porusza i prowokuje...

Tydzień z głowy (575)

Nowa książka

 ninth

 

Przygotowuję nowy zbiorek opowiadań. Na razie idzie bardzo źle. Nie mam nawet tytułu.

Mam wiele starych tekstów. W gruncie rzeczy, moje krótkie formy rozproszone po antologiach i czasopismach tworzą nielichą bibliotekę. Mógłbym wsadzić je w okładki i już. Ostatni zbiorek, „Nadchodzi” ukazał się dziesięć lat temu. Mógłbym sprokurować nowy najtańszym kosztem.

Ale nie. Ubzdurałem sobie, że przygotuję zbiór złożony w przeważające części z tekstów premierowych. Mam kilka starych, niezłych opowiadań wydrukowanych w nieistniejącym już „Bluszczu”, które chyba warto przypomnieć.  Chcę jednak, aby mniej więcej dwie trzecie tego mglistego, nie zatytułowanego nawet zbiorku wypełniały teksty nowe. Tak powinien myśleć odpowiedzialny artysta. Sprzedaje czytelnikowi coś, z czym ten jeszcze się nie zetknął.

Problem w tym, że te opowiadania muszą jakoś powstać. Nie wezmą się z mgły ani spadku temperatur. Musze je nastukać, narypać, naklecić. Pomysłów nie brakuje, w gruncie rzeczy mogę brodzić w pomysłach. Gdyby pomysł był wartością literacką, laureatów Nike miałbym trzech tylko w swoim bloku.

Pisanie opowiadań różni się od pracy nad powieścią mniej więcej tak, jak bieg na sto metrów odróżnia się od maratonu. Inaczej rozkładasz siły, inaczej się przygotowujesz. Prócz tego, opowiadanie ma coś z igraszki, zawiera w sobie zgodę na niepowagę. Powieść nie może być żartem, bo nikt nie będzie śmiał się przez czterysta stron. Ale opowiadaniu już wolno.

Opowiadania zawsze pisałem z doskoku, między innymi aktywnościami, niczego nie planując. Nie miały ze sobą się wiązać, nie szukałem dla nich przyszłości. Przygotowanie zbiorku premierowych tekstów oznacza jednak wysiłek, którego nie przewidzieli nawet sportowcy: bieg na sto metrów zwielokrotniony tak, że zmienia się w maraton.

Tydzień z głowy (574)

Moje życie marne w świetle Zielonej Góry

IMG-3375 

Pierwszy raz do Zielonej Góry przyjechałem na Polcon. Dwa miesiące wcześniej rozpadło się moje małżeństwo. Julek ledwo co skończył rok. Mieszkałem w jakiejś potwornej norze, miałem głównie długi, a świeże rany zalewałem wytrawną kadarką. Ulokowali mnie w jakimś akademiku i idę o głowę, że wziąłem udział w panelu „Młode wilki polskiej fantastyki”. Szkoda, że nie nosorożce. Byłem też nominowany do Zajdla, nie mam pojęcia nawet za co, wiem natomiast, że cholernie chciałem tego Zajdla dostać. Niewielu rzeczy pragnąłem równie mocno, jak tej nagrody. Potrzebowałem po prostu, aby w moim życiu zdarzyło się coś dobrego. Łaknąłem znaku, nadziei. No ale Zajdla dostał Witek Szostak, dzięki czemu dowiedziałem się czegoś o sobie – mam wiele wad, ale próżno wśród nich szukać zawiści (zawiść w ogóle poczułem tylko raz, o czym może kiedyś napiszę). Zamiast cieszyć się nagrodą, cieszyłem się radością mojego przyjaciela. Zajdla zresztą dostałem dekadę później, kiedy już przestałem pisać fantastykę i w ogóle nie myślałem o żadnym Zajdlu i byłem u progu nowego życia, które tak jak wszystkie moje życia okazało się burzliwe, groźne i piękne.

Potem do Zielonej Góry przyjeżdżałem jeszcze kilkukrotnie, więc nie wiem czy epizod, który chcę przywołać zdarzył się podczas jednego czy też dwóch pobytów. Uroczyście wręczono mi kamizelkę klubową. W ten sposób zostałem członkiem klubu Ad Astra, co poczytuję sobie za zaszczyt. Pamiętam ten dzień. Byłem bardzo szczęśliwy. Ale dopiero teraz, pisząc te słowa uświadomiłem sobie, że klub Ad Astra jest jedyną organizacją do której kiedykolwiek należałem i należę. Nigdy nie byłem w żadnej partii, organizacji zrzeszającej twórców, czy osiedlowym kółku grania na grzebieniu. Ad Astra jest jedyną formą przynależności na jaką się zgodziłem. A potem lub przedtem spędziliśmy popołudnie z Maćkiem Parowskim, ja i moja ówczesna dziewczyna. Nie wiem o czym rozmawialiśmy. Na pewno myślałem, że zawsze będziemy razem, ja i ona, że będę do końca życia pisał horrory, mieszkał w Warszawie, miał nieśmiertelne koty o imieniu Prezes i Kreska, a już na pewno gdy piłem to wino nie przyszło mi do głowy, że wczesną jesień 2019 roku spędzę na wspominaniu Maćka w radio i na memoriale mu poświęconym. Maciek, jak sądzę, też nie przewidział, że Jego życie już się kończy.

Teraz czułem się jak stary rycerz powracający do bajkowego królestwa, które opuścił wybierając dorosłość. Byli inni rycerze, paziowie, księżniczki, a sam Napoleon Fandomu polewał whisky spod stołu, gdyż tak nakazuje dobry konwentowy obyczaj. Dostałem dwa nosorożce. Jacyś dobrzy ludzie przynieśli mi nasze wspólne zdjęcie do podpisania. To znaczy zdjęcie na którym jestem oni i ja. Będę wisiał u nich w domu, co trochę cieszy, trochę niepokoi. Wręczono mi też nagrodę, Puchar Bachusa za „Kult” co traktuję jak radość samą w sobie ale i dobrą wróżbę. Poza tym nie wpuszczono mnie do knajpy po byłem w dresie. Myślę, że w tym ciągu wydarzeń kryje się odpowiedź na pytanie kim jestem i jak wygląda moje życie. Człowiek może wyjść z fantastyki, ale fantastyka nie wyjdzie  z człowieka. Już jej nie piszę. Raczej nigdy nie będę pisał. Ale „Kultu”, „Innej duszy”, moich programów telewizyjnych nie byłoby gdyby nie ci ludzie, nie fantastyka.

 

Tydzień z głowy (573)

Migawki z wyjazdów

 ratusz

We Lwowie okazuje się, że mam czytelników. Istnieją naprawdę, choć wyszła tam tylko jedna książka. Stawili się tłumnie na dwa spotkania, jedno oficjalne, drugie trochę mniej. Wieczór zamknął się na zacisznym placu koło kościoła. Staliśmy tam w półmroku, piliśmy koniak z plastikowych kubków, gadaliśmy o książkach, o muzyce i życiu. Pani, która pilnowała pobliskiego budynku zgodziła się na to nasze picie, pod warunkiem, że pozostawimy po sobie porządek.

Miasta śląskie na zachód od Wrocławia zlewają mi się w jedną miejscowość i mówiąc szczerze nie potrafię za bardzo wskazać czym różni się Lubań od Bogusławca albo Jawora. Wszędzie dominuje przedwojenna, niemiecka zabudowa. Nowych bloków jest raczej niewiele, jakby te miasta właściwie nie miały nowoczesności. Nowoczesność śmierdzi tym miastom i chyba mnie także. Za to w każdym jest baszta piastowska. Tak właśnie się nazywa i sterczy sobie samotnie gdzieś w centrum  – baszta która niczemu nie służy, niczego nie strzeże, której odjęto mury.

W Strzelinie też mają basztę, tylko innego autoramentu. Z tego co usłyszałem, miasto ucierpiało od wojennych nalotów, poza tym krasnoarmiejscy mieli sympatyczny zwyczaj podpalania paru kamienic na wiwat. Rynek strzeliński jest wielki i przylega do jeszcze większego nieużytku. No i stoi tam ten ratusz. Ma postać krępej wieży (wygląda jak baszta ucięta w połowie)  i przypuszczalnie jest dość starym budynkiem. Dowcip w tym, że całkiem niedawno na tej wieży nasadzono drugą, strzelistą. Tworzy to dosyć osobliwe wrażenie kosmodromu – jakby ratusz tak naprawdę był rakietą, która pewnego dnia poniesie strzelińskich rajców w kosmos, byle dalej od miasta, którym chcą zarządzać.

Targałem za sobą najcięższą torbę świata. Jechałem bucem i pociągiem, leciałem samolotem. Spałem w potwornych miejscach i miejscach przepięknych. Zjadłem mnóstwo dobrych rzeczy i wypiłem stanowczo za dużo alkoholu. Ale przede wszystkim spotkałem masę ludzi, którym chciało się mnie posłuchać, pogadać ze mną, czy nawet zabalować. Niosę w sobie wiele dobrych emocji. Dla nich, dla takich rzeczy – warto pisać.

Tydzień z głowy (572)

Czlowieczeństwo starych

children-of-the-corn-590bffab73f11

Zastanawiam się kiedy zauważyłem, że moi rodzice są ludźmi.

Obracam w głowie ten kompletnie nieistotny problem od paru dni, co najmniej od piątku. Był ze mną, gdy wsiadałem do pociągu, na spotkaniach w Warszawie i Łodzi, na urodzinach mojego przyjaciela i parę godzin później, kiedy piłem tanią whisky i z wysokości ósmego piętra obserwowałem stolicę.

Problem jest ciekawy. Moment, w którym uznajemy innych ludzi za ludzi z pewnością świadczy o naszym człowieczeństwie. Z rodzicami sprawa jest jeszcze bardziej złożona. Bardzo długo uważałem, że mama i tata istnieją wyłącznie dla mnie. Może dlatego, że nie mam rodzeństwa, a nasza rodzina jest bardzo mała.

Jak sądzę, widziałem rodziców oczami Boga biskupa Berkeleya. Istnieli ponieważ mogłem na nich spoglądać. Dawali jeść, opowiadali bajki, zabierali na spacery i kupowali zabawki. Oj, zabawki to ja uwielbiałem. Rodzice istnieli dla mnie. Istnieli  – bo ja istniałem. Moja dziecinna głowa nie dopuszczała myśli o jakiekolwiek, osobnej względem mnie, rodzicielskiej aktywności. Rodzice nie mieli zainteresowań, pasji ani trosk. Pracowali i jedli – bo byłem.

Kiedy to zaczęło się zmieniać? Kiedy zobaczyłem, że mama i tata to też ludzie? Mam w tym względzie wiele wątpliwości. Być może naprawdę zrozumiałem to, kiedy się rozstali. Sam rozwód przyjąłem względnie spokojnie, ale chyba właśnie wtedy zmieniłem swoje nastawienie. Rodzic rozwodzący się, rodzic który odchodzi kieruje się przecież własną, niezależną ode mnie potrzebą. Porzucony przezywa swój smutek bez względu na mnie.

W jakiś sposób, uczłowieczyłem moich rodziców gdy przestaliśmy być rodziną.

 

 

Tydzień z głowy (571)

Druga bajka o szczęściu

 dragon

Pewnego razu szczęśliwe królestwo nawiedził straszliwy smok. Jego skrzydła zakrywały niebo na podobieństwo burzowych chmur, a oczy miały barwę płonącego miasta. Smok przybył z daleka, był młody i pijany siłą. Cieszyła go własna nieśmiertelność i pławił się w czystej radości niszczenia.

Król wystawił swoje nieprzebrane hufce: miecze przeciw szponom, ogień kontra stal. Armia królewska poniosła klęskę i to taką, że stulecia później nikt nie odważył się wspominać Bitwy Pod Ognistym Niebem. Ponoć, od podzamcza aż po horyzont nikt nie mógł znaleźć nawet źdźbła trawy – wszelkie życie zostało spopielone.

Szczęśliwe dla smoka starcie przyniosło nieszczęśliwy pokój. Potwór zamieszkał w grocie nieopodal zamku, gdzie, raz w miesiącu dostarczano mu tuzin grubych kobiet. Taki właśnie był jego przysmak. Zwyczaj ten w dziwny sposób zbiegł się ze wzrostem popularności diety i ćwiczeń fizycznych wśród białogłów zamieszkujących królestwo.

Przez pierwsze lata smok urządzał wypady na ziemie królestwa – palił domy i porywał owce. Z czasem, te wyprawy robiły się coraz krótsze, aż w końcu smok przestał opuszczać grotę. Zestarzał się, osłabł i utył. Zęby, połamane na zbrojach rycerskich zaczęły go boleć, a pod kamienną czaszką zamieszkał frasunek. „Jestem smokiem”, myślał, „podbiłem królestwo, budzę powszechną grozę i jeszcze dostarczają mi grube kobiety. A jednak nie jestem szczęśliwy”.

Przytłoczony tymi myślami zebrał się w sobie i pofrunął ku szczytom gór, gdzie mieszkał pewien powszechnie szanowany mędrzec. Mędrzec odziewał się w brud. Jego nozdrza zamieszkiwały węże.

„Popatrz na siebie”, rzekł mędrzec, „jesteś tylko starym smokiem. Twoje mięśnie osłabły. Oczy masz jak duszki świec. Ludzie pamiętają cię jako młodego i silnego. Dlatego i tylko dlatego budzisz przerażenie. Prędzej czy później ktoś pozna prawdę i cię zabije. Twój czas jest krótki. Ciesz się dniami, które ci pozostały.”

Smok przejął się tą mową, wrócił do groty i był szczęśliwy. Był pierwszym stworzeniem, które osiągnęło szczęście poprzez strach.

tydzień z głowy (570)

Wieczór w Gdyni

gdynia

Pojechałem wczoraj do Gdyni.

Do pociągu wsiadłem z kumplem i przegadaliśmy całą drogę o rzeczach tak ważnych, jak metal albo życie. Wypiłem piwo w Warsie i zjadłem tam obiad. Wszystko za oknem było znajome. Nie wiem dlaczego, ale nieustannie rzuca mnie do Trójmiasta.

Spotkałem się z czytelnikami a potem z przyjaciółmi. Zresztą, o czytelnikach myślę jako o przyjaciołach. Coś musi nas łączyć, skoro spotykamy się w książkach. Nie siedzieliśmy jednak długo, bo jesteśmy dorośli a nawet zmęczeni.

Wieczorem nie miałem co ze sobą zrobić, więc poszedłem na spacer po tym mieście. Zawędrowałem nad chłodne morze, przysiadłem w knajpce, pokręciłem się gdyńskimi uliczkami. Przypomniało mi się, jak w dzieciństwie śniłem o morzu. Oddałbym wszystko, żeby tutaj przebywać. Ale mieszkaliśmy w Krakowie, wyjazd do Trójmiasta oznaczał wyprawę zabierającą dzień i kawałek nocy. Teraz wystarcza pięć godzin w pociągu.

A potem zorientowałem się, że to miasto jest moje. Mam tutaj własne trasy spacerowe i ulubione zakątki. Wiem, w której knajpce warto się napić, a gdzie zjeść. Nawet sypiam zawsze w tym samym miejscu. Rozpoznaję sklepy. Na dworzec dojdę z zawiązanymi oczami. Są tu dobrzy ludzie, za którymi tęsknię.

Gdynia jest trochę jak ja. Młoda na zewnątrz i stara w środku. Wywodzi się z jakiejś historii, a jednak niemal żadnej nie posiada.

Mam więc swoje czwarte miasto, po Krakowie, Warszawie i Oławie. Miejsce, w którym czuję się jakbym się tutaj urodził. Kto wie, może kiedyś napiszę o Gdyni książkę?

A teraz pora wstać. Wracam do domu.

 

 

Tydzień z głowy (568-569)

Pierwsza bajka o szczęściu

 the-old-castle-emanuel-murant

Dawno temu, w odległym królestwie żył sobie wyjątkowo nieszczęśliwy młodzieniec imieniem Janek. Mieszkał na bagnach. Jadał żaby, pijał łzy. Rodzice na niego pluli. Jego nieszczęśliwe samopoczucie miało więc głębokie uzasadnienie.

Tymczasem królestwo pustoszył smok. Janek wyprawił się do stolicy i pokonał potwora bez większych trudności. Odkrył bowiem, że smok jest stary i leniwy. Rycerze obawiali się go, gdyż wierzyli w minioną grozę jego natury – był przecież smokiem.

Młodzieniec ożenił się z królewną. Ta dała mu zdrowych i mądrych synów. Wkrótce po narodzinach młodszego z nich, doszło do innego, pomyślnego dla Janka wydarzenia. Stary król umarł, dławiąc się kapustą.  W ten sposób Janek sięgnął po koronę i przestał być w ogóle Jankiem. Stał się królem Janem I.

Początkowo, jego władza nie była stabilna. Zmarły król miał bowiem brata, któremu marzyła się korona. Jan zaprosił go do siebie na ucztę i kazał poderżnąć gardło w kąpieli. Niebezpieczeństwo minęło, ale natychmiast pojawiło się kolejne – pod murami miasta stanęła armia sąsiedniego królestwa. Jan, nieoczekiwanie okazał się doskonałym dowódcą i obronił swoją władzę. Baszty miasta zwieńczyły obcięte głowy wrogich generałów.

Jedynym, który nie cieszył się ze zwycięstwa był sam król Jan. Zasępiony, krążył po pustych komnatach. „Urodziłem się na bagnach i zostałem królem. Mam piękną żonę i zdrowych synów. Pokonałem moich wrogów, a dalej jestem nieszczęśliwy. Dlaczego?”.

Jan udał się do mędrca, aby ten wybawił go z kłopotu. Mędrzec zajmował jaskinię na szczycie góry. Pachniał śmiercią. W jego brodzie mieszkały nietoperze.

„Codziennie zachowuj się jakbyś był szczęśliwy”, powiedział mu mędrzec, „wstawaj jak człowiek szczęśliwy. Jedz, rządź, kochaj i zabijaj tak jak on, niezależnie od tego, co tak naprawdę czuje twoje królewskie serce. W każdej sekundzie swojego życia postępuj tak, jakby przepełniało cię szczęście”.

Król zastosował się do tej rady. Po paru latach obudził się i stwierdził, że jest szczęśliwy. Takim właśnie zapamiętali go poddani. Był też człowiekiem, który osiągnął szczęście bo się do niego przyzwyczaił.

 

 

 

Tydzień z głowy (567)

Odzip

278161

Minął tydzień nic nie robienia. Oczywiście byłem bardzo zajęty.

Zaniosłem obrazy do oprawy. W ogóle, dziwna sprawa z tymi obrazami. Przysięgałem sobie, że nie będę miał w domu żadnych dzieł sztuki. Takie przekonanie wyniosłem z młodości. Miałem w domu tylko dwa obrazy mojego taty, które podarował mi, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Po jego śmierci zatrzymałem trzeci i ten właśnie był nieoprawiony. Do tego doszła praca naszej przyjaciółki, grafika dla Julka i trochę drobiazgów. Zaniosłem do oprawy, licząc, że będzie ładnie. Otóż nie jest. Ramki mają swoją grubość. Obrazy porozłaziły się na ścianach, wiszą bez ładu i składu, nie mogę na to patrzeć, zaś działania się boję.

Posprzątałem nosorożcom. Mam już prawie dziewięćdziesiąt nosorożców, ustawionych na czterech półkach (do stadka zaliczają się wizerunki nosorożców rozwieszone po całym domu, dziara na łapie, trzy duże pluszaki i nosorożec ogrodowy bez dupy, pod oknem). Kurzą się na tych półkach. Podczas sprzątania przecieram każdego nosorożca mokrą szmatką, a potem ustawiam je w odmiennej konfiguracji. Moje nosorożce żyją i rozmawiają ze sobą, gdy śpię. Problem w tym, że te z dolnej półki nie mogą konwersować z tymi z górnej. Mają za daleko. Może jeszcze te ustawione na dwóch sąsiadujących ze sobą półkach jeszcze jakoś się usłyszą, ale tego też nie mogę być pewien. Tak to jest z tymi nosorożcami. Przed chwilą zastanawiałem się, czy po mojej śmierci będą żyły dalej, czy umrą wraz ze mną.

Wymyślałem sobie film z kolegą. Szło całkiem przyjemnie. Siedzieliśmy sobie w kawiarni, albo na barce czy jeszcze tam gdzieś, świeciło słońce, a kolega czuł się wyraźnie gorzej ode mnie, co stanowiło całkiem miły akcent dnia. W pracy twórczej najbardziej lubię właśnie ten moment nieskrępowanego fantazjowania, lepienia fabuły, sytuacji, bohaterów. W gruncie rzeczy najszczęśliwszy byłbym, gdybym mógł na tym poprzestać. Wyobrażam sobie siebie nawet w roli zawodowego dostarczyciela idei dla innych artystów. Siedzę w knajpie i wymyślam sobie: temu kryminał, temu tomik wierszy, jeszcze komuś powieść zaangażowaną na cito, zainteresowany wrzuca grosz do kapelusza i rozstajemy się uszczęśliwieni – on bo dostał coś, czego nie mógł wydobyć z siebie, a ja bo coś wymyśliłem i nie muszę w tym dłubać.

Przez ten tydzień spędziłem więcej czasu z dziećmi. Odpaliłem „Dark souls 2” i nawet dobrze mi idzie. Zrobiłem kilka bardzo ciężkich treningów. Przeczytałem dwie niezłe książki. Wypiłem pół butelki whisky i trochę piwa. Uczyłem się robienia zdjęć. Oglądałem głupie filmy. Czuję, że coś we mnie rośnie, że otwieram się, że jeszcze będę pisał.

Tydzień z głowy (566)

Posted on 5 sierpnia 2019

Koniec niewinności

_DSC0231 

Kupiłem sobie rumbę. Właściwie nie sobie tylko dziewczynie. Mieszkamy razem, ale to ona odkurza. Ja, na przykład, obsługuję zmywarkę. Taki podział pracy. Jestem nieprzejednanym przeciwnikiem odkurzaczy i najchętniej nie miałbym żadnego, ale przecież nie wybieramy sobie rzeczy tylko rzeczy, tylko rzeczy nas wybierają. Wie o tym każdy, kto zetknął się z reklamą spersonalizowaną.

No i jeździ mi po mieszkaniu takie płaskie kurestwo. Warczy. Kręci się, ale i kręgi zatacza, jak spłaszczony księżyc. Ruchy mojej rumby są chaotyczne, to znów zapętlone. Nie zdołaliśmy jej bowiem zaprogramować, mimo złączenia wysiłków. Rumba nie zmapowała mojego mieszkania. Co to konkretnie oznacza? Moja rumba jest niewidoma. Mam na chacie ślepą rumbę.

Ślepa rumba krąży w ciemności i pałaszuje kurz. Futro, popiół, paprochy znikają w jej wiecznie głodnych, nieruchomych ustach. Nocą, gdy wyrwany ze snu przemieszczam się przez cichy dom uświadamiam sobie, że gdzieś tam, w ciemnościach czyha rumba, której los odebrał oczy.

Być może kiedyś odwiedzi nas jakiś elektryczny cudotwórca i przywróci rumbie wzrok. Póki co, rumba radzi sobie całkiem nieźle, jak wielu nieszczęśników, którzy zdołali się zaprzyjaźnić ze swoim kalectwem.

Patrzę na tę francę, na ten zbyteczny złom (doprawdy, mogłem tańczyć z miotłą) i coraz lepiej rozumiem, jak niewiele zostało z tego chłopaka, który chciał podpalić świat i rzucał się na ludzi w knajpach. Kiedyś byłem wściekły. Dziś jestem co najwyżej rozczarowany życiem, ale i w tym rozczarowaniu mieszka promień słońca. Domagałem się swoich racji za wszelką cenę. Dziś naprawdę wolałbym, aby rację mieli inni. Nienawidziłem życia. Teraz je kocham, ponieważ muszę. Ponieważ wypada.

Jestem człowiekiem, który kupił sobie ślepą rumbę.

Tydzień z głowy (565)

Posted on 29 lipca 2019

W domu

oldhouse

fot.   Mike Yakaites

Spędziłem tydzień ciurkiem w domu. Po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy. Ostatnie pół roku spędziłem na walizkach. Promowałem „Kult”, załatwiałem sprawy w Warszawie, realizowałem zamówienia telewizyjne, w konsekwencji czego częściej widywałem dworzec niż najbliższych.

Wstaję o ósmej. Robię śniadanie dziecku i zabieram się za pracę. Tej akurat nie brakuje, choć to spokojna, sympatyczna praca – kolejne zadania są realizowane krok po kroku, bez żadnych większych perturbacji. Wróciłem do książek, może dlatego, że mówię o nich w radiu. Dużo czytam. Radość sprawia mi powrót do starych pisarzy science-fiction. Do Artura C. Clarke’a, do Kurta Vonneguta. O własnym pisaniu nie myślę wcale, choć jesień się zbliża, a wraz z nią prace nad zaplanowanym na rok przyszły zbiorkiem opowiadań. Ostatnie moje opowiadania ukazały się dziesięć lat temu. Przez tę dekadę zmieniło się wszystko.

Popołudniem Gąska wraca z roboty i nudzimy się wspólnie. Oglądamy filmy. Próbujemy zagrać w coś z dzieckiem. Jemy kolację, rozmawiamy. Życie jest zwyczajne. Wieczorem dom zasypia. Siedzę sobie w ciszy. Czytam coś, albo gram na konsoli. Częściej czytam niż gram, bo szkoda mi tej ciszy.

Czasem wyjdę do ludzi. We wtorek posiedziałem z przyjaciółmi i posłuchaliśmy muzyki, którą znamy aż za dobrze. Chyba niczego innego od niej nie oczekujemy, od nas samych również. Znamy się aż za dobrze, wypełniamy sobą przestrzeń jak dźwięki. To oswojony świat, tak bardzo mi drogi.

W sobotę byłem na urodzinach kumpla, skądinąd wspaniałego artysty, który mam nadzieję dostąpi jeszcze zasłużonych benefitów. Pięćdziesiąt pięć lat! Gdzie ja będę w tym wieku? W gruncie rzeczy chciałbym być trochę taki jak ten mój przyjaciel, mocny, wesoły, spoglądający z ufnością w przyszłość. Myślałem trochę o nim, o sobie, ale przede wszystkim cieszyłem się chwilą: ogródkiem piwnym na Salwatorze, dobrym towarzystwem, rozmową, ciepłą nocą.

Przez większość swojego życia byłem przekonany, że niedługo umrę, więc żyłem tak jakby zostało mi pół roku na tym, jedynym przecież świecie. Zawsze też byłem gotów do drogi. To takie romantyczne: porzucić wszystko i ruszyć dalej,  ku nieznanemu. Teraz już nie chcę nigdzie iść i pożyłbym jeszcze trochę.

 

 

 

 

Older Posts