porusza i prowokuje...

Tydzień z głowy (442)

Posted on 13 marca 2017

Wstęp do książkowego wydania wyboru „Tygodni z głowy” (pod zmienionym tytułem)

book-809396_960_720

Dziesięć lat temu zacząłem pisać bloga. Wydawało mi się, że każdy pisarz ma bloga. Dziś jestem jednym z nielicznych pisarzy, którzy jeszcze bloga posiadają.

Na początku chciałem tam promować własną twórczość. Szybko zorientowałem się, że blog niezbyt nadaje się do tego zadania, a ja nie jestem w stanie wypromować czegokolwiek. Zacząłem zatem umieszczać wpisy opatrzone tytułem „Tydzień z głowy”, gdzie opisywałem to, co akurat leżało mi na wątrobie. Zdawałem relację z zabawnych wydarzeń, których doświadczyłem, pisałem o tym, co mnie cieszy bądź uwiera, nie zastanawiając się, co ludzie o tym powiedzą. Ludziom się spodobało. Zyskałem czytelników. I to czytelnicy namawiali mnie do wydania tych zapisków drukiem. Prócz szlachetnego pragnienia wyjścia naprzeciw tej potrzebnie miałem i inną motywację. Kierowała mną potężna siła napędzająca każdego prawdziwego twórcę. Jest nią miłość do pieniędzy.

Okazało się, że przez dekadę napisałem na blogu dwa miliony znaków. Niniejszy wybór zawiera jakąś jedną piątą, podrasowaną i przetasowaną. To przetasowanie może wprowadzać chaos podczas lektury, choćby ze względu na zmieniające się lokacje. Raz jestem w Warszawie, raz w Kopenhadze, raz znowu na Śląsku albo i w Afryce. Żyłem w tych wszystkich miejscach. Niespokojny ze mnie duch.

Dlaczego zmieniłem tytuł na „Rzeczy utracone”? Stary nie nadawał się z kilku powodów. Lata temu ukradłem go z gazety uchodzącej powszechnie za obelżywą. Wówczas nie śniło mi się żadne książkowe wydanie tych zapisków. Nie przypuszczałem nawet, że tyle się tego uzbiera. „Tydzień z głowy” akcentował cykliczność tych tekstów, która w wypadku książki po prostu znika.

Musiałem znaleźć nowy tytuł, co rodziło rozmaite trudności. Tytułów się nie wymyśla, tytuły się znajduje. Mogę wymyślić całą książkę, z bohaterami, strukturą, otoczeniem i językiem. Nie mam z tym żadnego problemu. Ale tytuł musi przyjść sam. Albo i nie. To kapryśne stworzenie.

Podczas pracy nad tymi tekstami uderzyło mnie, że rzeczy w nich opisane należą do przeszłości. Zniknęły z mojego życia, choć były jego istotną treścią. Weźmy moje koty, którym poświęcam tutaj mnóstwo miejsca. Kotka Kreska dokonała żywota na moich kolanach, do końca głaskana. Kot Prezes zachorował na cukrzycę, wymaga codziennych zastrzyków i teraz znajduje się pod czułą opieką mojej mamy. Jednego przyjaciela pogrzebałem. Drugiego musiałem oddać.

Tak jest niemal ze wszystkim. Rozpadały się małżeństwa moich przyjaciół i same przyjaźnie. Ludzie ważni, nawet najważniejsi nieodwołalnie wpadali za mój prywatny horyzont, aby nigdy nie powrócić. Nie ma już mojej Kopenhagi ani Saskiej Kępy, przestałem też władać Starym Mokotowem (tytuł Króla tej dzielnicy, zgodnie z tradycją, przysługuje mi do śmierci). Nie pisuję już literatury fantastycznej. Nie palę papierosów i na domiar złego rozluźniłem swoje relacje z butelczyną.

„Rzeczy utracone” brzmią smutno, choć ta książka smutna zaledwie bywa. Zdarza się jej też bywać wesołą. Próbuje bowiem naśladować życie. I wiecie co? Cieszę się, że to wszystko zniknęło. Wcześniej tak nie uważałem. Tęskniłem za tym, co utraciłem, a potem okazywało się, że natychmiast coś zyskiwałem w zamian. Tak właśnie się to kręci. Każda strata jest po coś. Zawsze można, na przykład, poświęcić jej książkę.

Tydzień z głowy (441)

Posted on 6 marca 2017

O siłowni

Heracles strangles the serpents

Nieustannie się spieszę. Uważam, że pośpiech jest bardzo zdrowy, i dziwię się wszystkim, którzy celebrują chwilę. Kultura śródziemnomorska jest mi wstrętna.

Wstaję, jak najszybciej robię sobie kawę, dławię się śniadaniem i ruszam do czynu. Klepię, przygotowuję scenariusze odcinków, odpowiadam na maile i uczestniczę w spotkaniach biznesowych, dbając, by trwały dokładnie tyle, ile wymaga omówienie wszystkich ważnych kwestii, ale nie więcej.

Pośpiech udziela się prywatności, czyniąc ją dobrą i satysfakcjonującą. Nie znam bowiem bezczynności. Gdy film się kończy, zaraz sięgam po książkę. Każda sekunda życia musi być czymś wypełniona. Będąc wśród bliskich, odmierzam czas. Wiem, kiedy muszę wracać, i nie znoszę żadnej spontaniczności. W ten sposób, jak sądzę, unikam konfrontacji z myślą, z samym sobą i tym, co się we mnie dzieje.

Do czego się spieszę? Kiedyś sądziłem, że chcę zrealizować swoje rozliczne zadania. Teraz już wiem, że śpieszę się dla samej radości pośpiechu. Pędzę przez życie, roztrącając ludzi, którzy przystanęli na chodniku, aby porozmawiać.

Jedynym miejscem wolnym od pośpiechu jest siłownia, znów nie wiem dlaczego. Stała się dla mnie świątynią powolności. Przychodzę, powoli przebieram się w odrażające ubrania (zauważyłem, że większość bywalców czyni z treningu rewię mody, ja przychodzę tam w swoich najgorszych ciuchach), wypijam te cholerne aminokwasy i wlokę się na salę. Tam precyzyjnie i powoli wykonuję ćwiczenia: przysiady, martwe ciągi, wyciskanie na prostej i tak dalej. Potem siadam, czekam spokojnie, aż wróci mi oddech, i człapię w kierunku sztangi.

Po treningu długo stoję pod prysznicem. Czasem zachodzę do sauny, czego ponoć nie wolno robić po dużym wysiłku. Uważam jednak, że mi wolno wszystko. Siedzę w gorącym, wilgotnym powietrzu, gapiąc się na piach skapujący z wąskiego gardła klepsydry. Znów prysznic, tylko zimny. Na koniec następuje dziesięć minut odpoczynku. Siedzę na leżaku owinięty ręcznikiem. To jedyna okoliczność, kiedy nie robię nic.

Jestem umordowany treningiem, po saunie plączą się nogi. Wychodzę z siłowni i natychmiast zaczynam się śpieszyć.

Tydzień z głowy (440)

Posted on 27 lutego 2017

O nawróceniu

paul-the-apostle

Wielu ludzi mówi mi, że kiedyś się nawrócę, że uwierzę w Boga i będę ganiał do kościoła, takiego albo innego. Ci ludzie najczęściej nie znają mnie dobrze, ale paru przyjaciół rzeczywiście uważa, że jestem ukrytym chrześcijaninem. Mijają lata, a z nawrócenia nici. Cieszę się z tego powodu, zamierzam zgasnąć w niewierze.

Przyczyny, dla których unikam nawrócenia, są dwie, zewnętrzna i wewnętrzna. Nie nawracam się zarówno ze względu na świat, jak i na siebie.

Byłbym okropnym chrześcijaninem, jednym z tych najgorszych. Do wszystkiego w moim życiu podchodzę z dużą starannością i konsekwencją, nigdy też nie bawię się w półśrodki. Jestem, na przykład, całkowitym i totalnym bezbożnikiem. Nawróciwszy się, stałbym się najgorszym typem chrześcijanina faryzejskiego, podążałbym ścieżkami wytyczonymi przez terlikowszczyzne, liczył diabły na główce od szpilki, niepomny na belkę we własnym oku. Znam siebie i wiem, że tak by było – napominałbym innych, stałbym się utrapieniem, zwłaszcza dla najbliższych. Wolę mieć przyjaciół, niż być zbawiony.

Istnieje i drugi powód. Otóż wydaje mi się, że nie istnieje coś takiego jak Dobra Nowina. Religia, przynajmniej w monoteistycznym ujęciu, to nie radość, lecz ciężar. Wiedzą o tym Hindusi i każdy mądry rabin. Przyjmując Boga do swojego serca, wikłam się nie tylko w skomplikowany system nakazów i zakazów, ale i metafizyczną wątpliwość związaną z życiem pozagrobowym. Barany czy owce, góra czy też dół? Dlatego też jestem przeciwny wszelkiej misyjności. Nie powinno się ludziom wciskać takich rzeczy.

Nie mam żadnych oporów, by krzywdzić siebie i innych. Ale nie w ten sposób.

Tydzień z głowy (439)

Posted on 20 lutego 2017

O bucu!

IMG_0825

Bartoszowi Czartoryskiemu

Brak prawa jazdy czyni życie lepszym. Nie martwię się miejscem parkingowym ani przeglądem. Nie wymieniam opon na zimowe. Nikt nie ukradnie mi samochodu, bo go nie mam, bo nie umiem jeździć. Podczas podróży czytam, oglądam filmy i pracuję, zamiast tkwić jak ten smutny ciul za kółkiem. Nade wszystko, w moim życiu zagościł buc.

Najczęściej jest to polski buc, czerwony i piętrowy. Znam również inne buce, takie jak lajkbuc, buc express czy unibuc. Do tego dochodzi duża liczba buców mniejszych, odpowiedzialnych za komunikację zbiorową między miastem wojewódzkim a peryferią, którą wszyscy – poza wąsatym kierowcą buca – mają głęboko w dupie.

Po latach szczycę się, że o bucach wiem już wszystko. Na przykład w polskich bucach należy siadać na górze, z tyłu, od lewej strony (stojąc tyłem do przodu buca). Z przyczyn konstrukcyjnych pozostawiono tam nieco więcej miejsca na nogi, da się otworzyć komputer, a i do kibla jest niedaleko. Korzystania z tego ostatniego przybytku nie zdołałem jednak opanować. KIbel w polskim bucu jest jednymi znanym pomieszczeniem, które jest dla mnie za małe nie tylko w pionie, ale i w poziomie.

Nikt nigdy nie chce przy mnie usiąść. Jeśli w bucu jest przynajmniej jedno wolne miejsce, będę jechał bez towarzystwa. Ten pożądany stan rzeczy osiągam dzięki specjalnym zabiegom. Siadam zawsze od strony korytarza, zrzucając torbę na fotel przy oknie. Następnie zwieszam głowę tak, aby wały nadoczodołowe prezentowały się w całej okazałości. Warga ciąży ku podłodze, dłonie wpijają się w kolana, oddech staje się ciężki. Gdy tylko ludzie rozsiadają się na miejscach, natychmiast prostuję się, zakładam okulary i sięgam po książkę.

Ponieważ nie zamierzam robić prawa jazdy, a kolej dociera w niewiele miejsc, pozostaję skazany na buca. Los ten przyjmuję z radością, jak Hiob wrzody, a święty Aleksy pomyje. Kocham buca wzorem sługi miłującego pana i jego nahajkę. Gdybym kiedyś zarobił nieprzyzwoitą ilość pieniędzy, niezwłocznie kupiłbym sobie buca, jak i usługi zastępu kierowców w białoczerwonych kombinezonach. Buc stałby pod moim domem, na włączonym silniku, zawsze gotów, by wyruszyć na jakieś spotkanie autorskie. Do tego jednak nie dojdzie. Dopuszczam możliwość, że umrę w bucu, być może z innymi pasażerami buca, być może samotnie – na zawał. W konsekwencji, życzę sobie trumnę w kształcie buca i stosowny nagrobek z bocianem.

Powagi moim słowom niech doda fakt, że piszę je w bucu, no bo gdzie indziej?

Tydzień z głowy (438)

Posted on 13 lutego 2017

O kryminałach

marlowe

Napisałem w życiu kilkadziesiąt tekstów poświęconych literaturze kryminalnej. Robiłem podsumowania roczne, analizy przekrojowe pod kątem autora, kraju i tematu. Zdarzyło mi się nawet robić wykłady o polskiej literaturze kryminalnej. Kiedy jakaś redakcja potrzebowała tekstu o kryminale, dzwoniła do Orbitowskiego. Uchodziłem, jak się zdaje, za eksperta.

Dziś nie pisuję już publicystyki (wyjąwszy parę miejsc, które są dla mnie ważne z rozmaitych powodów) i wreszcie mogę powiedzieć prawdę.

Kryminały gówno mnie obchodzą. Nigdy ich nie lubiłem. Znam się na nich jak ukwiał na wynajdywaniu prochu.

Oczywiście przeczytałem kilka książek kryminalnych, bo generalnie przeczytałem dużo najróżniejszych, najczęściej niedobrych książek. W kryminałach interesowała mnie warstwa obyczajowa i bohaterowie drugoplanowi. Nie zastanawiałem się nawet nad tym, kto zabił. Odnoszę też wrażenie, że większość dobrych autorów tego gatunku pisuje normalne powieści obyczajowe, opakowane jako kryminał. Dokleili wątek zbrodni i śledztwa, żeby sprzedać książkę. Sam bym tak postąpił, postawiony w podobnej sytuacji.

A z kryminałami było tak, że wiele lat temu ktoś zwrócił się do mnie, bym coś napisał na ten temat. Za pieniądze. Dość cienko przędłem. Mieszkałem w żywopłocie, a na śniadanie odgrzewałem sobie wydzieliny z wczoraj. Rzucałem się na każdą robotę, więc wziąłem i te kryminały. Gdyby zgłosiło się do mnie Towarzystwo Wędkarskie z prośbą o napisanie poematu o kergulenie, zamiast Marka Krajewskiego pośpiesznie wertowałbym atlasy ichtiologiczne.

Oczywiście starałem się wykonać swoją robotę tak dobrze, jak się dało, czytałem pośpiesznie, sięgałem do recenzji i tekstów krytycznych, artykuł się ukazał i myślałem, że mam spokój. Spłynęło zamówienie na kolejny, a także propozycja wykładu dla bibliotekarek w Bochni. Im więcej pisałem, tym więcej przychodziło zamówień. Przez moment byłem nawet redaktorem naczelnym miesięcznika o kryminałach. Nienawiść do kryminałów rosła. Z żywopłotu przeniosłem się do chińskiego pokoju.

Przeprosiłbym wszystkich, którzy jakimś cudem uwierzyli w moje opinie na temat literatury kryminalnej i kierowali się nimi. Chyba nawet próbuję coś takiego zrobić. Problem w tym, że nie jestem jedyny. Jak sądzę, 95% pisarzy, dziennikarzy, publicystów w Polsce działa w ten sam sposób. Chwytają każdy obcy sobie temat i klepią na akord, bo brakuje szmalu, bo żywopłot im garsonierą, bo na śniadanie wydzieliny z wczorajszego dnia.

Tydzień z głowy (437)

Posted on 6 lutego 2017

O książkach w domowej bibliotece

biblio

Jestem pisarzem, więc książki są dla mnie ważne. Oczywiście, nie tak ważne, jak ludzie by chcieli. Zacząłem pisać, bo chciałem robić filmy, tylko nie mogłem. Dziś robienie filmów ani mi w głowie. Lubię sobie poczytać, ale w gruncie rzeczy wolę coś obejrzeć albo pocisnąć na konsoli.

Nie inspiruję się literaturą, przynajmniej nie wprost (drogi, którymi wędruje inspiracja, są dla mnie bardzo tajemnicze). Na przykład „Inna dusza” była pomyślana jako ekwiwalent serialu HBO, tylko w okładkach.

Zdumiewają mnie zdjęcia bibliotek domowych, gdzie książki ustawiono seriami, podług serii wydawniczych czy czegoś podobnego. Naprawdę warto mieć wszystkie książki z danej serii? Wszystkie są warte posiadania? Książkowi esteci budzą jeszcze większe zdziwienie. Mam na przykład kumpla, który kupuje książki w dwóch egzemplarzach. Jeden do czytania, drugi na półkę.

W mojej bibliotece panuje burdel, a książki mają zmięte grzbiety, pozaginane rogi stron, niekiedy nawet się rozpadają. Im bardziej lubiana, tym bardziej zniszczona. Teraz na przykład czytam „Złotą gałąź” Frazera, co wieczór, przy piwku, zakreślając ołówkiem co ciekawsze fragmenty. Gdy skończę, wynotuję je i dzięki temu, być może, zapamiętam.

Użycie ołówka jest powidokiem źle rozumianego szacunku dla książki. Ołówek można zmazać. Przywróciłbym w ten sposób książkę do stanu pierwotnego. Nigdy tego nie zrobię. Mógłbym używać długopisu. O długopis łatwiej niż o ołówek.

Ulubiona książka musi być zmięta i zniszczona, tak jak zmięci i zniszczeni są ludzie, których kocham. Przecież szarpię się z nimi, kłócę, godzę, tarmoszę. Ciekawi mnie wszystko, co nadkruszone.

Przeprowadzam się średnio co dwa lata. Wcześniej zapraszam znajomych na książkobranie. Biorą z wyznaczonych półek, co tylko chcą. Potem dzwonię do biblioteki bądź po bukinistę (raczej po tego drugiego, biblioteki nie przyjeżdżają księgozbiory), żeby zabrał sobie z dziesięć pudeł książek. Niech zapłaci cokolwiek i weźmie to dziadostwo w jasną cholerę.

Taka postawa wynika z odpowiedzi na zadane już pytanie: czy wszystkie książki, które mam, są potrzebne? Otóż nie. Jest i głębsza przyczyna, mianowicie mój stosunek do przedmiotu. Wolę nie mieć niż mieć. Pozbywając się rzeczy, zanurzam się w ułudzie wolności.

Książki książkami, ale płyty! Wszystkie są potrzebne. Nie oddam żadnej z nich.

Tydzień z głowy (436)

O wesołości i smutku

into-the-void-brazil-3759050855

Zdjęcie: Mike Richard

Ludzie którzy czytają moje książki dziwią się, że jestem takim pogodnym i zadowolonym z życia człowiekiem. Niekiedy dają do zrozumienia, że nie umieją tego pogodzić. Tu taki, a tam taki, doktor Jekkyl i pan Hyde.

Sprzeczność oczywiście nie istnieje. Dzieło nie jest tożsame z autorem, ale w jakiś dziwny, pokrętny sposób z niego wynika. Być może nawet dzieło wynika z barw świata, a autor to tylko pryzmat załamujący te kolory na kartce papieru. Tego akurat nie wiem, wiem za to, że moje książki mogą być bardzo smutne, a ja bardzo wesoły. Więcej nawet, być może moje książki są mądre.  Tak czasem o nich piszą. Ja jestem bardzo głupim człowiekiem.

Na codzień jestem wesoły z dwóch powodów. Pierwszy jest dość oczywisty. Mam dobre życie wolne od dramatów, którym nie sprostałby silny, dorosły człowiek, którym się stałem. Moje nieszczęścia są tylko nieszczęściami. Wynikają z samej struktury życia. Doświadczam wielkiego dobra w wymiarze zawodowym, jak i prywatnym. Gdybym chodził z nosem na kwintę byłbym niewdzięcznikiem, względem innych, jak i siebie. Jeśli doczekam starości nie chcę powiedzieć sobie „martwiłem się przez najlepsze lata mojego życia”.

Jest i drugi powód. Mianowicie, życie to kurwa niewyobrażalna pierdolona tragedia. Każdy z nas siedzi w wagoniku, który nieodwołalnie zmierza w ciemność. Ten kierunek jednoczy nas wszystkich, dzieli jedynie prędkość ruchu i długość trasy do przebycia. Życie nie ma celu i sensu, poza tym, który sobie sami nadamy. Jesteśmy jednak krusi i nie wiemy o sobie niemal nic.

Do tych, nazwijmy to metafizycznych, spostrzeżeń, dorzucę kilka bardziej przyziemnych, drażniących w swym banale. Dzieci są głodne. Starzejące się kobiety – przeźroczyste. Najlepiej wiedzie się niewdzięcznikom. Tramwaj spod mojego domu odjeżdża co dwadzieścia minut, mam jedną nóżkę krzywą i daleko do supermarketu.

Istnieje nieskończona ilość powodów dla których życie jest kurwa niewyobrażalną pierdoloną tragedią. Napisałem sześć powieści tylko o tym i po tych sześciu powieściach wiem, że nic z tym nie można zrobić. Jesteśmy w wagoniku i w nim pozostaniemy. Ja w nim pozostanę.

Niezależnie od tego, czy będę się uśmiechał, czy też nie.

Tydzień z głowy (435)

O dobroczynności

Hobbes-Leviathan

Ku swojemu zdumieniu zainicjowałem akcję dobroczynną. Ta niecodzienna sytuacja wymaga paru słów wyjaśnienia.

Obiecywałem sobie, że nigdy tego nie zrobię. Nie ufam dobroczyńcom, wydają mi się podejrzani. Chcę, żeby ludzie mi ufali, i nie mam ochoty kojarzyć się z czymkolwiek podejrzanym. Mężczyzna winien się troszczyć wyłącznie o swoich. Jest z tym wystarczająco dużo roboty.

Jestem wyjałowiony z wszelkich instynktów społecznych. Czytałem kiedyś o czymś takim jak dobro wspólne, lecz nie potrafię go dostrzec, podobnie jak daltonista zdaje sobie sprawę z istnienia barwy czerwonej, nie mając pojęcia, jak ona wygląda. Uważam, że wszyscy ludzie kotłują się w brzuchu hobbsowskiego lewiatana. Przyjaźń to naprawdę sojusz. Miłość jest formą wojny.

Mało tego, jestem self-made manem, dokładnie takim, po jakim skaczą teraz na stronach Nowego Obywatela czy innych lewicowych portali. Wszystko, co mam, wydarłem życiu, raz zdobytego nie oddam, prędzej gardła poprzegryzam. Z ogromnym zdziwieniem i jeszcze większym politowaniem przyglądam się młodemu pokoleniu, którego przedstawiciele wydają się sądzić, że cokolwiek im się należy. Otóż nie, misiaczki.

Nie potrafię jednak przejść obok osobniczego nieszczęścia, wobec tragedii, która ma imię, twarz, swoją historię, która spogląda w moim kierunku i mówi. Staję się wówczas bezbronny jak dziecko porzucone w lesie, do tego ogarnięty, na zmianę, tkliwością i furią na wielką krzywdę zapisaną w świecie. Postawiony wobec skrzywdzonego, jestem gotów się rozdać i roztrwonić. Jeśli będę żył wystarczająco długo, skończę jako starzec rozbijający zimą piwniczne okna, obłąkany przyjaciel kotów. Boję się tej perspektywy.

Nietzscheańską obserwację o śmierci Boga znają wszyscy. W „Tako rzecze Zaratustra” znajduje się przyczyna tej śmierci. Boga zabiła litość nad ludźmi. A jeśli litość dała sobie radę z Bogiem, los Orbitowskiego jest przesądzony.

Tydzień z głowy (434)

O nawykach

badger_profile_fnl

Grafika: Clint Young

Mniej więcej raz w tygodniu robię duże zakupy w supermarkecie. To moja najczarniejsza godzina. Pcham przed sobą wózek, a za mną postępuje ciemność. Czuję się bardzo nieswojo, dopóki nie kupię butelki alkoholu. W ten sposób zadośćuczyniam samemu sobie za zakup niepotrzebnego przecież, dobrego jedzenia. Chodzi jednak o coś więcej. Gdy pakuję flaszkę do torby, znajduję w sobie spokój. Wiem, że moja dusza jest bezpieczna.

Rano zawsze budzę się wkurwiony. Otwieram oczy i mówię: „O kurwa”. Później następuje sekwencja zdarzeń koniecznych, lecz trudnych do zniesienia. Wkurwiam się na ekspres do kawy, bo nagrzewa się zbyt długo. Wkurwiam się na wodę z prysznica, bo jest mokra. Wkurwiam się na dres, bo muszę go założyć. Wkurwiam się na rzeczy znalezione w internecie, bo ludzie są głupi i małostkowi. Wkurwiam się na jedzenie, bo muszę je zjeść. Potem siadam do pracy i natychmiast przestaję być wkurwiony.

Wieczorami, od dziesiątej do północy, gram na konsoli. Nie dzieje się tak zawsze, ale jestem wkurwiony, jeśli sobie nie pogram. Zawsze wiem, w co będę grał, i muszę mieć przynajmniej jedną grę na zapas. Potem przez godzinę czytam książkę. Niekiedy otwieram sobie do tego piwo i czytam tak długo, aż piwo się nie skończy. Jeśli książka jest dobra, piję je wolno, jeśli nudna – biorę na trzy łyki. Potem idę spać. Gdy muszę iść na eleganckie przyjęcie, na wystawną kolację z ważnymi i mądrymi ludźmi, gdy staję wobec konieczności inteligentnej, wieczornej rozmowy z zabawnymi facetami i pięknymi kobietami, jestem wkurwiony, bo nie mogę poczytać książki i pograć na konsoli.

Cztery razy w tygodniu chodzę na siłownię, gdzie wykonuję te same ćwiczenia co dwadzieścia lat temu. W związku z tym, że cały czas mnie gdzieś rzuca, utrzymanie tych czterech tygodniowych treningów stanowi pewien kłopot. Ćwiczę o ósmej rano albo ósmej wieczorem, wożę ze sobą strój przez pół Polski, rezygnując z obiadu, a nawet browara. Dziś targnąłem sto czterdzieści kilo w martwym ciągu i idę na sto pięćdziesiąt. Każdą wolną chwilę poświęcam na maniakalną walkę ze spontanicznością.

Tydzień z głowy (433)

Posted on 9 stycznia 2017

O horrorach

nosferatu

Przez lata uchodziłem za polskiego Stephena Kinga. Konkretnie, byłem jednym z czterech polskich Stephenów Kingów, określanych tak przez wydawców i media. Konkretnie, chodzi o Stefana Dardę, Zygmunta Miłoszewskiego i Jakuba Żulczyka. Ten ostatni jest ciekawym przypadkiem o tyle, że nigdy nie napisał żadnego horroru.

Chciałem nawet zorganizować konferencję prasową tych wszystkich polskich Kingów. Pokazalibyśmy Amerykanom, jacy są biedni i głupi. Mamy przecież czterech Kingów, a oni tylko jednego. Byłoby to coś na miarę filmów Marka Piestraka albo bazyliki w Licheniu. A potem, obracając w głowie ten żart, zrozumiałem, że nikt by na tę konferencję nie przyszedł.

Polski horror jest jak polska piłka nożna, polskie kino widowiskowe, polski transport publiczny, polskie elektrownie atomowe i wiele innych rzeczy – to znaczy nie udał się i nigdy się nie uda. Grabiński przymierał głodem. Gdyby Stephen King urodził się w Polsce, miałby bloga, pracowałby na kasie w Lidlu, a w najlepszym razie pisał linie dialogowe do „Prawa Agaty” czy czegoś podobnego.

Właściwie nie wiem, z czego to wynika, ale tak po prostu jest. Być może horror przyjmuje się w krajach względnego dobrobytu i stanowi rodzaj bezpiecznej zabawy w przerażanie (nigdy nie chodziło mi o coś takiego, chciałem, żeby czytelnik bał się moich książek i brzydził się nimi tak, jak powinien sobą i jak ja się sobą brzydzę). W Polsce, gdzie fatamorganę marzeń wyznacza średnia krajowa (niecałe tysiąc euro), gdzie wydostanie się z prowincji przypomina pielgrzymkę do Medjugorie, a samotna matka zamiast pomocy dostaje centralny wpierdol, nie potrzeba żadnych horrorów.

Od siebie dodam: pisałem horrory i szarpałem się z życiem. Przestałem – natychmiast był bestseller.

Moja miłość do gatunku pozostaje niezmieniona. Co prawda nie czytam już takich książek, ale niedawno zrobiłem sobie filmowy maraton, korzystając z wysypu rocznych podsumowań. Ale losy polskiego horroru, a więc i moje własne, pokazują pewną ogólną prawdę. Mianowicie, przeszczepianie zachodnich szablonów kulturowych w Polsce po prostu nie działa, a jeśli już, wymaga długiego okresu adaptacyjnego. Spytajcie raperów, jeśli nie chce się wam wierzyć.

A teraz wyobraźmy sobie twórcę horrorów, który zaczyna rozumieć, że pisanie horrorów w Polsce nie ma sensu. Przecież to horror.

Newer Posts
Older Posts