porusza i prowokuje...

Tydzień z głowy (406)

Posted on 26 czerwca 2016

O pisaniu

californication_7

Kiedyś pisałem, bo nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Odczuwałem silną potrzebę określenia siebie, chciałem, żeby ludzie wiedzieli: „Łukasz jest tym czy tamtym”. Pisanie wydawało się czymś łatwiejszym niż zostanie piątkowym uczniem, dobrym ślusarzem, dobrym człowiekiem. Dzieci, ludzie młodzi, studiujący nie są najczęściej ani dobrzy, ani źli.

Kiedyś pisałem, bo chciałem być sławny. Wychowałem się na literaturze anglosaskiej i wydawało mi się, że pisarz jest kimś w rodzaju bardziej szanowanej gwiazdy rocka, że ludzie rozpoznają go na ulicach, a laski zdejmują majtki przez głowę. Tak oczywiście nie jest i bardzo dobrze. Bawi mnie jedynie zmiana, która się we mnie dokonała. Kiedyś byłem gotów nosić przy sobie skoroszyt z wydrukowanymi opowiadaniami. Dziś czuję się zakłopotany, gdy ktoś pyta o mój zawód.

Kiedyś pisałem ze względów terapeutycznych. Chciałem w sobie przepracować to i tamto, no i wyrazić siebie. Do diabła, naprawdę nie wiem, co mi wówczas chodziło po głowie. Dlaczego uznałem, że ktokolwiek, a zwłaszcza czytelnik, ma ochotę poznać, co mi się zdarzyło, co mi leży na wątrobie? Dziś znam tę oczywistą prawdę, że szukanie specjalnych okoliczności do „wyrażenia siebie” jest idiotyzmem. Wyrażam siebie, gdy rozmawiam z ludźmi, idę do spożywczaka albo jadę tramwajem.

Kiedyś pisałem, bo sądziłem, że doświadczyłem w życiu czegoś wyjątkowego, że moje życie jest w jakiś sposób różne, bardziej niezwykłe od innych. Kto wie, może to i prawda, a może jednak nie. Co właściwie niezwykłego mi się zdarzyło? Rozwiodłem się? Byłem w Afryce? Mieszkałem w butelce? No dobra, coś tam mi się podziało, problem w tym, że niezwykłych żywotów jest więcej niż karaluchów w slumsach. Skąd wiem, co ma za sobą pani z warzywniaka? A skoro tylu ludzi ma niezwykłe życia, dlaczego mam pisać o własnym?

Kiedyś pisałem intuicyjnie i z głębi siebie. Teraz wiem, że pomyliłem intuicję z orientacją w terenie, a z głębi siebie mogę co najwyżej napisać opowiadanie.

Teraz wiem, że praca nad książką to mozolne dopasowywanie do siebie najróżniejszych elementów, to myślenie o czytelniku i chowanie siebie, niejako – poświęcanie siebie dla książki. To przepisywanie, poprawianie, rozmawianie z ludźmi i siedzenie w internecie nad bardzo nudnymi materiałami. To mordęga, kalkulacja, korzystanie z wiedzy. Wszystko jednak w rytm bicia serca.

tydzień z głowy (405)

Posted on 20 czerwca 2016

O nerwowej niezdarności

Monty-Python-and-the-Holy-Grailblackknight2

Byłem bardzo niezgrabnym dzieckiem. Zawsze miałem krzepę, ale z motoryką bywało gorzej.  Piłka nie chciała mi się trzymać nogi, skakałem jak hipopotam, a kiedyś wyrżnąłem głową w latarnię. Stało się to w biały dzień, kiedy z całą klasą szliśmy na lodowisko. To, co działo się, gdy na nogach miałem łyżwy, wolę zmilczeć. Istnieją jakieś granice autoironii i dystansu do siebie.

Z tego powodu obrywałem w łeb częściej niż inne dzieci. Postanowiłem coś z tym zrobić. Któregoś dnia, gdy wlokłem się do domu z podbitym okiem, a worek na buty bębnił mi o łydki, zrozumiałem, że świat ma zawsze rację i obrywam, ponieważ na to zasługuję. Obrywam, bo jestem chujowy i już. Zacząłem oddawać, nie bacząc na konsekwencje. Pływałem. Grałem w siatkę, choć nienawidzę sportów zespołowych. Potem pojawiły się ciężarki, rękawice bokserskie, takie rzeczy. Oczywiście nie stałem się sprawny jak Lennox Lewis, ale moje ciało zmieniło się w zbroję. Rycerze są jakby mniej skoczni, ludzie to rozumieją.

Nim osiągnąłem dorosłość – co stało się późno, koło trzydziestego piątego roku życia –  reagowałem bardzo impulsywnie na rzeczy, które mi się nie podobały. Kopałem tramwaj, który miał czelność ruszyć, nie zabierając mnie ze sobą. Rozwalałem klawiatury i myszki, ku radości właściciela pobliskiego sklepu komputerowego. Wrzask był moim esperanto. Rzucałem się na ludzi w knajpach bez większego powodu. Innymi słowy, nie byłem miłym człowiekiem. Na szczęście byłem człowiekiem dumnym i wiedziałem, jak bardzo się ośmieszam.

Takich rzeczy nie załatwicie w noc. W dupie mam terapeutów. Powoli szukałem sposobu na wyciszenie siebie. Tak, liczyłem do dziesięciu. Szukałem towarzystwa ludzi, którzy nie będą mi pobłażać. Próbowałem rozpoznać prawdziwe źródło wybuchów gniewu i osuszałem je na raty, tak jakbym próbował ugasić pożar Troi strumieniem moczu. Rzecz trudna, lecz wykonalna. W jakiś sposób, myślałem, odniosłem zwycięstwo. Dobijając czterdziestki, jestem spokojny. Nie wpadłem pod tramwaj. Blender nie urwał mi głowy.

Dwa tygodnie temu rozwaliłem sobie stopę o taflę szkła czekającą w przedpokoju na wyrzucenie. W sumie nic się nie stało, ale chałupa wyglądała jak domek letni Drakuli. A trzy dni temu dostałem załamania nerwowego postawiony przed koniecznością wyboru nowego komputera. Po prostu uciekłem z Saturna. Więc muszę dalej pracować nad sobą. Ten wysiłek oceniam na jakieś trzydzieści lat. Wtedy będę naprawiony. Akurat, jak przyjdzie czas umierać.

tydzień z głowy (404)

Posted on 13 czerwca 2016

O „Dezerterach”.

Spaceballs-Barf-and-Lone-Star

Kiedy w styczniu tego roku otrzymałem ofertę prowadzenia programu w telewizji, uznałem, że to żart. W gruncie rzeczy pomysł na program, jak i sam szyld, wymyśliłem na odpierdol. Nie chciałem odmawiać, a miałem pewność, że sprawa przyschnie. Tymczasem półtora miesiąca później siedziałem w studiu naprzeciwko Tomka Budzyńskiego. Powiem wam, że prowadzenie autorskiego programu to fajna przygoda.

Bałem się dwóch rzeczy, siebie i innych. Wiem, jak wyglądam, jak mówię, i mam świadomość, że Krzysztof Ibisz trenuje ciężej niż ja. Ponadto nie miałem pojęcia, z jakimi ludźmi przyjdzie mi współpracować. Jako, bądź co bądź, amator przysłany przez nową dyrekcję obawiałem się ostracyzmu ze strony współpracowników. Tymczasem spotkała mnie profesjonalna serdeczność. To dobra okazja, by podziękować tym ludziom. A zatem: dziękuję.

Dobór gości i sama formuła jest prosta, a wzorcem – knajpiany stolik. Po prostu rozmawiam tak, jak rozmawiałbym przy piwku, zaś wśród moich gości znajdują się tylko tacy, z którymi chętnie spotkałbym się prywatnie i pogawędził. W gruncie rzeczy na tym właśnie polega ta zabawa. Na rozmawianiu.

Co najlepsze, nie muszę tego robić. Mam już swój zawód. Mianowicie, jestem pisarzem. Nie zamierzam robić żadnej kariery telewizyjnej. Nie chcę prowadzić żadnej audycji śniadaniowej ani teleturniejów i chyba nawet większy program byłby mi wstrętny. Są inni, którzy wręcz palą się do tego rodzaju wyzwań i uwielbiają szminę. W porządku, koledzy, wasza rzecz. Wolę zachować luksus bycia sobą.

Odcinek z Antoniną Krzysztoń był ostatnim w ramach wiosennej ramówki. Lato oznacza przerwę w emisji. Być może puszczą powtórki, a może nie. W każdym razie, wracamy we wrześniu z nowymi odcinkami. Z tego, co wiem, wolno mi mieć na to nadzieję. W gruncie rzeczy diabeł jeden wie, jak długo potrwa moja przygoda z „Dezerterami”. Istnieją szanse, że jeszcze trochę, bynajmniej nie ze względu na mój talent medialny czy fantastyczny dobór gości.

Po prostu dekoracja jest tak wielka i ciężka, że nie ma jak jej wynieść.

Tydzień z głowy (403)

Posted on 5 czerwca 2016

O nieśmiertelności

ride-the-rhino

Nie należę do tych, którzy chcieliby żyć wiecznie. Nie mam ochoty na Niebo, zjednoczenie z Bogiem albo wieczne wakacje w Pleromie. Zresztą perspektywy na takie atrakcje są kruche. Podobnie jak z reinkarnacją.

Być może moje książki będą żyły dłużej niż ja (wiele tu zależy od mojej własnej, biologicznej żywotności. Im jest ona krótsza, tym większe daje szanse na dłuższy żywot pozagrobowy dzieł moich). Zrobiłem swoje, ale nie oszukujmy się, kiedyś będę znany wąskiej grupie polonistów, specjalizujących się w literaturze pierwszych dziesięcioleci naszego wesołego wieku.

Rozmnożyłem się, więc moje geny będą żyły jeszcze trochę, pod warunkiem, że mój syn również narobi sobie dzieci. Innymi słowy, przetrwanie tego genu pozostaje złożone w częściach rozrywkowych mych następców. Będzie się on rozwadniał w każdym pokoleniu, aż do kompletnego zaniku. Zresztą gen to nie ja, podobnie jak cegła nie jest domem.

Z tymi dziećmi jest jednak coś na rzeczy. Odkryłem, że spędzając czas z Julkiem, powtarzam zachowania własnego ojca z czasów, kiedy bawił się ze mną. W podobny sposób opowiadam i żartuję, podsuwam zbliżone rozrywki, nawet mówię tak samo. To można łatwo wytłumaczyć. Nie mam innych wzorców ojcostwa niż te, które dał mi mój własny ojciec, a ojcostwo otwiera wór wspomnień z mojego dzieciństwa.

Myślę sobie teraz, że jeśli Julek kiedyś będzie miał dzieci, to będąc ojcem, powtórzy trochę moich patentów, odpowiednio zmodyfikowanych. W ten sposób będę żył, to znaczy przeżyje jakaś mała część mnie, związana z zachowaniami ojcowskimi. Ale nie tylko, bo żyć będzie także mój ojciec, czyli dziadek Julka. On z kolei również miał ojca, ten ojciec ojca – i tak to się ciągnie w przeszłość.

W ten sposób trwałe życie uzyskał jakiś dziwny byt, trochę piękny, a trochę straszny, jak wszystkie byty – ojciec złożony z wielu różnych ojców, zachowań ojcowskich, taki rodzicielski potwór Frankensteina. Ten bardzo lubił dzieci, co warto tutaj dopowiedzieć. Sam nie wiem, co mógłbym zrobić z całym tym rozumowaniem, które przyszło mi dziś do głowy. Cóż z tego wynika? Nic. Ale jest to jakaś, kulawa, ale jednak – nieśmiertelność.

Tydzień z głowy (402)

Posted on 29 maja 2016

O artystach

Michelangelo_Caravaggio_071

Artysta właściwie nic nie musi. Może być kapryśny, złośliwy, niewierny, podły i fałszywy. W niektórych przypadkach te cechy służą artyzmowi, choć niekoniecznie samemu artyście.

Artysta musi jednak być wrażliwy. Ponadnormalna wrażliwość umożliwia uprawianie wartościowej sztuki, to chyba jasne. Wrażliwość stanowi klucz do zrozumienia ludzi i dostrzeżenia rzeczy, których inni nie dostrzegają. Dzięki niej udaje się operowanie nastrojem, na przykład wywoływanie radości lub smutku w odbiorcy (artysta jest przecież manipulantem, taka jego rola). Innymi słowy, na artystę nadaje się człowiek delikatny, o rzadkiej zdolności odbierania najdrobniejszych drgań świata.

Ładnie, pięknie, ale życie to kurwa, a świat sztuki (rynek wydawniczy, show-biznes, cały ten młynek związany z dostarczaniem wytworów kultury, jak zwał, tak zwał) to gnój, przy którym „Salo” Pasoliniego przypomina szkółkę niedzielną. Mowa o fałszywych przyjaciołach, ogólnej gnuśności, podsrywaniu oraz o tak zwanych wampirach marzeń – tych nie znoszę najbardziej. Do tego sam mechanizm „robienia kariery” wydaje się tak zawiły, że nie umiałbym nikomu nic doradzić. Wszystko, co mi wyszło, stało się przypadkiem.

Aby funkcjonować w tym świecie, artysta musi być twardy jak Rambo i Harry Callahan razem wzięci. Innej rady po prostu nie ma. Tylko mocny charakter pozwoli przetrzymać pozaartystyczny aspekt tego szczególnego zawodu. Gdy ktoś uwierzy w to, co o nim mówią lub piszą, jest po zawodach. Mam też na myśli zdolność do znoszenia własnych niepowodzeń. Na nie zawsze można liczyć. Doświadczyłem więcej porażek niż sukcesów i towarzyszy mi pewność, że to się nie zmieni. Praca w sztuce to nie toczenie kolejnych bitew, lecz kulki gnoju, która lubi wymknąć się z rąk.

Łatwo dostrzec tę sprzeczność. Wrażliwość nie zgadza się z siłą, a siła z wrażliwością. Dlatego mamy tak wielu artystów, którzy mimo ogromnego talentu nie zostali dostrzeżeni. Artystów miernych znajdzie się jeszcze więcej. Nie są wrażliwi, lecz silni. Lub, co gorsza – tylko cwani.

Tydzień z głowy (401)

Posted on 22 maja 2016

O dobroci

Rembrandt_-_Landscape_with_the_Good_Samaritan_-_WGA19228

Warszawa, późny wieczór. Wsiadam do wagonu metra na Młocinach. To stacja początkowa, wagon zapełnia się powoli. Siadam i gapię się w telefon, rozmyślając o miłych ludziach, którzy przyjęli mnie w Płocku, i o tamtejszej katedrze, boleśnie zapełnionej przez dzieci. Nieopodal staje para osiedlowa. On ubity knypek, ona tipsiara. Pociąg rusza.

Stację dalej między tym dwojgiem wywiązuje się awantura, w której tipsiara wydaje się stroną skrzywdzoną. Knypek potrząsa nią, szarpie, próbuje wyrwać torebkę i krzyczy coś o pieniądzach. Ona wrzeszczy: „Zostaw mnie! Zostaw mnie, skurwysynu!”.

Awantura zyskuje na sile, ubity knypek robi się coraz bardziej agresywny, pasażerowie nie reagują. Przyglądam się temu facetowi i tak oto myślę: „Miałem cholernie dobry dzień. Nominowali mnie do Nike i Gdyni, bardzo ważnych nagród literackich, i jeszcze zdarzyły się przemiłe bibliotekarki w Płocku. Ale nie zrobiłem ani jednego dobrego uczynku. Czas to zmienić. Pierdolnę chłopu w kły”.

Wstaję. W tym samym czasie facet się uspokaja, puszcza torebkę i idzie w inną część wagonu. Tipsiara potulnie rusza za nim i oto siedzą sobie zgodnie, w milczeniu, na czerwonych krzesełkach. Siadam z powrotem, zachodząc w głowę, co tu właściwie zaszło. Czemu dziewczyna najpierw próbowała się wyrwać, a teraz pokornie towarzyszy swemu prześladowcy? Jej rzecz, nic mi do tego, myślę i znów gapię się w telefon.

Dwa dni później oprowadzam czytelników po Krakowie śladami twórczości własnej, co jest czynnością żenującą, niemniej opłaconą. Staram się, jak mogę, a po skończonym spacerze siadamy w podgórskiej kawiarni, gdzie, popijając piwko, dzielę się tym, co widziałem w metrze. Okazuje się, że jedna z czytelniczek zna wyjaśnienie frapującej mnie zagadki.

Tych dwoje to złodzieje i nieustannie odstawiają podobne przedstawienie. Chodzi o to, żeby ktoś podszedł z interwencją. Siłą rzeczy, zwróci uwagę na knypka, a wówczas tipsiara, pozostająca poza wszelkim podejrzeniem, zwinie portfel bądź telefon. Tym razem im się nie udało. Najprawdopodobniej nie dostrzegli, że wstaję, albo dostrzegli i uznali, skądinąd słusznie, że zrezygnuję ze słów i od razu przejdę do czynów.

Coraz trudniej być dobrym człowiekiem.

Tydzień z głowy (400)

Posted on 16 maja 2016

Czekając na Franciszka

water

Przygotowaniom do Światowych Dni Młodzieży przyglądam się bez emocji czy złości, choć bydlę ze mnie bezbożne do szpiku. Religijność rozumiem słabo, jej wymiar ludowy, pątniczy, rozśpiewany pozostaje dla mnie kompletną zagadką. Będę wówczas w mieście i popatrzę na ów tłum rwący się ku transcendencji. Uczynię to, minimalizując niedogodności własne.

Odpowiednio wcześniej zamówię skrzynkę piwa i parę butelek whisky, omijając zapowiadaną prohibicję. Pracuję w domu, więc paraliż komunikacyjny miasta, do którego zawita trzykrotnie więcej gości niż mieszkańców, uznam raczej za atrakcję obserwowaną przez okno, a nie realne utrudnienie.

Nie obchodzą mnie gigantyczne pieniądze władowane w tę imprezę z budżetu państwa, miasta czy też gminy, gdyż, gdyby nie ŚDM, ów szmal przetrwoniono by na coś równie niedorzecznego. Kościół zażądał forsy od wolontariuszy, więc robić nie ma tam komu, lecz przecież tak gargantuicznego burdelu nie ogarnęłaby nawet gwardia watykańska sprzymierzona z Legionem Walońskim.

Zamach jest łatwy to przeprowadzenia, lecz akurat wtedy mało prawdopodobny. Polska jest krajem, gdzie bombę można zdetonować zawsze i wszędzie, więc czemu akurat wówczas? Islamiści w Europie nie zwykli atakować na chrześcijańskich imprezach. Jeśli dojdzie do nieszczęścia, zobaczycie mnie wśród gruzów, jak ratuję innych przed wizytą w Niebie. Póki co frapuje mnie coś innego. Mianowicie, gówno.

Przeciętny człowiek wydala z siebie około 200 gram gówna dziennie (uśredniam mocno). Nie jestem dobry w matematyce i mogłem się rypnąć, ale wychodzi na to, że 2 500 000 pielgrzymów przez pięć dni pozostawi w Królewskim Stołecznym Mieście Krakowie 2 500 ton gówna. To całkiem sporo gówna, a pamiętajmy o tym, że miejscowi również dysponują układem wydalania i mogą z niego korzystać.

Tego rodzaju kłopot wymaga chyba boskiej interwencji, bo człowiek niewiele tu zdziała. Owszem, można rozstawić dziesiątki tysięcy niebieskich kibelków, lecz te wymagają regularnego opróżniania. Jak to zrobić, gdy wszystkie ulice zostaną zatkane przez pątników i autokary? Właściciele planują ponoć pozamykać knajpy w obawie, że kible mogłyby nie wytrzymać szturmu młodych chrześcijan. Szalety zmienią się w twierdze i tylko w Wiśle nadzieja. Piękna polska rzeka niedawno zaczęła się oczyszczać, jak przypuszczam – przedwcześnie.

Pamiętajcie – gówno to nie jedyna substancja, jaką wydala z siebie człowiek. A ziemia w lipcu ma ograniczoną możliwość wchłaniania. Lato w Polsce powodzią stoi. Teraz zaleje nas, po prostu, inny rodzaj cieczy.

Takiego sacrum i profanum świat jeszcze nie widział.

Tydzień z głowy (399)

Posted on 8 maja 2016

Sen o dobrym Aleksandrze

śniłem w Krakowie, w kwietniu 2016 roku

Mosaic of Alexander the Great

Jestem na spotkaniu autorskim, jednym z wielu, na jakie ostatnio jeżdżę, a jednak szczególnym. Odbywa się ono w maleńkiej miejscowości położonej na uboczu. To dosłownie parę parterowych, drewnianych domków okolonych przez płoty, za którymi szumi las. Nieoficjalna część dokonuje się na świeżym powietrzu, przy ciężkim stole. Wódę pijemy na wiadra. Wiadomo, w małych miejscowościach ludzie są najbardziej gościnni.

Na spotkania autorskie jeżdżę sam, ale tym razem towarzyszą mi moi ukochani przyjaciele. To konkretne twarze i imiona, które jednak zmilczę (udział w moim śnie mogą wziąć za obrazę). Siedzimy, gadamy, żremy karkówkę z grilla, no i walimy tę wódę. Nagle orientuję się, że jest już późno. Nie mamy gdzie spać. Trzeba wyruszyć ku miastom.

Wieś, w której się znajdujemy, służy za miejsce spotkań możnych tego kraju. Jest taką Magdalenką trzeciej i czwartej Rzeczpospolitej. Dlatego leży w głębokim lesie, pozbawiona stacyjki kolejowej czy nawet przystanku PKS. Nie wiem, jak tu przyjechałem. Co gorsza, nie mam pojęcia, jak wrócić. Przejęty, krążę między domami, a słońce krwawo zapada się w sosny.

Ratunek ma zacną twarz Aleksandra Kwaśniewskiego. Poczciwy Olo wygląda kubek w kubek jak w Charkowie. Nie wie, kim jestem ani co tu robię, lecz traktuje mnie z wielkopańską serdecznością. Mówi, że nie ma problemu, zawiezie mnie, gdzie tylko chcę. Dziękuję ślicznie, lecz nie jestem sam. Towarzyszą mi pijani przyjaciele. Nalaną, czerwoną gębę Ola rozjaśnia szczery uśmiech. „Co za problem – mówi – wezmę i twoich kumpli! Zbierzcie się spokojnie, czekam na was przy maybachu”.

Uradowany, przynoszę chłopakom dobre wieści. Załatwiłem transport, koledzy, rozchodniaczka i ruchy, bo Olo czeka. Tymczasem ujawnia się inny rodzaj kwasa. Jeden kumpel zasnął, inny ani myśli oderwać się od butelki, trzeci właśnie leci z miejscową dziewuchą na siano, a czwarty obwieszcza, że prędzej pójdzie na butach niż wsiądzie z tym jebanym komuchem do jednego samochodu. Tłumaczę, że to jedyna szansa. Próżno wyglądać innego transportu. I co? I nic. Chłopcy są nieprzejednani.

Wracam do Ola, który rzeczywiście czeka oparty o swojego maybacha, i mówię: „Przepraszam panie Prezydencie, jednak nie jedziemy”. Jeśli Olo nawet widzi, jak mi głupio, to nie daje tego po sobie poznać. Macha ręką, znów po wielkopańsku. Nic się nie stało, nasza sprawa, chcemy zostać, to sobie zostańmy. Po chwili patrzę na malejące światła maybacha. Zapadła noc. Dobiegają mnie odgłosy gasnącej popijawy i babskie piski ze stodoły, pod gwiazdami ścigają się nietoperze, a droga, którą odjechał maybach, wije się jak znak zapytania.

Tydzień z głowy (398)

Posted on 2 maja 2016

W światło

light

Z ciemności nie da się wyjść, gdy człowiek pragnie tego wyjścia. Przynajmniej mnie to się nie udało. Mrok jest zresztą w jakiś sposób przyjemny. To dom o czarnych ścianach, ale jednak dom. Muzyka wszechświata najmilej gra niewidomym.

To kwestia przyzwyczajenia i nauki reguł świata, w którym oczy tylko przeszkadzają. Znałem zwyczaje generowane przez smutek i bawiłem się poczuciem beznadziei, nawet jeśli życie nie bywało smutne i beznadziejne.

Raz poszedłem do psychiatry, na czyjąś wyraźną prośbę, ale też przejęty narastającymi problemami ze snem. Odmówiłem prochów (ręka doktorka od głowy nieodmiennie ciąży ku receptom) i dowiedziałem się, że mam subdepresję. Taką depresję, tylko malutką. Kurwa mać, to ja już nawet normalnej deprechy nie mogę dostać, tylko taką niedorozwiniętą, niedorobioną? Potem pomyślałem jednak, że są ludzie, którzy zmagają się z dramatami większymi niż ja, syty pisarz przed czterdziestką.

Znalazłem w sobie jakąś gotowość na zmianę. Nie była ona specjalnie uświadomiona, niemniej czułem jej obecność, czułem, że jeśli zdarzy się coś dobrego, znajdę w sobie odpowiedź. Przyjmowanie rzeczy dobrych to trudna sprawa, przynajmniej w moim przypadku.

Niewiele pomogła ta cała gotowość. Nieoczekiwanie, błądząc po ciemnych korytarzach, wygramoliłem się na światło (ewentualnie ciemność znudziła się takim patafianem jak ja i wypluła mnie ze swych trzewi). Stanąłem w blasku, nie wiedząc, co i jak. Naprawdę, światło na początku dawało ciepło i nowy rodzaj ślepoty.

Potem przez długie miesiące odzyskiwałem wzrok. Uczyłem się reagowania smutkiem na rzeczy smutne i radością na te sprawy, które winny nieść radość. Poznawałem alfabet świata, po raz pierwszy w swoim życiu. Nie jestem szczęśliwym człowiekiem, bo w tym wieku nikt chyba nie jest, ale znalazłem, mówiąc Arystotelesem, stałą predyspozycję do szczęścia. Gdy zdarza się po temu sposobność, umiem być szczęśliwy. No i jestem, macie państwo, ecce rhinoseros. Ciekawi mnie strasznie, ile to potrwa.

Nie wierzę w zen wyjebki, całą tę autarkię można sobie w dupę wsadzić. Wyszedłem z ciemności także dlatego, że w moim życiu dzieje się wiele dobrych rzeczy. Gdyby działy się złe, w żadnym razie bym się nie wygramolił. Bieda, choroba, bliskość śmierci wpychają z powrotem w ciemność i nie ma na to żadnej rady.

Tylko jedno mąci, drażni: jak teraz pisać, jak teraz pisać?

tydzień z głowy (397)

Wrzaskun

Detail image of the painting SATURN by the Spanish artist GOYA.

Detail image of the painting SATURN by the Spanish artist GOYA.

Weekendowe przedpołudnie, Kraków. Siedzę z moim przyjacielem w restauracji na śniadaniu. Ponieważ dzień jest ciepły, usadowiliśmy się na zewnątrz. Jem białą kiełbasę z musztardą i piję kawę. Prócz mnie i mojego przyjaciela przy stoliku siedzą inni ludzie, też jedzą, też piją kawę, omawiają interesy. Dzień nastał gwarny, tłoczno w ogródkach piwiarnianych. Kierowca trąbi na samochód dostawczy, który zatarasował mu drogę.

Mija nas człowiek w dżinsach, bluzie i czapce. Nie mogę dostrzec jego twarzy, ale sądząc z postury, jest w miarę młody, ubity taki. Przystaje, prostuje się, rozkrzyżowując ramiona z dłońmi na wysokości bioder, jakby próbował coś ku sobie przygarnąć, i wydaje ryk z głębi wnętrzności. Dźwięk jest krótki, brudny i głośny. Jak mela po ramce fajek i Wyborowej. Nie ulega wątpliwości, że jego źródło znajduje się gdzieś w samym sercu jestestwa tego osobnika. Robi kilkanaście kroków, znów staje, znów wrzeszczy. Wydaje się, że w tym, co robi, jest niesłychanie precyzyjny, między wrzaskiem a wrzaskiem przebywa taką samą odległość.

Później przypomnę sobie, że widziałem go już wcześniej, pięć, może dziesięć lat temu na trawniku koło McDonalds na Opolskiej. Robił dokładnie to, co teraz, czyli przystawał i wrzeszczał. Ale jeszcze tego nie wiem, bo siedzę na Kazimierzu, żuję kiełbasę, a mój przyjaciel zauważa, że teraz ktoś powinien wystawić głowę przez okno i też wrzasnąć.

Przyjaciel żartuje, ale ja wiem, że powinno się wydarzyć właśnie coś takiego. Niech otworzy się to okno i wrzask odpowie na wrzask, niech niesie się dalej. Niech wrzeszczy starzec z Kazimierza i jego chora żona, trener w fitness klubie na Podgórzu i jego wyżyłowana wychowanka, chłopak zatrudniony w fabryce papierosów na Hucie, który właśnie opuszcza zmianę, syty alfons z Woli Justowskiej i pijana młoda para na zameczku w Przegorzałach. Niech wrzeszczą w Myślenicach, Zabrzegu, w Warszawie, na Podkarpaciu i w pięknym Trójmieście, a ów wrzask niech ślizga się po Bałtyk i przeskakuje Tatry. W Czechach i Niemczech ludzie podnoszą głowy, bo chcą wrzeszczeć.

Chcę i ja. Ale nie wrzeszczę, bo jem białą kiełbasę, omawiam interesy i nie wypada. Niemniej, powinienem wstać i krzyknąć. Wówczas ten człowiek wiedziałby, że nie jest sam na świecie.

Older Posts