakbym zabrał coś, do czego nie mam prawa, co nigdy nie należało do mnie.

Tak jest zawsze, kiedy spotyka mnie coś dobrego ze strony ludzi. Gdy spędzam czas z przyjaciółmi. W gruncie rzeczy, najgorszą rzeczą jaką można mi zrobić to powiedzieć, jak bardzo podobała się moja książka, ile znaczy, co zmieniła w sercu. Jestem wówczas bezradny i bezbronny. Szukam drogi ucieczki. Tak zawsze jest. Dobro strąca mnie w otchłań. Nie powinno. Nie wiem co z tym zrobić.

Ale wpierdolcie mi, spróbujcie mnie skrzywdzić. Wtedy się wścieknę, nakręcę i będę walczył do ostatniej kropli krwi. Nakręcę się wściekłością i mocą tak, że aż o sobie zapomnę. Będę czystym, rozjuszonym szczęściem.

Tak nie powinno być, a jednak jest. Ludzie byli dla mnie dobrzy, a ja siedzę i myślę tylko o tym, że jestem pojebanym niewdzięcznikiem. Nic mądrzejszego nie umiem napisać. Nie potrafię i już. Zobaczę sobie lepiej jakiś wesoły film. Herzoga, czy coś podobnego.

tydzień z głowy (543)

Posted on 25 lutego 2019

Jaskinia i piorun

 

F3E6384A14ECBD60EDEBC9A4B045888A4B76E8E3Przychodzą czasem dni, kiedy nie rozpoznaję siebie. Jestem taki sam jak zwykle, lecz zupełnie inny. W tej prawdzie kryje się złuda-tak łatwo uwierzyć w to, że nic się nie zmieniło.

Myślę inaczej, mówię inaczej, inaczej się zachowuję – a przecież jestem substancjalnie sobą. Chce tego samego, co wcześniej. Lubię to co lubiłem, uciekam od rzeczy, które rozpoznałem jako wstrętne.

Gdy inni mówią „Łukasz, co się z tobą dzieje” najprostszą reakcją jest najeżenie grzbietu. Nic się ze mną nie dzieje, bo przecież robię to co zwykle, zachowuję się w ten sam, znajomy już sposób. Jeśli pojawiła się jakaś zmiana, to z twojego powodu. Bo pytasz, co się ze mną dzieje, pytasz nieustannie, w związku z tym zaczynam o tym myśleć, czuję się rozdrażniony i postępuję tak, jakby coś miało się dziać.

Pojawiają się proste, chaotyczne ruchy na znak, że rzeczywiście przeczuwam istnienie jakiegoś problemu i staram się go odegnać. Zaczynam medytować. Po 20.00 odkładam telefon. Więcej czytam. Rozwieszam łowcę snów nad łóżkiem. Pod progiem zakopuję czarnego koguta. Już wiem, że zapobiegłem sprawie a przynajmniej to co się dzieje, dzieje się jakby mniej efektownie.

Był człowiek, którego burza zaskoczyła podczas długiej drogi. Runął na kolana i zaczął się modlić aby nie trafił go piorun. Zadzierając głowę bojaźliwie zerkał na oszalałe, elektryczne niebo. Prosił Jezusa i Maryję, potem Peruna, a na sam koniec, gdy głuchł już od grzmotów wyszeptał imiona najstarszego boga, który właściwie nie ma już imienia: poćwiartowanego smoka, z którego ciała powstał świat.

Tak klęczał, zamiast skryć się w jaskini. Jaskinia jest ukryta. Gdzie droga do jaskini? Co dzisiaj jest jaskinią? Jaka głęboko sięga? Co żyje na jej dnie?

 

 

 

Tydzień z głowy (542)

Posted on 18 lutego 2019

Parę dni w Warszawie

 View of Warsaw from the Royal Palace

Pojechaliśmy na trzy dni do stolicy. Mieszkałem tam parę ładnych lat i zdarza mi się tęsknić za tym miastem. Nie jest to jakaś szczególnie paląca tęsknota. Wylądowałem w Krakowie, parę latek przyjdzie mi tutaj przesiedzieć i nie ma z czego robić żadnej historii. Ale gdy myślę o swoim miejscu na świecie, to myślę o Warszawie.

Czwartek schodzi mi na poważnych negocjacjach biznesowych. Nadają się do tego mniej więcej jak kura do walk bokserskich. Siedzę w sali konferencyjnej, słucham jak prawnicy dyskutują ze sobą o najróżniejszych, prawniczych sprawach i przypominam sobie stare czasy, kiedy zgadzałem się na wszystko z automatu, bo wydawało mi się, że nie zasługuję na nic no i bardzo chciałem, żeby negocjacje już się skończyły. Wiem jakie to było cholernie głupie. Czułem się jak klaustrofobik w windzie. Zrobiłbym wszystko, żeby nie negocjować. Dziś już wiem ile straciłem przez tę kretyńską postawę i polecam każdemu artyście, by wysoko się cenił. Jeśli to zrobi, może i inni zaczną?

W piątek rozmawiam dla odmiany o promocji „Kultu”. Słucham co tam dla mnie wymyślili i jestem dość przyjemnie zaskoczony. Nieważne zresztą, o wszystkim przekonam się w maju. Pędzę podpisać jakieś umowy, generalnie biegam po mieście i usiłuję ogarnąć wszystkie swoje sprawy, których mam chyba więcej niż zwykle, w całym moim życiu.

Jeden wieczór spędzam z kumplem. Rozmawiamy na różne tematy z których wychodzi jeden wniosek: każdy ma w życiu przynajmniej jedną rzecz, wobec której jest kompletnie bezradny. Taki swój Kryptonit, którego nie przewalczy. Może jedynie unikać niebezpieczeństwa. Inaczej polegnie.

Dwa następne dni balujemy wśród ludzi, na całkiem fajnych imprezkach. W piątek u nowych, a w sobotę u bardzo starych przyjaciół. Dużo rozmawiamy, trochę pijemy i nie dzieje się nic niezwykłego. Dziś już jestem w domu, przepełniony spokojem i poczuciem, że doświadczyłem dobra. Ludzie są dla mnie dobrzy. To jest coś. Ale wymieniłbym coś jeszcze, wiarę we mnie i w to co robię, w różnorakie projekty, w jakie się zaangażowałem. Bardzo wielu ludzi uwierzyło we mnie, po prostu. Chyba było tak od dawna, ale dopiero teraz to czuję. Cóż. Wypada więc, abym uwierzył i ja.

tydzień z głowy (541)

Posted on 11 lutego 2019

metafizyka tyry

blacksmith

Próbuję zrozumieć z czego składa się moje życie. Jakie uczucia to życie buduje? Narzuca się troska i lęk. Dopominają się przynajmniej jednego akapitu na swój własny temat, a ja chętnie spełnię ich życzenie. Gdy piszę o trosce i lęku boję się trochę mniej i jestem też mniej zatroskany.

Troszczę się bo mam bardzo dużo. W gruncie rzeczy nie znam nikogo, kto miałby tyle co ja. Tyle tego, że aż strach wymieniać. Jest praca, właściwie dwie, bo wykonuję dwa zawody, oba zresztą przepiękne i bardzo wymagające. Ludzie w około. Jestem też bardzo kochany. Mam swoje miejsce na świecie i rzeczy które lubię. Miejsce jest ważne, i rzeczy też. Przecież odbijamy się w rzeczach.

Tutaj przychodzi lęk, że stracę to co mam. Niewątpliwie do tego dojdzie bo najszczęśliwsze nawet życie kończy się śmiercią. To co mam, ten wspaniały stan posiadania, tę robotę, tych ludzi nie umiem postrzegać jako czegoś, co po prostu wypracowałem, co udało mi się osiągnąć. Tak pewno jest, lecz nie potrafię myśleć w ten sposób. To co mam jest wynikiem cudu. Tak właśnie sądzę i wiem, że cuda mają swój koniec. Jezusa w końcu przybili do tego cholernego krzyża. Złota karoca o północy zmieniła się na powrót w dynię.

Po trosce i lęku przychodzi potrzeba pracy. Pracuję bardzo dużo i bardzo niemądrze. Być może powinienem odpuścić większość rzeczy, za które się biorę. Nie nadaję się, nic z tego nie ma. Lecz praca jest czynnością magiczną, rytuałem służącym podtrzymaniu cudu. Wierzę, że jeśli będę dużo pracował zdołam jakimś cudem ten cud uratować. Iluzja zostanie zachowana, karoca dalej będzie karocą i tak dalej.

Po prostu, gdy pracuję, boję się nieco mniej i już.

Tydzień z głowy (540)

Posted on 4 lutego 2019

Ciemne noce

sleep-reason-640

Miarą dobrego życia jest okropność nocy. Im mniej okropnych nocy, tym życie jest lepsze.

Całe moje pisanie wzięło się także z bezsenności. Leżałem w łóżku, nie mogłem spać przez noc albo u trzy pod rząd. Wściekałem się na siebie, na niespokojną duszę i wrogie mi ciało, a także obracałem w głowie najróżniejsze figury i wydarzenia. Układałem je sobie, aby odegnać myśl o śnie. Z tych nocy są moje czarne książki, do „Innej duszy” włącznie.

Potem, bardzo powoli, zacząłem jednak sypać. Opornie, niechętnie powracał sobie sen i zdarzają się nawet dni, kiedy nie budzę się owładnięty lękiem, o piątej rano w mokrej pościeli. Czego się boję? Chyba tego co wszyscy: kariera mi runie. Książka się nie uda. Wyrzucą mnie zewsząd. Zawiodę swoich najbliższych. Irracjonalność tych lęków nie odbiera im siły. Wręcz przeciwnie. Śpię w walącym się domu, w płonącym łóżku. Ale takich nocy jest naprawdę coraz mniej.

Pojawia się nowy lęk: czy dam radę tworzyć w nowych warunkach? Czy przespana, spokojna noc i pojawiający się po niej słoneczny poranek nie odbiorą mi tego szczególnego daru, tej magii, na której zbudowałem wszystko? Czy nie stanę się wypalonym czarodziejem? Przez całe swoje życie liczyłem się z tym i powtarzałem sobie, że w najgorszym wypadku po prostu przestanę pisać. Zajmę się czymś innym i już. Ale teraz jest chyba trochę za późno. Mam czterdzieści dwa lata i całe moje życie stoi na pisaniu.

Takie proste pytanie: jestem szczęśliwy. Czy mogę ciągle pisać? Czy książka zbudowana na szczęściu dalej będzie dobrą książką? O tym przekonamy się już wiosną.

Piszę te słowa w poniedziałek rano owinięty w przepocony szlafrok. Między północą a siódmą rano do mojej wjechały wszystkie diabły jakie znam i parę całkiem nowych. Czerwone plamy przesuwały mi się przed oczami, koniec wszystkiego był widoczny jak rany na dłoniach, a to co szczepce, skrzeczy i zawodzi dało taki koncert, że omal nie eksplodowała mi głowa. Mam do pisania opowiadanie, ciężki trening i jeszcze kawał tekstu na wczoraj.

 

Jak widać, moja literatura ciągle jest bezpieczna.

 

 

tydzień z głowy (539)

Skończyłem pisanie książki

 IMG_0942

Skończyłem pisanie książki. I już. Jest, gotowe. To znaczy, w ogóle nie gotowe, bo zaraz zaczną się dopiski, skreślenia, zmiany. Często mam tak, że jedna trzecia tekstu idzie do kosza, zastąpiona czymś nowym. Noworodek pojawił się na świecie i natychmiast trzeba go reanimować. Tak zawsze jest.

Cztery lata temu, przy okazji finiszu prac nad „Inną duszą” wymyśliłem pewną, jak sądzę dość trafną metaforę twórczego trudu. Do tej pory nic lepszego nie przychodzi mi do głowy, więc się powtórzę: pisanie książki przypomina chodzenie z węglarką na plecach i szczotką ryżową w dupie. Węglarki nie można zdjąć, dupa od szczotki nie zostanie uwolniona. Jem, ćwiczę, pracuję, odpoczywam i śpię z tą szczotką i węglarką. Co to za sen? Co za odpoczynek.

Po jakimś czasie człowiek przywyka do tych niedogodności. Zapominam, jak to było przed nimi. I gdy, wraz z napisaniem ostatniego zdania książki węglarka spada z pleców a szczota wysuwa się z zadka nie mam pojęcia do czego właściwie doszło. Jestem jak niesłusznie ułaskawiony morderca. Niby dobrze, a jednak cholernie nie w porządku. Przez kilka następnych tygodni chodzę krzywo i siadam ostrożnie. Bo już się przyzwyczaiłem. Koniec końców spoglądam za siebie i dziwię się, że nie ma żadnej węglarki.

Co się zmieniło przez lata? Kiedyś myślałem, że moje książki są najważniejsze na świecie. Nie wstydzę się tego. Takie prawo młodego artysty. Potem liczyłem, że wraz z wydaniem tej czy innej książki moje życie ulegnie gwałtownej odmianie. Najczęściej na gorsze. Skandaliczna, bezczelna lichota moich powieści miała zaowocować wykluczeniem społecznym ich autora. Spodziewałem się, że mama się mnie wyrzeknie. Ukrainiec w Żabce napluje mi w mordę. Dziecko rzuci kanapką. Rewersem tego myślenia była oczywiście tęsknota za sukcesem, za wielkim wyniesieniem.

Co tak naprawdę się dzieje? Nic. Napisałem książkę i wyprawiłem dzieci do szkoły. Poszedłem do kolegi na flaszkę i siedzieliśmy sobie jak zawsze, jak od dwudziestu lat, jakbym nigdy w życiu nie napisał żadnej książki. Chodzę na treningi i po zakupy. Czytam. Pracuję. Gram. Oglądam filmy z dziewczyną. Czasem ktoś nas odwiedzi. Czasem gdzieś pójdziemy. Napisałem książkę i nic się nie wydarzyło.

Stało się tak, bo nasze życia są bez znaczenia. Moje i Twoje, każde. I gdy umrę będzie dokładnie tak jak z książką: ludzie będą wyprawiali dzieci do szkoły, pili wódkę i kupowali w Biedronce.

Tylko na chuj tak męczyć się z tą szczotką i węglarką?

Newer Posts
Older Posts