porusza i prowokuje...

Tydzień z głowy (563)

Posted on 15 lipca 2019


Zdjęcia w Hiszpanii

 IMG-2654

Madryt to majestatyczne miasto, podobne trochę do Londynu, czy nawet nowojorskiej Piątej Alei. Wesoły tłum przetacza się między olbrzymimi kamienicami. Zauważam kilka legowisk rozłożonych na chodnikach. Bezdomni mają materace, walizki i książki. Towarzyszą im potulne psy. Czasem taki oddala się, zostawiając cały swój, bezwartościowy świat. Nikt go nie pilnuje.

Nieopodal mieści się ulotne targowisko. Handlarze sprzedają ciemne okulary, słomkowe kapelusze, torebki, takie rzeczy. Towar leży rozłożony na kwadratowych płachtach. Do każdego rogu takiej płachty przyczepiono łańcuch. Cztery łańcuchy zbiegają się w dłoni właściciela tego interesu. Gdy pojawi się policja, albo przedstawiciele innych służb porządkowych wystarczy jeden ruch. I stoisko znika.

Jedziemy do dawnej rezydencji generała Franco, dyktatora Hiszpanii. To kilkupiętrowy pałac osadzony na szczycie kamienistego wzniesienia (przy okazji odkrywam nowe słowo, oznaczające spory głaz, brzmi ono „kamerdolec”). Wspinam się po nim, gdyż normalną drogę zamknięto. Spod willi rozciąga się widok na daleki Madryt, miasta, miasteczka i delikatną linię chmur przy samym horyzoncie. Myślę sobie, że w tym miejscu zapisana została wielka próżność. Franco wychodził na taras i z wysokości spoglądał na kraj, który należał do niego.

A nie zostało prawie nic. Aby dostać się do środka, wspinam się po ścianie, potem po gzymsie trzymając się krat, ku upatrzonej wcześnie dziurze w deskach, którymi zabito okno. Wewnątrz butelki, brud, mnóstwo graffiti. Mogę tylko domyślać się, czemu służyły kolejne pomieszczenia. Znajduję resztki kaplicy, biblioteki z kominkiem. Część ścian i podłóg zniknęła. Stopy podparto, żeby nie runęły. Wracając, zastanawiamy się w jaki sposób dostarczano tam wodę. Franco musiał mieć pompownię, czy coś w tym stylu. Ciekawi mnie tez czy góra jest wydrążona, czy mieści się tam winda i tunel jak w filmach o Bondzie, by dyktator mógł błyskawicznie uciec w razie jakiegoś niebezpieczeństwa.

Tyle zostało po tym facecie. Przyjmował tutaj możnych przyjaciół, jadł najlepsze jedzenie i pił wykwintne alkohole. Zresztą sam nie wiem co tutaj dokładnie robił. Mogę się tylko domyślać. Spaliłem skręta w jego salonie. Wysikałem się w bibliotece i poszedłem kamienną ścieżką, gdzie czekała prosta kolacja i wino stołowe.

 

 

 

 

tydzień z głowy (562)

Posted on 8 lipca 2019

Krótki wpis o umieraniu

rats

Trochę za dużo śmierci w moim życiu. Pamiętam, jak rok temu Maciek Parowski niespodziewanie przyszedł na spotkanie autorskie. Ciągnął na piwo, nie poszedłem bo miałem zajętości. Byłem pewien, że jeszcze się napijemy. Wyszło inaczej. Śpieszmy się pić piwo z ludźmi, tak szybko odchodzą.

Żałuję swojego młodzieńczego malkontenctwa i czarnowidztwa. Wstyd mi trochę za wczesne książki, takie czarne i smutne, tak pełne trupów.

Śmierć jest prosta i straszna. Nie płynie z niej żadna lekcja, nie kryje się w niej żaden sekret, nie będzie pouczenia. Gdy ktoś bliski walczy o życie mam ochotę prosić o cud. Ale Boga nie ma. Cuda się nie dzieją.

Powinniśmy kochać życie i cieszyć się nim jak tylko to możliwe. Lata zajęło mi dojście do tak prostego wniosku. Zwiedzajmy świat. Nie marnujmy czasu na bzdury. Spędzajmy czas z rodzicami i dziećmi. Chodźmy na to cholerne piwo z przyjaciółmi, póki jeszcze można, póki są przyjaciele. Wydaje mi się, że ta radość życia jest czymś głęboko mądrym i rozsądnym. Aż dziwne, że widujemy tylu zafrasowanych filozofów.

Być może nawet w tej radości, w miłości do życia kryje się jakiś obowiązek wobec naszych umarłych. Nie wiem tego na pewno – umarli niczego przecież nie potrzebują, bo są umarłymi, czy też mówiąc precyzyjniej, nie są już wcale. Ale czasem, gdy zdarzy mi się coś dobrego, mówię o tym mojemu ojcu, którego przecież też już nie ma. Próbuję żyć życiem, które by mu się podobało.

Ta radość życia, apetyt na nie, bierze się przecież z grozy i śmierci. Inaczej nie byłaby prawdziwa.

Tydzień z głowy (561)

Posted on 1 lipca 2019

Pan Ryszard, lew z Warsu

 lionheart

Pociąg relacji Warszawa-Wrocław jest pełny już na pierwszej stacji. Natychmiast udaję się do Warsu, gdzie spotykam koleżankę. Zamawiam schabowego i piwo, koleżanka tylko piwo. Jedziemy. Obsługuje nas pan Ryszard, korpulentny pięćdziesięciolatek o zadbanej fryzurze, z pięknie przystrzyżonym, delikatnym wąsem. Jest sam. Gotuje i przyjmuje mnóstwo zamówień. Ludzie tłoczą się w tym Warsie. Próbują płacić kartą. Karty im nie przechodzą.

-Ludzie są głupi – mówi pan Ryszard. – powinni przewidzieć, że pociąg gubi zasięg. Powinni wziąć gotówkę. Nie wzięli, bo po prostu nie myślą.

-Pan mówi o nas? – pyta jedna pani.

-Pośrednio ale tak – odpowiada pan Ryszard szykując, dajmy na to, kawę. Ludożerka stłoczona w Warsie zdradza objawy konsternacji. Ktoś mówi, że nie życzy sobie takiego traktowania. Jakaś pani uważa, że się przesłyszała. Tak w ten deseń. Pan Ryszard przysłuchuje się temu z bezlitosnym uśmiechem.

Jedziemy. Staje się jasne, że spotkanie z panem Ryszardem będzie piękną przygodą. Ani myślę opuszczać Warsa. Pan Ryszard traktuje nas trochę inaczej niż resztę klientów, choć też płacimy kartą. Rozmawiamy o jego pracy. Koleżanka, z racji płci wypytuje pana Ryszarda o bardziej osobiste sprawy. Wiemy, gdzie mieszka. Był kiedyś żonaty. Daje do zrozumienia, że była żona ułożyła sobie życie. Lepiej im bez siebie.

Pan Ryszard pracuje sam. Dostawał ludzi do przyuczenia i zaraz chciał im jebnąć, tak mówi. Nie umieli nawet zrobić jajecznicy. Udławić się szło taką jajecznicą. Kiedyś pracował za granicą. Wyczekuje emerytury. Dadzą mu dwa tysiące i mu wystarczy. Pracuje szesnaście dni pod rząd a potem ma drugie tyle wolnego. Mówię mu, że w tej sytuacji może co miesiąc jechać na wakacje. Ale pan Ryszard nigdzie nie jeździ.

-Panie Ryszardzie, mam nadzieję, że nie uzna pan tego pytania za nazbyt osobiste – mówię ostrożnie dobierając słowa. – pan przecież nienawidzi ludzi. Dlaczego pan z nimi pracuje?

-Wie pan, nie najgorzej płacą. A ludźmi gardzę i tego nie kryję – odpowiada pan Ryszard tak aby wszyscy w Warsie usłyszeli.

Zastanawiam się, czy pan Ryszard zabił kiedyś człowieka. Koleżanka uważa, że nie. Lecz na pewno o tym myśli.

Tydzień z głowy (561)

Posted on 24 czerwca 2019

Ogień

 IMG_2436

Nie miałem szczęśliwego dzieciństwa, lecz wspominam je jako szczęśliwe. Z mnóstwa obrazów, które widziały moje małe oczy najmocniej osadziły się ogniska, palone z mamą i dziadkiem w Kuźni Raciborskiej. Jeśli tylko dzień był ciepły, co wieczór mieliśmy ognisko. Chodziłem po drewno do lasu. Najczęściej znosiłem suche sosny. Było ich od cholery. Dziwiłem się, że nie chcą się skończyć. Wybierałem je i następnego wieczoru ciągle znajdowałem nowe.

Rozpalałem ognisko, z mamą siadaliśmy na pieńkach, a potem nadciągał mój dziadek, człowiek niesłychanie poważny, a nawet ponury. Piekliśmy ziemniaki i kiełbaski. Nie potrzebowałem niczego więcej, o niczym nie marzyłem. Jako dziecko doświadczałem poczucia niewkomponowania w świat (jak dotąd nie przeszło), żyłem marzeniami, osadzałem się w fantazjach. Nad ogniem to wszystko znikało i byłem czystym szczęściem.

W tym tygodniu z bardzo różnych przyczyn rozpaliłem dwa różne ogniska. Jedno ze starym przyjacielem, drugie z całkiem nowymi przyjaciółmi. Myślę, że już to coś znaczy: potrafię zachować przyjaźnie i budować nowe. Mam czas dla przyjaciół, a oni mają też czas dla mnie.

Oba ogniska zwieńczyły długie i pracowite dni. Miałem przecież spotkanie autorskie (no dobrze, nie jest to najcięższy rodzaj pracy jaki można wykonywać). Szukaliśmy też miejsc na zdjęcia – spacerowałem, na przykład po dnie sztucznego zalewu, z którego częściowo spuszczono wodę. Białe drzewka, sterczące z spalonego słońcem gruntu budowały nierzeczywiste skojarzenia, jak z filmów Tarkowskiego. Potem usiedliśmy przy tym ogniu, piliśmy wódkę, Burbona, żarliśmy kiełbaski, karkówkę, sznycle, zależnie od tego, o którym wieczorze mówimy.

Przypomniałem sobie tamte ogniska w Kuźni Raciborskiej i prędko przestałem o nich myśleć. Ten wieczór – ogień, jedzenie, alkohol, przyjaciele – był czymś kompletnym i wystarczającym. Nie potrzebowałem niczego innego. Nie przyszło mi do głowy, bym mógł potrzebować, choć moje szczęście było zupełnie inne niż to, które poznałem jako dziecko. Było to szczęście człowieka dojrzałego, który wycierpiał swoje i wie, że życie w swej najgłębszej naturze jest czystą ciemnością.

 

 

Tydzień z głowy (360)

Posted on 17 czerwca 2019

Prawo łaski

witch 

Czasem myślę sobie o koncepcji łaski, obecnej u protestantów, o tym, że nasze życia (moje, twoje) są zapisane od początku do końca. Wyobrażam sobie nawet taką księgę, umieszczoną gdzieś w gwiazdach. Na jej kartach od zawsze zapisano, kto miał szczęście, a kto pecha. Komu windą w górę, kto zleci na ryj?

Nie wierzę w zbawienie ani potępienie. W życiu ciekawa jest właśnie jego skończoność. Mowa o gospodarce czasem, o łapaniu chwil i sensów. Wszystkie chwile umkną. Sensy nigdy nie zostaną odnalezione. Siedzę sobie w chujowym pociągu z Przemyśla do Krakowa, mam w sercu spotkanie z czytelnikami, które, dla odmiany było piękne, ciekawe i liczne. Ostatnio takich jest coraz więcej. Ale myślę właśnie o tym, o łasce, o arbitralności łaski, o lodowatym Bogu Lutra i Kalwina.

Przecież nie musiałem doświadczyć tego wszystkiego, co mi się przydarzyło. Wiele wskazywało na to, że nigdy nie będę miał takich spotkań ani tylu czytelników. Trudno nie myśleć o nich ze wzruszeniem. Jestem zdolnym i pracowitym facetem. Przedkładam wytrwałość wysoko nad talent. Ale jest wielu takich. Ich losy pobiegły jakże odmiennie. Komu mam być wdzięczny? Z pewnością nie sobie.

Dawno temu Luter wyobraził sobie Boga, który tworzy i od razu określa. Wie kogo pokocha, a kim raczy wzgardzić. To bardzo ciekawe. Dlaczego stworzył tych wzgardzonych? Widocznie do czegoś ich potrzebował, tęsknił do gestu strącania duszyczek w otchłań, ewentualnie potrzebował przykładu dla tych drugich, dobrych, zbawionych. Tylko na co komu przykład, z którego nie sposób się nauczyć?

Boga nie ma, lecz sama intuicja jest trafna. O powodzeniu lub klęsce decyduje ślepy los: nie wybieram sobie miejsca urodzenia, ani tej, co mnie urodziła. Buduje mnie moja inteligencja i temperament, nigdy na odwrót. Wierzę w możliwość pracy nad charakterem. Istnieje coś takiego – mozolny proces o niewiadomym rezultacie. Zawsze wyjdzie coś innego, niż oczekujemy. Jestem jak kamień toczony przez dno rzeki. Z czasem się wygładzę i tyle.

Dlatego tak bardzo nie lubię naprawiaczy dusz: księży, trenerów rozwoju osobistego i innych kuglarzy sukcesu. W ich naukach widzę jakiś głęboki fałsz, zbudowany na koniunkturze lub naiwności. Po prostu, żerują na nadziei i lęku przed klęską.

 

 

Tydzień z głowy (559)

Posted on 10 czerwca 2019

Sen o zabijaniu

ivan

Znów przyśnił mi się ten sam sen. Sen o zabijaniu. Powraca do mnie od kilku miesięcy.

Śniło mi się, że dawno temu zabiłem człowieka. Nikt nie zdołał powiązać mnie z morderstwem. Nie znalazłem się nawet w kręgu podejrzanych. Ale teraz, po jakichś dwudziestu latach wyszły nowe dowody. Wskazują na mnie. Jeszcze nie zostałem aresztowany i postawiony przed sądem. Wiem jednak, że to nastąpi.

To bardzo realny sen. Żyję w nim życiem, które mam, otoczony przez ludzi, którymi naprawdę się otaczał. Rozpoznałem swój dom, osiedle, miasto. Zajmowałem się swoimi codziennymi sprawami. Dławił mnie strach przed utratą tego wszystkiego i publiczną hańbą. Trochę siara być mordercą. We śnie miałem również czterdzieści dwa lata. Wiedziałem, że nigdy nie wyjdę z więzienia. Wiedziałem, że wszystko co robię (spacer do sklepu, pościelenie łóżka, tosty szykowane na kuchennym blacie) zapewne robię po raz ostatni. Strata była odwleczona w czasie, lecz pewna.

Podczas snu towarzyszyło mi poczucie niesprawiedliwości. Trochę, dziwne, bo przecież zabiłem. A może nie ja? Przecież dwadzieścia lat temu byłem zupełnie innym człowiekiem. Nic z niego nie zostało. Ani jedno marzenie. Ani jedna komórka. Przeobraziłem się całkowicie i kompletnie. Nie rozumiałem więc, dlaczego spotyka mnie kara, skoro zabił tamten, a nie ten Łukasz. Wejdźcie w maszynę czasu. Znajdźcie prawdziwego winnego. Swoją drogą tego samego, idiotycznego przecież argumentu użył Sartre wypowiadając się na temat procesu Eichmanna w Jerozolimie.

Nie żałowałem ofiary. Ani trochę. I nagle zrozumiałem, że jest nią właśnie ten dawny, młody Łukasz, który chciał podpalić świat, pił tanie piwo i wierzył, że ludzie są wszystkim. Zamordowałem siebie. Nieubłagana kara jest już blisko.

 

 

Tydzień z głowy (558)

Posted on 3 czerwca 2019

Kraina zmartwień

oedipus-and-the-sphinx-frans-xavier-fabre

Odkąd pamiętam, zawsze się czymś martwiłem. Jestem trochę jak stara baba. Szukam dziury w całym, narzucają mi się okoliczności krzywdzące.

Martwię się właściwie wszystkim. Na przykład, gdy wydawałem ostatnią książkę martwiłem się tym, że nie spodoba się czytelnikom, że nie będzie schodzić. Schodzi i się podoba, więc zamartwiam się, że doświadczam jakiejś wyjątkowej łaski, na którą nie zasłużyłem. Przed nagraniami telewizyjnymi trawi mnie troska, że coś pójdzie straszliwie źle. Kogoś obrażę, albo popuszczę spodnie. Gdy wszystko przebiegnie gładko (nagrałem jakieś 120 odcinków programów telewizyjnych własnego autorstwa) wracam do domu myśląc o tym, co zawaliłem mitrężąc cały dzień na pałętanie się przed kamerą.

Gdy nie mam roboty martwię się, że zdechnę z głodu. Gdy ta robota jest, nabieram pewności, że z niczym nie zdążę. Pewne zadania wydają mi się za trudne, inne znów nazbyt proste – w tej prostocie doszukuję się czyhającej pułapki. Wczoraj odwiedzili mnie przyjaciele. Było bardzo miło, wręcz cudownie, więc od rana trapię się tym, czy komuś nie zrobiłem przykrości, czy kogoś nie obraziłem.

Martwię się przyszłością. Martwię się przeszłością. Martwię się zdrowiem i śmiercią. Martwię się dziećmi. Martwię się dorosłymi. Tylko pieniędzmi się nie martwię, bo tak sobie obiecałem na któryś nowy rok. Martwię się więc, że nie martwię się pieniędzmi.

Żyję w nieustannym poczuciu nadchodzącej katastrofy, co rodzi dwie interesujące implikacje. Otóż, to nieustanne zamartwianie się nie przeszkadza mi w szczęściu. Jestem szczęśliwym człowiekiem, tak samo jak garbus, który mimo kalectwa może cieszyć się życiem. Po drugie i ważniejsze, ta wyczekiwana katastrofa nie nastąpiła. Przetrwałem wiele klęsk i upadków. Wychodziłem z nich poraniony, poturbowany, lecz nigdy ze stałym uszczerbkiem na ciele czy też duszy. Tak będzie. Przetrwam. Nieszczęścia, których się obawiam, nie doczekają się spełnienia.

Zabije, zmiażdży, pokona mnie coś, czego w ogóle się nie spodziewam. Piorun z jasnego nieba. Strzał w tył głowy. Coś takiego. Jakaś nagła, zaskakująca interwencja, której nie zdołam przewidzieć, w konsekwencji czego nie mogę się nią martwić. Martwi mnie ten brak zmartwienia.

tydzień z głowy (557)

Posted on 27 maja 2019

Dobroć

sun

Siedzę sobie w warszawskiej knajpce. Piję piwko. To drugie i ostatnie piwko dzisiaj. Nie powinienem w sumie go pić, ale miałem straszną ochotę. A miałem ją, bo jestem bardzo szczęśliwy.

Tygodniowa trasa promocyjna „Kultu” dobiegła końca. Zjechałem całą Polskę. Odwiedziłem pięć miast. Czytelnicy przyszli. Na spotkaniach wielu z nich wyraziło myśl, że moja książka jest dla nich ważna. Pytają o Henia, pytają o Zbyszka. Trafiłem do serc.

„Kult” sprzedaje się jak szalony. Moje książki często uzyskiwały przyzwoite wyniki, ale takiego zainteresowania jeszcze nie było. Na warszawskich targach wydawca domówił „Kult”. Tak szybko schodziło.

Są jeszcze inne, dobre rzeczy, których nie wolno mi jeszcze ogłosić. Będę je ujawniał stopniowo, kiedy prawnicy pozwolą. Powiem w ten sposób: jeszcze parę razy o mnie usłyszycie.

Przez całe życie czekałem na dzień taki jak ten. Właściwie pogodziłem się z tym, że on nigdy nie nastąpi. Uznałem, skądinąd słusznie, że los jest dla mnie wystarczająco łaskawy. Okazało się, że naszykował jednak kilka niespodzianek.

Napiszę coś banalnego, co jednak ciśnie się na usta. Nie warto rezygnować z marzeń. Wiele razy wątpiłem, ale nigdy się nie poddałem. Mamy, kurwa, jedno życie i warto je przeżyć tak jak trzeba, bez kompromisów.

A za dwie godziny wsiądę do pociągu i wrócę do domu, który kocham. Nic, z tego co się zdarzyło nie miałoby żadnej wartości. Wszystko dla domu. Wszystko przez dom.

Tydzień z głowy (556)

Posted on 20 maja 2019

Spotkanie na działkach

IMG-3827

Ekipa filmowa kręci krótki film o mojej książce i wydarzeniach na działkach w Oławie. Przed wejściem na działki zastajemy panią, pielęgnującą kwiaty wokół przydrożnego krzyża. Krzyż jest rosły, a ona bardzo sumienna. Na nasz widok wycofuje się z kadru, ale nie odchodzi. Przygląda się nam i w końcu pyta, skąd jesteśmy. Operator odpowiada, zgodnie z prawdą, że z Wyborczej. Pani trawi tę informację i zaczyna mówić.

„Szkoda, że z Wyborczej, bo to moi przeciwnicy. No ale jesteśmy ludźmi i musimy się kochać tak, jak życzył sobie Pan Jezus. My się nawet za Żydów modlimy, proszę państwa. A moja babka podczas wojny ukrywała Żyda w kukurydzy. A oni co w zamian nam robią? Widzieli państwo, kogo na Ukraine wybrali? Przecież to Żyd. Nam też próbowali tych Żydów wepchnąć, tylko się nie udało i dlatego zalewają Polskę Arabami. Ale ja nie mówię o nich źle. Przecież też są ludźmi.”.

Nakręciliśmy krzyż i bramę prowadzącą na działki. Idziemy do samochodu, pani maszeruje z nami i opowiada dalej.

„Państwo wiedzą, że Żydzi nie wierzą w Chrystusa? Oni dalej czekają. My wierzymy a oni nie. A z tymi pedofilami jak jest? Żydzi umieszczali masonów w Kościele, bo chcą zniszczyć Kościół od środka. Właśnie takich zboczeńców tam dawali, żeby narobić kłopotu. Dlatego musimy być mądrzy i bronić kościoła. To wśród nauczycieli nie ma zboczeńców? Ja zawsze będę się za każdego modlić, ale pewne rzeczy trzeba jasno powiedzieć.”.

Żegnamy się. Pani jest bardzo miła.

Uważam, że nikt lepiej nie streścił stosunku Polaków do Żydów, do obcych w ogóle, niż ona.

Tydzień z głowy (555)

Posted on 13 maja 2019

Wielka niechęć

space

Nie chce mi się pisać.

Nie chodzi nawet o tego nieszczęsnego bloga, prowadzonego nie wiadomo po co, skoro byle notka na facebooku cieszy się większą popularnością, chodzi raczej o pisanie jako czynność emocjonalno-intelektualną, o robotę, o sklecanie ze sobą słówek tak aby miały przynajmniej pozór treści.

Od dawna nie przepadam za pisaniem, ale dość dobrze ogarniałem tę czynność. W końcu jestem pisarzem, prawda? W książkach, w opowiadaniach, w ogóle w literaturze fascynuje mnie jej wymyślanie, a zwłaszcza reaserch kiedy mimochodem natrafiam na mnóstwo cudownych historii. Natomiast samo pisanie przypomina mozolną drogę do domu z zakupami, oczywiście na butach, gdy wiatr zacina deszczem i ochlapują nas samochody. Nic miłego, ale da się przeżyć.

Natomiast po „Kulcie”, po paru innych tekstach skumulowanych w międzyczasie pisane przypomina pałaszowanie zgniłych śliwek ze spalonego garnka. Porównałbym je również do lewatywy z tłuczonego szkła i zbiorowego udawania, że granat jest piłką plażową. Nasuwają mi się również metafory, w których główną rolę odgrywa rozrywanie końmi i nalot dywanowy. Mówiąc delikatnie, chodzi o sytuacje w których nikt nie chce uczesniczyć w szczególnie zaagnażowany sposób. Jutro znów będę coś pisał i już teraz targają mną torsje, jak nieszczęsnego Korybuta-Wiśniowieckiego po korniszonie.

Problem jest poważny o tyle, że jestem pisarzem, a więc powinienem pisać. Pisanie, wydawać by się mogło, jest podstawowym obowiązkiem pisarza, choć znam też takich co nie piszą, z powodzeniem odnajdując się w tym niełatwym zawodzie. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że mnie ten zaszczyt nie kopnie i będzie trzeba rypać dalej. Tak, na pewno. Piszę odkąd pamiętam. Wyrzuciłem z siebie miliony słów i właśnie dodaję kolejne do tej gargantuicznej puli. Całe życie z literkami. Każdy miał by dosyć.

Tłumaczę sobie, że doświadczam normalnego zmęczenia „Kultem”. W tej książce zawarłem wszystko, co miałem do powiedzenia, nic nie zostawiając na później. Nie twierdzę, że to koniec pisania, bo mam inne, pozapowieściowe plany. Powieść też się zdarzy. Kiedyś. Ale ile minie czasu, nim znów się napełnię?

 

 

Older Posts