porusza i prowokuje...

Tydzień głowy (532)

Posted on 10 grudnia 2018

Tajemnica kawy

IMG-0613

Odkąd pamiętam mój poranek zaczyna się w ten sam sposób. Otwieram swe śliczne oczęta, mówię „kurwa” i człapię kuchni zrobić sobie kawę. Jeśli jestem poza domem, w hotelu, przygotowuję sobie kawę sypaną (jeśli jest czajnik i saszetka), ewentualnie schodzę do restauracji, żeby kawę sobie kupić. Dopiero jak ją wypiję mogę czytać internet, jeść, pracować. Bez kawy jestem człowiekiem nie funkcjonującym.

Po śniadaniu wypijam drugą kawę, koło dziesiątej trzecią, wedle południa wychylam czwartą i byłoby tego. Cztery kawy, dzień w dzień, od siódmej rano do południa.

Nie mam pojęcia jak to się zaczęło. To znaczy nie umiem stwierdzić kiedy, w jakich okolicznościach zacząłem pić kawę i w jaki sposób ukonstytuował się kawowy porządek, który opisuję. Pierwszej kawy również nie pamiętam. Dziwna sprawa, bo nie mam problemów z pamięcią odnośnie innych ważnych rzeczy i momentu, w którym pojawiły się w moim życiu. Mogę dokładnie opisać okoliczności, w jakich wypiłem pierwsze piwo. To samo z winem i wódką. Pamiętam pierwszy pocałunek, pierwszy seks, pierwszego papierosa, pierwszą noc poza domem, pierwsze wakacje, pierwsze samodzielne mieszkanie czy pierwszy pobyt w Warszawie. Odnośnie kawy mam czarną dziurę. Jak kawa.

Przecież kawy nie piłem jeszcze w liceum, a na studiach już tak. Konkretnego momentu nie potrafię jednak wskazać. Kiedy nastąpił? Co sprawiło, że pomyślałem „a teraz wypiję sobie kawę”.

Może ojciec mnie tego nauczył? Tatko również zaczynał dzień od kawy. Wstawał bardzo wcześnie, dużo wcześniej niż ja. Niekiedy nawet o piątej. Szedł do kuchni i szykował sobie kawę w imbryczku. Nie mam jednak żadnych wspomnień związanych z ojcem, porankiem, kawą i mną. Kawę pijaliśmy, jak go odsiedziałem, ciągle z imbryczka, zawsze z tych samych filiżanek. Oznacza to jednak, że z kawą byłem już za pan brat.

Przyjmijmy, że piję kawę od dwudziestego roku życia. Mam teraz czterdzieści jeden, co oznacza, że piję cztery kawy dziennie od dwudziestu jeden lat. Daje to, jak łatwo obliczyć, ponad trzydzieści tysięcy kaw. Przecież tyle razy się nawet nie całowałem. Nie wypiłem tylu piw i kieliszków wódki. Przypuszczalnie nie zjadłem tylu posiłków. A nie pamiętam. Gdybym się uparł, mógłbym przemnożyć też objętość filiżanki. Wówczas poznałbym rozmiary wypitego morza kawy.

Tajemnica kawy pozostanie jednak nie rozwiązana. Już zawsze będzie zagadką. Jak to się zaczęło? Przyjmijmy, że nie zaczęło się nigdy i jestem człowiekiem, który zawsze pijał cztery kawy dziennie.

 

 

tydzień z głowy (531)

Posted on 3 grudnia 2018

Powrót do domu

 vangoghmuseum-d0365V1962-3840

Czym jest dom? To przecież nie pomieszczenie, które ma dach i cztery ściany. Mieszkałem w wielu takich, a żadne z tych miejsc nie było domem.

Rok temu z dziewczyną wprowadziliśmy się do mieszkania w Krakowie. Urządzaliśmy je od zera, bo jako wieczny wędrowiec miałem dwa talerze, nóż i wygięty widelec. To kawał roboty. Każde z nas zrobiło co tylko mogło i mam pewność, że daliśmy z siebie wszystko. Zajęliśmy się nawzajem naszymi dziećmi i jakoś pchamy ten wózek, okrągły rok.

Koniec listopada upłynął mi w rozjazdach. Kręciłem się po Polsce jak gówno w przerębli. Było mi zimno, potwornie zimno w jakiś wyjątkowo przykry, nienaturalny sposób. Temperatury nie były przecież syberyjskie, miałem czapeczkę i sweter, oraz kurtkę zimową do której zakupu zmusiła mnie moja dziewczyna.

A jednak marzłem, dosłownie trząsłem się z zimna. Marzło mi całe ciało: uda, plecy, przysięgam, marzła mi nawet głowa. Marzłem w pociągu, w restauracji, w hotelu, w mieszkaniu, w kawiarniach i studiu telewizyjnym. W tym ostatnim rzeczywiście piździ jak w Irkucku. Nocą otulałem się kołdrą i dalej byłem zmarznięty.

Próbowałem z tym walczyć jak tylko mogłem. Przekonałem się na przykład do herbaty. Ten napój ostatnim razem przyjmowałem, jak chodziłem do przedszkola. Wlałem w siebie z pięć herbat. Jadłem wyłącznie ciepłe posiłki. Nic nie pomogło. Nie wiedziałem nawet co właściwie mi się dzieje. Nie miałem kataru ani gorączki.

Wróciłem do domu. Czekała kolacja. Nażarty poszedłem do łóżka i przytuliłem się do mojej dziewczyny. Z reguły tak nie robię. To znaczy, często się tulimy, ale chodzimy spać o różnych porach. Tym razem było inaczej. Leżałem z zamkniętymi oczami, długo, długo, bo było zbyt wcześnie abym poszedł spać. Przestałem się trząść. Zrobiło mi się ciepło.

Durny chłop wreszcie się ogrzał. I chyba na tym właśnie polega dom.

Tydzień z głowy (530)

Kac w Łodzi, poniedziałek rano

IMG-0522 

Byłem sobie jurorem na festiwalu filmowym, a teraz leżę w łóżku i mam kaca, co stanowi ważną erratę do minionej chwały.

Przez trzy dni oglądałem filmy i to przeważnie dobre. Kondycja polskiego kina wzrosła i to poważnie przez ostatnią dekadę. Takiego przekonania nabrałem już w Gdyni, parę lat temu i dalej tak sądzę. Dawne górki są dzisiaj dołami, z czego mógłbym się cieszyć, ale czuję się źle.

Spacerowałem trochę po tym smutnym mieście, gdzie można by kręcić wojnę bez wnoszenia dekoracji i myślałem sobie o przedziwnym życiu, jakie stało się moim udziałem. Nigdy nie przypuszczałem, że mogę być tak szczęśliwy i jednocześnie przerażony. Na łódzkie kamienice kładły się twarze ludzi, których znam i za którymi tęsknię. Widziałem też siebie samego, jak, prawie trzydzieści lat temu ganiałem do wypożyczalni wideo, dzień w dzień, żeby tylko zobaczyć jakiś film. To wzruszające wspomnienie nie przegoni jednak mdłości, zawrotów głowy i odruchu wymiotnego.

Zjadłem tłuste śniadanie i wypiłem mocną kawę, więc istnieje dla mnie jakaś nadzieja. Nie o każdym można tak powiedzieć. Właśnie przyjaciel napisał, że zmarł Bernard Bertolucci. Kostucha po niego przyszła, tango się skończyło. Lubiłem jego filmy. Rozumiem coraz lepiej, że świat, który znałem, na którym wyrosłem przechodzi do przeszłości. Nie żyje już Lemmy. Nie żyje Christopher Lee. Vincent Price. Alan Rickman. Philip Seymour Hoffman. No ale przynajmniej się nie męczą tak jak ja teraz.

Dwie rzeczy, dwie rozmowy z ludźmi, z którymi pracowałem. Ktoś, w odniesieniu do mnie powiedział „Młody dobrze daje”. Za chwilę inna osoba wyliczyła, że mam starą duszę. Wskazuje na to data urodzenia. Być może obie opinie są prawdziwe. Jestem stary i młody jednocześnie, a nade wszystko zmaltretowany.

Zaraz spakuję brudne ciuchy, strzelę kawkę i pojadę pociągiem do domu. Kac jest niczym. Dom jest wszystkim. No i tyle mam do powiedzenia.

Tydzień z głowy (529)

Dobra chwila

 lechu

fot. Aneta Gołąbek

Byliśmy wczoraj na wernisażu mojego przyjaciela. Znamy się kawał czasu, od kiedy miałem, mniej więcej, piętnaście lat. Właściwie więc znam go odkąd jestem na świecie, bo przecież wcześniej, przed piętnastym rokiem życia nie byłem nawet dawną wersją siebie, tylko kimś kompletnie innym, dzieckiem, nieznanym mi człowiekiem.

Gdy znasz kogoś przez całe swoje życie, gdy budujesz relację wraz z własnym dorastaniem, poznajesz ludzki los w całym jego pięknie i grozie. Znam faceta dwadzieścia sześć lat i w jego losie oglądałem wszystkie radości, ale i smutki. Smutków było, rzecz jasna, więcej, bo przecież życie każdego z nas ma przewagę smutku nad szczęściem.

Nie zawsze jednak, bo wczoraj zdarzył się ten wernisaż w nowohuckim Domu Kultury. Mój przyjaciel bardzo przejmował się tym wydarzeniem. Przypomniał mi się mój własny stary. Tatko porównywał każdą wystawę do ściągnięcia spodni, a był przecież weteranem tego sportu, do tego nauczycielem na wyższej uczelni. Co miał czuć mój przyjaciel, przygotowując drugą wystawę w życiu?

Przyjechaliśmy do domu kultury i sala była niemal pusta. Bohater wieczoru, ze dwóch zwiedzających, obrazy, naszykowane wino (swoją drogą ostro dawało do głowy), no i dzieła sztuki. I nagle ta sala zapełniła się ludźmi. Poschodzili się obcy i swoi, pozbijali się w grupy, oglądali obrazy no i pili to wino, a między nimi krążył gospodarz, coraz bardziej podekscytowany i uszczęśliwiony. I jeszcze obrazy zeszły! Nie wiem ile. Widziałem tylko, jak przy niektórych wyrastają karteczki z cudownym słowem: SPRZEDANY. Już po wystawie, w rozmowach dowiadywałem się, że ktoś tam jeszcze coś zamówił, wziął obraz, dwa rysunki, czy coś.

Najbardziej pamiętam mojego szczęśliwego przyjaciela. Niekiedy nam, ludziom dojrzałym zdarza się chwila absolutnego uniesienia. Miałem tak przynajmniej dwukrotnie. To moment kiedy nikną troski i zapominamy o wszystkim co złe, a świat bierze w swoje czarne, kolczaste dłonie koronę i nasadza ją na nasz gorący łeb. Ludzie klaszczą i się śmieją. Krew szumi w uszach, serce radośnie się tłucze, powietrze w ustach staje się ciepłe, a w plecy wieje przyjemny wiatr. Znikają niebezpieczeństwa. Nie stanie nam się nic złego. Przynajmniej do jutra, kiedy życie zacznie wracać do normy.

Znam ten stan, umiem rozpoznać go u innych i wiem, jak rzadko się zdarza. Dlatego wczoraj byłem szczęśliwy – szczęściem mojego przyjaciela.

 

 

Tydzień z głowy (528)

Przygoda w pociągu

old-train-locomotive-black-heat-transfer-on-a-blue-background

Przypomniała mi się mała przygoda sprzed lat, którą teraz  spiszę. Jechałem z kolegami na jakiś konwent do Torunia. Jestem prawie pewien, że w przedziale był Przemek Romański, dzisiejszy prezes wydawnictwa SQN i Andrzej Pilipiuk.

Prócz nich jechał z nami Ukrainiec w towarzystwie dziewczyny. Polka czy Ukrainka? Tego już nie pamiętam. Wiem za to, że tych dwoje siedziało przy oknie i mieli mnóstwo bagażu, ze cztery napakowane torby upchnięte na górze.

Okazał się całkiem miłym, rozmownym człowiekiem. Siedzieliśmy i gadaliśmy sobie o bzdurach. W którymś momencie zeszło na opowiadanie kawałów. Ja opowiedziałem swój, ktoś jeszcze znał jakiś kawał i go upublicznił. Przyszła kolej na Ukraińca. Zaczął mówić ten swój kawał i był już blisko puenty gdy do pociągu weszli pogranicznicy. Obmacali bagaże i zawinęli chłopa. Wysiedli z nim na następnej stacji. Dziewczyna została sama. Dziwne – w jednej chwili facet siedział z nami i wesoło rozmawiał, w drugiej już go nie było.

Moje serce zawsze będzie z drobnymi przemytnikami, więc zrobiło mi się cholernie smutno. Pamiętam, że usiłowałem jakoś pocieszać tę jego dziewczynę. Pytałem, czy mamy gdzieś zadzwonić w imieniu tego Ukraińca. Dopiero potem uświadomiłem sobie, że przecież pogranicznicy trafili do naszego przedziału bez pudła. Ktoś sprzedał faceta. Może to była właśnie ona?

A najgorsze jest to, że nigdy nie poznałem puenty kawału, który opowiadał i nie poznamy jej już nigdy, mając do czynienia z kawałem, niedokończonym, więcej nawet: kawał został aresztowany i skazany na brak puenty.

 

tydzień z głowy (527)

Jak odbierałem nagrodę we Wrocławiu.

 IMG-0375

Przyznano mi Srebrną Odznakę Zasłużony dla Województwa Dolnośląskiego. To miłe i cenne wyróżnienie. W gruncie rzeczy nawet zasłużone. Nie oceniam swojej pracy zbyt wysoko, ale akcja moich dwóch powieści dzieje się na Dolnym Śląsku, a właśnie piszę trzecią.

Ponieważ ze względu na rozliczne obowiązki zawodowe nie mogłem być na wręczeniu, uzyskałem zgodę na odbiór indywidualny. Z dziewczyną jechaliśmy na Festiwal Opowiadania we Wrocławiu, okazało się, że można połączyć jedno z drugim, w konsekwencji czego prosto z dworca pojechaliśmy do Urzędu Wojewódzkiego. Moja dziewczyna wystroiła się na tę okoliczność, a mnie została wielka walizka do targania. Te dwa szczegóły, odpicowane dziewczę i wielka walizka, odgrywają ważną rolę w finale tej opowieści.

Zostaliśmy bardzo miło przyjęci. Przewodniczący Sejmiku Wojewódzkiego przypiął mi medal. Poczułem się szczerze wzruszony, może dlatego, że jeszcze nigdy nie dostałem żadnego odznaczenia. Ale przecież fajnie jest wiedzieć, że moja praca nie idzie na próżno i jest doceniania. Każdy artysta tego potrzebuje.

Potem posiedzieliśmy trochę, zjedliśmy ciastka, napiliśmy się kawy, pogadaliśmy trochę o Wrocławiu, a także o Oławie, któremu to miastu poświęcam powstającą właśnie książkę. Trzeba było się zbierać, więc powlekliśmy się korytarzem urzędu i dalej w dół, szerokimi schodami. Mówiąc precyzyjniej, moja dziewczyna szła krokiem prawdziwej damy, wolnej od wszelkiego ciężaru. Wlokłem się tylko ja, w dresowych spodniach, skórzanej kurtce, czapce z daszkiem i z tą wielką walizką.

W następnym tygodniu dotarły do mnie plotki, jakie krążyły po rzeczonym urzędzie. Mówiono, że odwiedziła go jakaś wielka aktorka, czy też piosenkarka, celem przyjęcia Srebrnego Odznaczenia. Wpadła, raczyła przyjąć medal i udała się do taksówki. Towarzyszył jej tragarz objuczony tobołami, jakiś ponury, mrukliwy typ. Wielki, a ledwo tę walizkę ciągnął.

 

 

Tydzień z głowy (526)

41

 wyrko

Skończyłem czterdzieści jeden lat. Jestem dość stary by wiedzieć czego chcę i potrzebuję, a zarazem wciąż młody – chce mi się, wierzę w sens pracy, walki, przyjaźni, miłości i całej reszty. Mam pewność, że najlepszy, najbardziej twórczy okres jest dopiero przede mną.

Stary przyjaciel zapytał: „czego można życzyć człowiekowi, który ma wszystko?”. Przemyślałem sprawę, rzeczywiście mam wszystko. Niczego mi nie brakuje.

Są dni, kiedy chodzę wkurwiony od rana do nocy, a skoro już przy nocach, nieraz zasypiam ciężko i budzę się koło czwartej nad ranem owładnięty paranoicznym lękiem o przyszłość. Wśród ludzi niekiedy czuję się samotny.  W takie wieczory jak ten, kiedy spotkało mnie dużo dobrego czuję się winny, jakbym otworzył prezent należący do kogoś innego.

Wkurwiam się i lękam bo mam wszystko. Miłość, rodzinę, pracę marzeń i najlepszych przyjaciół pod słońcem. To piękne rzeczy stanowiące o treści mojego wyjątkowego życia. Są delikatne, kruche. Należy się o nie troszczyć, dbać i pielęgnować. Zdaję sobie sprawę, że przygniatająca większość ludzi nie ma nawet połowy tego co ja.

Dlatego dalej będę budził się o piątej rano owładnięty przerażeniem, którego nikomu nie życzę, będę łaził wkurwiony od rana do nocy, zapierdalał przy pięciu projektach na raz a potem jeszcze nerwowo rzucał się po osiedlu między Żabką a torami kolejowymi.

Życie to troska. Miłość to troska.

A ja mam czterdzieści jeden lat, nazywam się Łukasz i żyję naprawdę.

 

 

Tydzień z głowy (525)

Przyjemna lekkość śmierci

vanity-philippe-de-champaigne

Znowu nie wiem o czym powinienem napisać. Nie czuję nawet powinności pisania. Rzeczy się dzieją, ja się sobie dzieję i po prostu jestem.

Piszę książkę, która, mam nadzieję, będzie dobrą książką, być może nawet najlepszą ze wszystkich, jakie dotąd napisałem. Tak sądzę w tej chwili, ale jutro, być może nawet o czwartej rano zmienię zdanie i uznam, że „Kult” jest czymś żałosnym, nieudanym, jakąś nietrafioną próbą znalezienia sobie nowego miejsca w literaturze polskiej.

Robię swój program i co ciekawe przy każdym odcinku odczuwam dokładnie te same emocje co prawie trzy lata temu: strach i ekscytację. Cieszę się perspektywą spotkania i rozmowy z nieznanym sobie (osobiście) człowiekiem, boję się, że tę rozmowę koncertowo spierdolę. Ciekawe, bo literatura nie dostarcza tego rodzaju ekscytacji. Albo inaczej – oferuje ekscytacje o odmiennym natężeniu, czyli momenty euforii kołyszące się na bezbrzeżnych wodach znużenia.

Robię grę komputerową. Tak w ogóle się jeszcze mówi? Gra komputerowa. Zawsze chciałem i nigdy nie przypuszczałem, że będzie mi dane. Dla odmiany, tutaj towarzyszy mi przede wszystkim lęk skontrastowany z perspektywą przygody na nieznanym lądzie. Nigdy czegoś podobnego nie robiłem. Nie umiem przecież, choć grałem przez większość swojego życia i wydaje mi się, że wiem o co chodzi w te klocki.

Prócz tego robię coś tam jeszcze, projekty, projekciki. Prowadzę życie rodzinne i towarzyskie. Piję whisky. Oglądam filmy, gram i czytam. Martwię się swoimi projekcikami. Dławi mnie strach o przyszłość najbliższych i w kompletnie nierozsądny sposób widzę siebie jako czynnik sprawczy, od którego tak wiele zależy.

A niedawno przeciąłem się z kumplem i pogadaliśmy sobie o naszych umarłych. „Patrz, ten już ziemię gryzie, wydawał się taki niezastąpiony, a tak naprawdę nic się nie zmieniło”, rzekł ten mój kumpel, „po staremu robimy swoje, mamy co robić, mamy radości i kłopoty, pomyśl o tym czasem, jak wielką wolność i ogromny spokój znajdujemy w myśli o śmierci. Ty też umrzesz i tak naprawdę nic się nie zmieni.”.

Tak, stary. Już wiem, że właśnie tak jest.

Tydzień z głowy (524)

Talia kart

 IMG-0194

Mój jedenastoletni  syn poprosił mnie, żebym kupił mu karty do gry. Pokerek z kolegami mu się marzy. Kupiłem z ochotą, bo uważam, że każdy chłopak powinien umieć grać w karty. Sam dużo grywałem, w tysiąca, w trzy pięć osiem, w remika, w pokera na drobne kwoty, no i w kibel, w dupę biskupa także.

Talię kupiłem na poczcie, kosztowała pięć złotych i nagle przypomniałem sobie, że grania w karty nauczył mnie mój własny ojciec. Zaczęliśmy oczywiście od gry w wojnę, potem przyszedł tysiąc, poker i parę innych gier, których już nie pamiętam. To znaczy pamiętam na czym polegały, tylko nie potrafię znaleźć właściwej nazwy. Chętnie dopowiem, że mój dobry, kochający ojciec pokazał mi również grę w kości, którą ukochałem ponad karty. Może pewnego dnia Julek też ją polubi?

Z tymi kartami były zresztą kefiry. Część rodziny dostrzegła w nich próbę zdemoralizowania słodkiego, kruchego dzieciątka, za jakie przyszło mi uchodzić. Obawiano się, ze zostanę zawodowym hazardzistą, albo przegram kredki z tornistra. Diabeł jeden wie. Ale tato pozostał nieugięty i rżnął ze mną w te karty ile wlezie. Pokazał kilka sposobów tasowania i wbijał asa znad głowy.

Podobno był całkiem niezłym graczem. W młodości żył z różnych dziwnych rzeczy (tak jak i ja żyłem), w tym z renowacji obrazów w wiejskich kościołach. Wieczorami zwykł siadać z proboszczem do kart i flaszki. Jeśli wierzyć jego opowieścią wygrywał przynajmniej drugą dniówkę. Stąd wiem też, że księżą zawsze są przy forsie, mają pełne piwniczki i nie idzie im w kartach.

Z tatą przestałem grywać kiedy poszedłem do liceum. Taki głupi czas. Za to zawsze gdy jechałem na wakacje albo zimowisko, zabierałem ze sobą talię kart. Tato jeszcze przez długie lata grywał w remika ze swoją żoną. Pamiętam go dobrze, jak siedzi w kuchni, ściska szeroki wachlarz kart w swoich wielkich łapach, kombinuje jak by tu z nich zejść i nie przegrać swojej partii, oczywiście przegrywa bo żona jest lepsza w te klocki, więc tato składa wachlarz i w tabelce, cyfrowo wyrażony zapisuje rozmiar swojej klęski.

Nie umiem uwierzyć, że nie ma go już rok.

 

Tydzień z głowy (523)

Weekend na Dolnym Śląsku

 oława

Przyjeżdżamy do Wrocławia na Festiwal Opowiadania. Wrocław natychmiast wyciąga ze mnie wszystko, co najgorsze. Okazuje się miastem bez uberów i taksówek, tymczasem mam publiczne czytanie fragmentów „Kultu”, boję się, że nie zdążę, raptem, w mojej idiotycznej głowie ta krótka prezentacja przed publicznością staje się ważna jak zmiany klimatyczne, jak pokój na świecie, a przynajmniej jak Konstytucja, miotam się przed hotelem, wrzeszczę na baby z dyspozytorni jakiejś korporacji taksówkarskiej i wyobrażam sobie masowe egzekucje kierowców Ubera. W końcu na spotkanie docieram tramwajem i to bez biletu. Czytam. Publiczność się śmieje. Moja dziewczyna mówi, że ostatni raz pojechała ze mną gdziekolwiek.

Wieczorem idziemy to filharmonii posłuchać symfonii Arvo Parta. Budynek jest nowoczesny, a akustyka po prostu olśniewająca. Słychać czwarte skrzypce w piątym rzędzie, każdy dźwięk, detal wydobyty z instrumentu. Niemal roztapiam się w dźwiękach, pozwalam myślom, by płynęły swobodnie. Przypomina mi się mój ojciec, który zmarł niemal dokładnie rok temu – biała skoda, którą jeździł, ulubiony nóż, sposób w jaki chodził, zawsze bardzo szybko, przechylony do przodu, jakby trwał w ciągłej gotowości do ucieczki. Jego piwo, pił zawsze bardzo szybko, nie mogłem za nim nadążyć z tym piciem, choć przecież niezły ze mnie zawodnik. No ale taty już nie ma i nigdy nie będzie. Jestem najstarszy. Jestem jedynym mężczyzną w rodzinie.

Następnego dnia wyruszamy do Oławy, na wódkę. Wcześniej zabieram dziewczynę do Nowego Otoku, na działki, gdzie pan Kazimierz Domański zobaczył Matkę Boską i do kościoła, który obok wybudował. W altance zastaliśmy nowych właścicieli.  Używają tego miejsca zgodnie z przeznaczeniem. Działka jest działką, a altanka altanką. Po dziesiątkach tysięcy pielgrzymów, którzy gromadzili się tutaj pozostały kibelki przy drodze i krzyż przed wejściem na tereny działek. Chwilę później spacerujemy wokół kościoła, który samowolnie postawił pan Domański. To ogromny kompleks z parkiem, domem pielgrzyma, budynkami gospodarczymi. Pełno tu figur świętych, skądinąd okropnych. Byłem tu kilka razy, ale dopiero teraz uderza mnie ogrom miłości, jaką włożono w to miejsce.

Wieczorami lądujemy na kinderbalu, potem idziemy do knajpy, z knajpy do domu, a ponieważ miły gospodarz jest rekonstrukcjonistą, przywdziewam replikę zbroi rycerskiej z XV wieku. Piję mnóstwo dziwnych alkoholi. Palę papierosy na balkonie. Półprzytomny wracam do wrocławskiego hotelu. Budzę się późno, przepełniony szczęściem.

Older Posts