porusza i prowokuje...

Tydzień z głowy (525)

Przyjemna lekkość śmierci

vanity-philippe-de-champaigne

Znowu nie wiem o czym powinienem napisać. Nie czuję nawet powinności pisania. Rzeczy się dzieją, ja się sobie dzieję i po prostu jestem.

Piszę książkę, która, mam nadzieję, będzie dobrą książką, być może nawet najlepszą ze wszystkich, jakie dotąd napisałem. Tak sądzę w tej chwili, ale jutro, być może nawet o czwartej rano zmienię zdanie i uznam, że „Kult” jest czymś żałosnym, nieudanym, jakąś nietrafioną próbą znalezienia sobie nowego miejsca w literaturze polskiej.

Robię swój program i co ciekawe przy każdym odcinku odczuwam dokładnie te same emocje co prawie trzy lata temu: strach i ekscytację. Cieszę się perspektywą spotkania i rozmowy z nieznanym sobie (osobiście) człowiekiem, boję się, że tę rozmowę koncertowo spierdolę. Ciekawe, bo literatura nie dostarcza tego rodzaju ekscytacji. Albo inaczej – oferuje ekscytacje o odmiennym natężeniu, czyli momenty euforii kołyszące się na bezbrzeżnych wodach znużenia.

Robię grę komputerową. Tak w ogóle się jeszcze mówi? Gra komputerowa. Zawsze chciałem i nigdy nie przypuszczałem, że będzie mi dane. Dla odmiany, tutaj towarzyszy mi przede wszystkim lęk skontrastowany z perspektywą przygody na nieznanym lądzie. Nigdy czegoś podobnego nie robiłem. Nie umiem przecież, choć grałem przez większość swojego życia i wydaje mi się, że wiem o co chodzi w te klocki.

Prócz tego robię coś tam jeszcze, projekty, projekciki. Prowadzę życie rodzinne i towarzyskie. Piję whisky. Oglądam filmy, gram i czytam. Martwię się swoimi projekcikami. Dławi mnie strach o przyszłość najbliższych i w kompletnie nierozsądny sposób widzę siebie jako czynnik sprawczy, od którego tak wiele zależy.

A niedawno przeciąłem się z kumplem i pogadaliśmy sobie o naszych umarłych. „Patrz, ten już ziemię gryzie, wydawał się taki niezastąpiony, a tak naprawdę nic się nie zmieniło”, rzekł ten mój kumpel, „po staremu robimy swoje, mamy co robić, mamy radości i kłopoty, pomyśl o tym czasem, jak wielką wolność i ogromny spokój znajdujemy w myśli o śmierci. Ty też umrzesz i tak naprawdę nic się nie zmieni.”.

Tak, stary. Już wiem, że właśnie tak jest.

Tydzień z głowy (524)

Talia kart

 IMG-0194

Mój jedenastoletni  syn poprosił mnie, żebym kupił mu karty do gry. Pokerek z kolegami mu się marzy. Kupiłem z ochotą, bo uważam, że każdy chłopak powinien umieć grać w karty. Sam dużo grywałem, w tysiąca, w trzy pięć osiem, w remika, w pokera na drobne kwoty, no i w kibel, w dupę biskupa także.

Talię kupiłem na poczcie, kosztowała pięć złotych i nagle przypomniałem sobie, że grania w karty nauczył mnie mój własny ojciec. Zaczęliśmy oczywiście od gry w wojnę, potem przyszedł tysiąc, poker i parę innych gier, których już nie pamiętam. To znaczy pamiętam na czym polegały, tylko nie potrafię znaleźć właściwej nazwy. Chętnie dopowiem, że mój dobry, kochający ojciec pokazał mi również grę w kości, którą ukochałem ponad karty. Może pewnego dnia Julek też ją polubi?

Z tymi kartami były zresztą kefiry. Część rodziny dostrzegła w nich próbę zdemoralizowania słodkiego, kruchego dzieciątka, za jakie przyszło mi uchodzić. Obawiano się, ze zostanę zawodowym hazardzistą, albo przegram kredki z tornistra. Diabeł jeden wie. Ale tato pozostał nieugięty i rżnął ze mną w te karty ile wlezie. Pokazał kilka sposobów tasowania i wbijał asa znad głowy.

Podobno był całkiem niezłym graczem. W młodości żył z różnych dziwnych rzeczy (tak jak i ja żyłem), w tym z renowacji obrazów w wiejskich kościołach. Wieczorami zwykł siadać z proboszczem do kart i flaszki. Jeśli wierzyć jego opowieścią wygrywał przynajmniej drugą dniówkę. Stąd wiem też, że księżą zawsze są przy forsie, mają pełne piwniczki i nie idzie im w kartach.

Z tatą przestałem grywać kiedy poszedłem do liceum. Taki głupi czas. Za to zawsze gdy jechałem na wakacje albo zimowisko, zabierałem ze sobą talię kart. Tato jeszcze przez długie lata grywał w remika ze swoją żoną. Pamiętam go dobrze, jak siedzi w kuchni, ściska szeroki wachlarz kart w swoich wielkich łapach, kombinuje jak by tu z nich zejść i nie przegrać swojej partii, oczywiście przegrywa bo żona jest lepsza w te klocki, więc tato składa wachlarz i w tabelce, cyfrowo wyrażony zapisuje rozmiar swojej klęski.

Nie umiem uwierzyć, że nie ma go już rok.

 

Tydzień z głowy (523)

Weekend na Dolnym Śląsku

 oława

Przyjeżdżamy do Wrocławia na Festiwal Opowiadania. Wrocław natychmiast wyciąga ze mnie wszystko, co najgorsze. Okazuje się miastem bez uberów i taksówek, tymczasem mam publiczne czytanie fragmentów „Kultu”, boję się, że nie zdążę, raptem, w mojej idiotycznej głowie ta krótka prezentacja przed publicznością staje się ważna jak zmiany klimatyczne, jak pokój na świecie, a przynajmniej jak Konstytucja, miotam się przed hotelem, wrzeszczę na baby z dyspozytorni jakiejś korporacji taksówkarskiej i wyobrażam sobie masowe egzekucje kierowców Ubera. W końcu na spotkanie docieram tramwajem i to bez biletu. Czytam. Publiczność się śmieje. Moja dziewczyna mówi, że ostatni raz pojechała ze mną gdziekolwiek.

Wieczorem idziemy to filharmonii posłuchać symfonii Arvo Parta. Budynek jest nowoczesny, a akustyka po prostu olśniewająca. Słychać czwarte skrzypce w piątym rzędzie, każdy dźwięk, detal wydobyty z instrumentu. Niemal roztapiam się w dźwiękach, pozwalam myślom, by płynęły swobodnie. Przypomina mi się mój ojciec, który zmarł niemal dokładnie rok temu – biała skoda, którą jeździł, ulubiony nóż, sposób w jaki chodził, zawsze bardzo szybko, przechylony do przodu, jakby trwał w ciągłej gotowości do ucieczki. Jego piwo, pił zawsze bardzo szybko, nie mogłem za nim nadążyć z tym piciem, choć przecież niezły ze mnie zawodnik. No ale taty już nie ma i nigdy nie będzie. Jestem najstarszy. Jestem jedynym mężczyzną w rodzinie.

Następnego dnia wyruszamy do Oławy, na wódkę. Wcześniej zabieram dziewczynę do Nowego Otoku, na działki, gdzie pan Kazimierz Domański zobaczył Matkę Boską i do kościoła, który obok wybudował. W altance zastaliśmy nowych właścicieli.  Używają tego miejsca zgodnie z przeznaczeniem. Działka jest działką, a altanka altanką. Po dziesiątkach tysięcy pielgrzymów, którzy gromadzili się tutaj pozostały kibelki przy drodze i krzyż przed wejściem na tereny działek. Chwilę później spacerujemy wokół kościoła, który samowolnie postawił pan Domański. To ogromny kompleks z parkiem, domem pielgrzyma, budynkami gospodarczymi. Pełno tu figur świętych, skądinąd okropnych. Byłem tu kilka razy, ale dopiero teraz uderza mnie ogrom miłości, jaką włożono w to miejsce.

Wieczorami lądujemy na kinderbalu, potem idziemy do knajpy, z knajpy do domu, a ponieważ miły gospodarz jest rekonstrukcjonistą, przywdziewam replikę zbroi rycerskiej z XV wieku. Piję mnóstwo dziwnych alkoholi. Palę papierosy na balkonie. Półprzytomny wracam do wrocławskiego hotelu. Budzę się późno, przepełniony szczęściem.

Tydzień z głowy (522)

Pocztówka z Prowansji

42852887_2233441946889863_3705765922644951040_n

To przepiękny kawałek ziemi, ugnieciony w starych skałach, z których sterczą niepotrzebne maszty. Są tu niskie domki w piaskowym kolorze, a wieczorami plac miasteczka grzęźnie w ciemnopomarańczowym świetle. Można odnieść wrażenie zatopienia w bezczasie, nie tak mocnego jak w Grecji. Ale nic tutaj nie ma wyraźnego stygmatu współczesności, wydaje się bylejakie i silne tą bylejakością, jakby nikogo tutaj żadne ważne sprawy nie obchodziły. Ciekawe – lubię europejską prowincję, lubię Grecję, Słowenię, południe Francji, a polskiej jakoś nie bardzo. Już nasza architektura, te ciężkie domy pomalowane na wszystkie możliwe kolory są wrogie i zapowiadają jakąś awanturę.

Najbardziej zapamiętałem motyle. Są wielkie jak wróble, naprawdę. Jak zobaczyłem pierwszego, myślałem, że to liść. Przy trzecim zacząłem się zastanawiać co to takiego lata. No i motyl. Wielki i lekki. Jest ich mnóstwo i mają różne kolory. Te jasne, białe albo żółte wyglądają jakby wyleciały wprost ze słońca. Ciemniejsze odrywają się od drzew po to by zaraz wtopić się długie, miedziane ciągi winnic. Za to, gdy wracaliśmy znad morza zjawiło się mnóstwo nietoperzy. Nad całą laguną latało mnóstwo tych skurczybyków. Ciekawe zwierzęta, trochę paradoksalne, jak nosorożce. Ssak, a lata. Cały czas się drze, a my go nie słyszymy.

Wieczorem kręciliśmy na moście wzniesionym jeszcze przez Rzymian. Liczy sobie jakieś dwa tysiące lat. Kiedyś przechodzili po nim legioniści Trajana, potem wojownicy Merowingów i Karola Wielkiego, żołnierze Napoleona i Hitlera, a teraz przejechałem sobie po nim ja. Poniżej z mostem zrasta się niewielka tama i kąpielisko miejskie. Mieszkańcy miasteczka przychodzą latem tutaj popływać. Woda jest czysta i głęboka, światło latareczki którą dostałem wbiło się mocno w jasnozieloną, zażółconą toń. Niby nic wielkiego, ale ponad dwa tysiące lat temu Galowie potrafili stawić czoła Juliuszowi Cezarowi. Przegrali, lecz bili się dzielnie i równo. Prawdziwy holocaust im urządził, mordował w dziesiątkach tysięcy. Czemu pamięć historyczna jest tak wybiórcza? Dlaczego nie pamiętamy o tym, że zbrodniarzami byli nie tylko Hitler i Stalin, lecz Cezar albo i Napoleon, którego przecież mamy w hymnie Polski. Dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy! Przepierdolił z Rosją, przepierdolił pod Waterloo i wykorkował na Świętej Helenie jak szczur w akwarium. Rzeczywiście, zwyciężamy jak Bonaparte. Ale gdzie byliśmy dwa tysiące lat temu, kiedy Galowie mocowali się z Cezarem? Mieli swoich generałów, kapłanów, religię, armię, kulturę? My nie mieliśmy nic. Nas jeszcze nie było, po prostu. Lasy i nic.

Jedna rzecz szczególnie mocno utkwiła mi w głowie. Jechaliśmy w stronę St. Tropez, górską drogą. Była bardzo stroma i kręta. Pięliśmy się po serpentynach, a pod nami otwierała się dolina zarośnięta przez niskie drzewa o skołtunionych koronach. Z naprzeciwka zjeżdżały drogie auta, często stare ale w świetnym stanie, ferrari, lamborghini, citroeny. Chłopaki mówiły te nazwy, bo ja się na tym nie znam. I nagle, tą drogą przemknął facet na wózku inwalidzkim. Zjeżdżał sobie. Siedział sztywno, był łysy, miał mocny, wyćwiczony korpus i bezwładne, pokurczone nóżki, no i jechał, jako normalny uczestnik ruchu. Zastanawiałem się nad nim, tylko bez powodzenia. Zjechał, bo widocznie miał powód, zakorzeniony w swoim kalectwie. Nie jesteśmy kalekami, więc go nie zrozumiemy.

 

 

tydzień z głowy (521)

Małe samobójstwo

1280px-Arnold_Böcklin_-_Die_Toteninsel_III_(Alte_Nationalgalerie,_Berlin) 

Kiedyś myślałem, że należy ocalić w sobie dziecko. Byłem gorącym orędownikiem tego niedorzecznego pomysłu i nawet dzieliłem się nim z innymi. Dziś wiem, że takie cechy jak śmiałość, odwaga, wola przygody, lekkość życia, a także nieustanna gotowość do doświadczania radości nie są cechami dziecka lecz mężczyzny.

Czym jest dziecko w dorosłym człowieku? To skrzywdzona istotka pełna żalu i pretensji. Jego złość i smutek spływa do dojrzałych serc. Mówię o chłopczyku, kwilącym za matką w pustym pokoju. O grubej, wyśmiewanej przez koleżanki dziewczynce, która tłucze się w ciele pięknej, świadomej siebie kobiety. Błądzi zrozpaczona jak ślepiec w rozległej celi. Nie ma dla niej ratunku.

Jak można pielęgnować takie stworzenie? Czemu karmimy je tym co w nas najlepsze? Naszą miłością, naszym lękiem, naszą nadzieją? Mówiąc wprost jak długo można rozpatrywać krzywdy z dzieciństwa? Te słabości, smutki, wątpliwości i osamotnienie, które powinny dawno zostać pogrzebane?

Zabicie dziecka w sobie – to już rozumiem – oznacza wyzwolenie. To założycielski mord na sobie samym, w imię siły i dorosłości, a także prawa do szczęścia. Zabijamy z litości dla niego i dla siebie. Ciało należy rozszarpać i rozgryźć. Czy żyją w nas świnie? Z pewnością. Taka wszystko strawi. Egzorcyzmujmy własne trzewia. Po całej tej zabawie wypada jeszcze dobrze przewietrzyć.

Nie ja tego potrzebuję. Inni potrzebują. Przecież mogę iść przez życie z własnym cierpieniem. Lubię nawet siebie cierpiącego. Tylko moje cierpienie, ten skowyt i lęk nie jest nikomu potrzebny. Plącze nogi samym kwileniem. Kładzie się na ziemi i wyje.

Dosyć, już dosyć.

 

Tydzień z głowy (520)

Wizyta w małej miejscowości

 sparatus

Pojechałem do małej miejscowości na spotkanie autorskie. Spotkałem się z młodzieżą, było bardzo miło. Dostałem filiżankę i zbiorek opowiadań jakiegoś młodego autora, który stamtąd się wywodzi. Sam sfinansował sobie to wydanie. Przypomniałem sobie swój pierwszy, śmieszny tomik i nadzieje towarzyszące tej publikacji. Dziś resztki „Złych wybrzeży” zalegają u kumpla na strychu. Dwa egzemplarze swojego czasu podpierały mi szafę. Mniej więcej taki jest pożytek z mojej młodzieńczej pisaniny.

Na miejsce dojechałem ponieważ mam kierowcę. Pewien fajny facet dowozi mnie do miejsc, gdzie nie dochodzi komunikacja publiczna. Nie mam prawa jazdy, więc radzę sobie w ten sposób. Jestem wysokofunkcjonalnym niedołęgą, zresztą cenię sobie ten aspekt życia ze względu na publicity. Lepiej mieć własnego kierowcę niż własny samochód.

Przed spotkaniem porozmawiałem z ludźmi, którzy mnie zaprosili i chyba bardzo cieszyli się z tego spotkania. Powiedzieli mi, że zlikwidowano im wszystkie połączenia. Nie dojeżdżają tam autobusy ani pociągi, żaden prywaciarz nie wskoczył do busika. Jeśli ktoś nie ma autka, jest skazany uwięziony. Nie pojedzie do kina, do lekarza, do sklepu, na pogrzeb albo randkę.

Do tej pory naiwnie sądziłem, że takie miejsca zdarzają się na rubieżach naszego wspaniałego, nowoczesnego i przyjaznego obywatelowi kraju. Reportaże, teksty interwencyjne, które czytałem dotyczyły wiosek gdzieś w Bieszczadach. Mieścina o której mówię znajduje się w centralnej Polsce, kilkanaście (jakoś tak) kilometrów od autostrady, którą, na Warszawę i Kraków, śmigają sobie Flixbusy i inne takie.

Pomyślałem sobie, jak trudno wyrwać się z takiej miejscowości: na studia, do dobrej pracy. Jest to oczywiście możliwe, pod warunkiem, że człowiekowi nie podwinie się noga na wejściu, że rodzice nie chleją na umór, że w domu jest jakikolwiek hajs, zaś nie ma choroby. Wystarczy jedna poważna trudność, możliwa do przezwyciężenia choćby w mieście powiatowym i jest po człowieku, po życiu, po nadziei.,

Nie będę uderzał w tony społeczne ani apelował do tłustych kutasów zawiadujących Polską, bo nie zamierzam się upokarzać. Wiem, że macie mnie w dupie, podobnie jak tę nieszczęsną gminę. Mówię tylko, żebyście się nie dziwili. Nie dziwcie się, skurwysyny, że ludzie, co chwytają po dwa koła na czarno kupują sobie gruchoty na diesla i zatruwają powietrze, którym oddychamy wszyscy, że piją od rana, że biją swoje żony, swoich mężów i swoje dzieci, że wkurwieni napierdalają się pod remizą a potem głosują na każdego, kto mami ich groszem i przywróceniem godności. Tak postępuje człowiek, któremu odebrano wolność. Może też postąpić inaczej.

Pamiętajcie o Spartakusie, skurwysyny.

Tydzień z głowy (519)

Tamy na strumieniu

ship-of-fools 

Przypomniało mi się dziś rano jak byłem mały i budowałem tamy na strumieniu. Strumień płynął przez wioskę Niedźwiedź, niedaleko Mszany Dolnej, na skraju Groczańskiego Parku Narodowego gdzie z mamą spędzaliśmy wakacje. W ogóle, fajnie było w tym Niedźwiedziu. Po raz pierwszy próbowałem poderwać dziewczynę, oczywiście nieskutecznie. Paliliśmy ogniska. Zyskałem podstawową wiedzę o wypasaniu krów. Starszy kolega potrafił trafiać krowy kamieniem w rogi. Pozwalał mi nawet wybrać róg, prawy albo lewy. Niesłychanie mi to imponowało.

Strumień był wąski, płytki i bardzo kamienisty, słowem do tam nadawał się idealnie. Najpierw znosiłem jak największe kamienie. Niektóre były tak ciężkie, że toczyłem je po dnie. Jakieś drobne stworzona pryskały z odsłoniętej jamy, a ja już wznosiłem konstrukcję od brzegu do brzegu. Między wielkie kamienie wpychałem mniejsze. Uszczelniałem żwirem, przemokniętymi roślinami, niesłychanie użyteczne były też śmieci: kawałki folii, butelki, tym podobny szajs. Tama musiała spiętrzać jak najwięcej wody, w której potem mogłem się taplać. Ale to nie był jedyny cel.

W strumieniu żyły pstrągi, a ich młode, ten jasny drobiazg wędrował pod prąd, w kierunku źródła. Moja tama utrudniała im zadanie. Siadałem na brzegu, albo nawet w wodzie, z kolanami pod brodą i patrzyłem na te błyskotki, na łuski strącone ze słońca, jak wybijają się z wody, próbując pokonać przeszkodę. Pojawiały się w powietrzu na mrugnięcie oka na podobieństwo zimnej iskierki.

Byłem dość niecierpliwym dzieckiem, ale na pstrągi mogłem patrzyć godzinami. Niestety, strumień miał i inną atrakcję. Gdzieś wyżej (tam dokąd wędrowały pstrągi) mieściła się rzeźnia i pracownicy tej rzeźni wrzucali resztki zabitych zwierząt do strumienia. Na mojej tamie zatrzymywały się krowie kopyta, flaki, kości i mnóstwo rozdętej, białawej substancji organicznej, której nawet nie potrafiłem nazwać. Nasuwała skojarzenia z martwą ośmiornicą. Nie umiałem wymyśleć jeszcze nic lepszego.

Pamiętam jeszcze, że bardzo chciałem łowić dorosłe pstrągi, tak jak traperzy w książkach Jacka Londona. Wsuwałem dziecinne dłonie pod kamienie, chcąc chwycić za skrzela taką piękną rybę. Ani razu mi się to nie udało, czego żałowałem, bo bardzo chciałem być mężczyzną, a nie chłopcem. Udało się, w końcu jestem.

 

tydzień z głowy (518)

Cztery dni w Trójmieście

 sea-monster-drawing-63

Końcówkę lata spędzamy w Gdyni. To moje ulubione miasto w zatoce. Gdańsk jest za duży. Sopot ma Monciak. Monciak czyni piękny Sopot miastem nie do zniesienia. Tymczasem Gdynia, ze swoim bogactwem życia i krótką historią jawi się miejscem stworzonym specjalnie dla mnie. Pojawiłem się na świecie jak ona, bez żadnej uprzedniej historii.

Przez cztery dni spacerowaliśmy po plaży, stanowczo za długo leżeliśmy w hotelu i jedliśmy mnóstwo dobrego jedzenia. Zazwyczaj nie robię żadnych z tych rzeczy. W Krakowie mamy tylko brudną Wisłę. Nie wyleguję się w łóżku, a w konieczności spożywania posiłków widzę konieczność zdolną zniszczyć każdy, najlepszy nawet dzień. A jednak jadłem, leżałem. Kupiłem sobie winyl z muzyką z filmu „Szczęki”. W końcu to morska historia.

Patrzyliśmy na morze, na ten szary placek zatoki, światła stoczni, masywne frachtowce i meduzy kołyszące się przy brzegu. Przypomniałem sobie, jak byłem nad morzem po raz pierwszy z moim wujkiem. Kamienie rozrywały delikatne ciała meduz wyrzuconych na brzeg. Nie mogłem się z tym pogodzić i zanosiłem te meduzy z powrotem do wody, a potem z wujkiem skakaliśmy na fale. Nie uratowaliśmy wszystkich meduz. Wujek zmarł rok temu. Niczego, nikogo nie ocalimy.

A może jednak? Siedziałem z dwojgiem ludzi, którzy uratowali siedmioletniego chłopczyka. Nieważna kto. Nieważne w jaki sposób. Ważne, że od małego życia oddalono nieszczęście, co nie musiało się stać, a jednak się wydarzyło. Żadne słowa nie oddadzą mojego podziwu dla tych dwojga. Dzień później popiliśmy z moim starym przyjacielem. Chłop miał ciekawe, trudne życie, które większości ludzi odebrałoby radość i nadzieję. Nie on. Otwiera knajpę w Trójmieście, ma nową dziewczynę, wiedzie intensywne życie nocne, ma jasne oczy i nieustannie się śmieje. Zapytałem go, czy jego zdaniem ponad tym światem jest Bóg, zaświat, cokolwiek, co nada nam sens i nadzieję. Zaprzeczył, śmiejąc się. Objął nas oboje i poszliśmy napić się wódki.

I myślę sobie, że tak właśnie jest na tym smutnym świecie, że to wszystko czym żyjemy, co nas buduje i rzuca w przyszłość zawiera się jakoś w tej pustce po Bogu, w jamie gdzie są statki, meduzy przy brzegu, uratowany chłopiec i lęk dławiący przed świtem.

 

Tydzień z głowy (517)

Dlaczego gołąb?

pigeongrafika: Kat Houseman 

Byłem we Lwowie na zdjęciach. Kręciliśmy po czternaście godzin dziennie. Lwów jest brudny i tak zniszczony, że można by robić tam film wojenny. Wszystko jest szare, jak zakurzony rupieć. Wieczorem, w tę ruinę wypuszczają się piękne, zadbane dziewczęta. Włóczyłem się, całkiem sam, nocą, po cmentarzu Łyczakowskim. Stałem dwanaście godzin na granicy. Zjadłem znakomity obiad w Atlasie, gdzie sto lat temu balowała polska inteligencja. Ale najlepiej pamiętam gołębia.

Gołąb rezydował w bezpośredniej bliskości dworca. To ogromny budynek, trochę podobny do tego we Wrocławiu. Przy wejściu tłoczą się ludzie i samochody. Posępni, śniadzi taksówkarze łowią klientów, przewalają się wycieczki, mrówki z towarem, studenci z Polski, a młodzi pijaczkowie proszą o drobne robiąc przy tym szpagat. Dalej rozciąga się rodzaj wyjątkowo zabiedzonego zieleńca, gdzie w słońcu przysiadła sobie rodzina Cyganów.

Byli bardzo ładni, ci Cyganie, wszyscy bez wyjątku. Przewodził im tłuściutki senior z wąsem, podobny trochę do don Wasyla, tego piosenkarza. Towarzyszyła mu tęga równolatka o wydziaranych ramionach. Rozsiadała się na trawie jak czarownica. Prócz tego było dwóch postawnych kryminalistów koło czterdziestki, wyrostki w tym jeden z gitarą, oraz rozbrykany narybek. Przyjemnie się na nich patrzyło.

Cyganie, jak wiadomo, nie ruszają się bez tobołów (w tym przynajmniej ten dumny i pogardzany naród łączy się z Polakami). Ci też obłożyli się bambetlami, a do największej z toreb, szmacianą taśmą długą może na dwa metry przywiązany był gołąb. Tłuste, bogato opierzone ptaszysko o ładnym umaszczeniu. Był zupełnie spokojny i nic nie wskazywało na to, że trapi go poczucie krzywdy. Najwyraźniej zapomniał o lataniu. Siedział na gałęzi, kręcił głupim łbem i tyle z tego było.

Dlaczego gołąb? Nie umiem tego pojąć. Co sprawiło, że Cyganie przytroczyli go do swoich bambetli? Ma to związek z jakimiś wierzeniami tych ludzi? Sądzą na przykład, że obecność ptaka przynosi im szczęście? Gołąb mógł by pełnić rolę wczesnego ostrzegania, na podobieństwo kanarka w kopalni. Wyczuwałby jednak nie gaz, a duchy. Co jeśli to gołąb pocztowy, skomunikowany z innymi grupami Cyganów jako ważne ogniwo systemu ostrzegania przed policją? Gołębie doskonale się do tego nadają – przenosiły rozkazy o nalotach jeszcze podczas I wojny światowej. Może wreszcie w tym gołębiu mieszka dusza jakiegoś ważnego Cygana? Ciągnie się za nimi ich opierzony przodek. Istnieje też możliwość, że ten ptak znalazł się na tasiemce z czystego kaprysu, przyczepili go dla hecy, a on to sobie upodobał. Co robią z nim w zimie? Co, gdy lądują na komendzie? Co z kłopotliwymi przecież odchodami gołębia? Pytania. Mnóstwo pytań. Oto jedna z tajemnic zaszyta na powierzchni świata-cygański gołąb.

Tydzień z głowy (516)

Bezsenność i lęk

 dragon

Przez lata łóżko miało kolce i kły. Leżało mi w mieszkaniu, milczące i wrogie jak smok. W domu zawsze znajdował się mebel, który był mi nieprzyjacielem.

Nie przyjmowało mnie do siebie. Kaleczyło palce i drapało w oczy. Wiłem się na jego białym języku. Szarpałem się z nim i prosiłem o litość. Próbowałem zabić to łóżko, tego smoka, a ponieważ długo nie potrafiłem, usiłowałem niezdarnie zabić przynajmniej siebie. Gniotłem własny kark i tłukłem się po brzuchu.

Potwór żuł mnie i mlaskał. Wypluwał nad ranem, całego oślinionego. Miałem suche płuca, a pod skórą brud. Nienawidziłem siebie suchego i brudnego. Za dnia smok spał smacznie, w odróżnieniu ode mnie. Wiedział, że nocą spotkamy się ponownie. W jakiś sposób całe moje życie  – pisanie, kochanie – było niczym więcej jak ucieczką przed nocą.

W końcu zwyciężyłem. Z cudzą pomocą jak Herakles – pokonałem smoka. Jego martwe ciało osiadło w mieszkaniu jak powalone drzewo i zmieniło się w bagno.

Śpię w wodzie. Mam mokro. Wiercę się w kokonie z wilgoci. Ta wilgoć oblepia mnie całego i wpycha się do ust. Jestem tuż pod powierzchnią trzęsawiska i naprawdę czuję się jak ci nieszczęśni wojownicy, których Frodo spotkał w rozlewisku topielców. Leżę sobie, żółty i ślepy. Czuję jak ktoś mi się przygląda. Jak ktoś nade mną wędruje.

Nawet nie próbuję z tym walczyć. Jestem wojownikiem i zabijam smoki. Ale żaden miecz nigdy nie pokonał bagna.

Older Posts