porusza i prowokuje...

Tydzień z głowy (559)

Posted on 10 czerwca 2019

Sen o zabijaniu

ivan

Znów przyśnił mi się ten sam sen. Sen o zabijaniu. Powraca do mnie od kilku miesięcy.

Śniło mi się, że dawno temu zabiłem człowieka. Nikt nie zdołał powiązać mnie z morderstwem. Nie znalazłem się nawet w kręgu podejrzanych. Ale teraz, po jakichś dwudziestu latach wyszły nowe dowody. Wskazują na mnie. Jeszcze nie zostałem aresztowany i postawiony przed sądem. Wiem jednak, że to nastąpi.

To bardzo realny sen. Żyję w nim życiem, które mam, otoczony przez ludzi, którymi naprawdę się otaczał. Rozpoznałem swój dom, osiedle, miasto. Zajmowałem się swoimi codziennymi sprawami. Dławił mnie strach przed utratą tego wszystkiego i publiczną hańbą. Trochę siara być mordercą. We śnie miałem również czterdzieści dwa lata. Wiedziałem, że nigdy nie wyjdę z więzienia. Wiedziałem, że wszystko co robię (spacer do sklepu, pościelenie łóżka, tosty szykowane na kuchennym blacie) zapewne robię po raz ostatni. Strata była odwleczona w czasie, lecz pewna.

Podczas snu towarzyszyło mi poczucie niesprawiedliwości. Trochę, dziwne, bo przecież zabiłem. A może nie ja? Przecież dwadzieścia lat temu byłem zupełnie innym człowiekiem. Nic z niego nie zostało. Ani jedno marzenie. Ani jedna komórka. Przeobraziłem się całkowicie i kompletnie. Nie rozumiałem więc, dlaczego spotyka mnie kara, skoro zabił tamten, a nie ten Łukasz. Wejdźcie w maszynę czasu. Znajdźcie prawdziwego winnego. Swoją drogą tego samego, idiotycznego przecież argumentu użył Sartre wypowiadając się na temat procesu Eichmanna w Jerozolimie.

Nie żałowałem ofiary. Ani trochę. I nagle zrozumiałem, że jest nią właśnie ten dawny, młody Łukasz, który chciał podpalić świat, pił tanie piwo i wierzył, że ludzie są wszystkim. Zamordowałem siebie. Nieubłagana kara jest już blisko.

 

 

Tydzień z głowy (558)

Posted on 3 czerwca 2019

Kraina zmartwień

oedipus-and-the-sphinx-frans-xavier-fabre

Odkąd pamiętam, zawsze się czymś martwiłem. Jestem trochę jak stara baba. Szukam dziury w całym, narzucają mi się okoliczności krzywdzące.

Martwię się właściwie wszystkim. Na przykład, gdy wydawałem ostatnią książkę martwiłem się tym, że nie spodoba się czytelnikom, że nie będzie schodzić. Schodzi i się podoba, więc zamartwiam się, że doświadczam jakiejś wyjątkowej łaski, na którą nie zasłużyłem. Przed nagraniami telewizyjnymi trawi mnie troska, że coś pójdzie straszliwie źle. Kogoś obrażę, albo popuszczę spodnie. Gdy wszystko przebiegnie gładko (nagrałem jakieś 120 odcinków programów telewizyjnych własnego autorstwa) wracam do domu myśląc o tym, co zawaliłem mitrężąc cały dzień na pałętanie się przed kamerą.

Gdy nie mam roboty martwię się, że zdechnę z głodu. Gdy ta robota jest, nabieram pewności, że z niczym nie zdążę. Pewne zadania wydają mi się za trudne, inne znów nazbyt proste – w tej prostocie doszukuję się czyhającej pułapki. Wczoraj odwiedzili mnie przyjaciele. Było bardzo miło, wręcz cudownie, więc od rana trapię się tym, czy komuś nie zrobiłem przykrości, czy kogoś nie obraziłem.

Martwię się przyszłością. Martwię się przeszłością. Martwię się zdrowiem i śmiercią. Martwię się dziećmi. Martwię się dorosłymi. Tylko pieniędzmi się nie martwię, bo tak sobie obiecałem na któryś nowy rok. Martwię się więc, że nie martwię się pieniędzmi.

Żyję w nieustannym poczuciu nadchodzącej katastrofy, co rodzi dwie interesujące implikacje. Otóż, to nieustanne zamartwianie się nie przeszkadza mi w szczęściu. Jestem szczęśliwym człowiekiem, tak samo jak garbus, który mimo kalectwa może cieszyć się życiem. Po drugie i ważniejsze, ta wyczekiwana katastrofa nie nastąpiła. Przetrwałem wiele klęsk i upadków. Wychodziłem z nich poraniony, poturbowany, lecz nigdy ze stałym uszczerbkiem na ciele czy też duszy. Tak będzie. Przetrwam. Nieszczęścia, których się obawiam, nie doczekają się spełnienia.

Zabije, zmiażdży, pokona mnie coś, czego w ogóle się nie spodziewam. Piorun z jasnego nieba. Strzał w tył głowy. Coś takiego. Jakaś nagła, zaskakująca interwencja, której nie zdołam przewidzieć, w konsekwencji czego nie mogę się nią martwić. Martwi mnie ten brak zmartwienia.

tydzień z głowy (557)

Posted on 27 maja 2019

Dobroć

sun

Siedzę sobie w warszawskiej knajpce. Piję piwko. To drugie i ostatnie piwko dzisiaj. Nie powinienem w sumie go pić, ale miałem straszną ochotę. A miałem ją, bo jestem bardzo szczęśliwy.

Tygodniowa trasa promocyjna „Kultu” dobiegła końca. Zjechałem całą Polskę. Odwiedziłem pięć miast. Czytelnicy przyszli. Na spotkaniach wielu z nich wyraziło myśl, że moja książka jest dla nich ważna. Pytają o Henia, pytają o Zbyszka. Trafiłem do serc.

„Kult” sprzedaje się jak szalony. Moje książki często uzyskiwały przyzwoite wyniki, ale takiego zainteresowania jeszcze nie było. Na warszawskich targach wydawca domówił „Kult”. Tak szybko schodziło.

Są jeszcze inne, dobre rzeczy, których nie wolno mi jeszcze ogłosić. Będę je ujawniał stopniowo, kiedy prawnicy pozwolą. Powiem w ten sposób: jeszcze parę razy o mnie usłyszycie.

Przez całe życie czekałem na dzień taki jak ten. Właściwie pogodziłem się z tym, że on nigdy nie nastąpi. Uznałem, skądinąd słusznie, że los jest dla mnie wystarczająco łaskawy. Okazało się, że naszykował jednak kilka niespodzianek.

Napiszę coś banalnego, co jednak ciśnie się na usta. Nie warto rezygnować z marzeń. Wiele razy wątpiłem, ale nigdy się nie poddałem. Mamy, kurwa, jedno życie i warto je przeżyć tak jak trzeba, bez kompromisów.

A za dwie godziny wsiądę do pociągu i wrócę do domu, który kocham. Nic, z tego co się zdarzyło nie miałoby żadnej wartości. Wszystko dla domu. Wszystko przez dom.

Tydzień z głowy (556)

Posted on 20 maja 2019

Spotkanie na działkach

IMG-3827

Ekipa filmowa kręci krótki film o mojej książce i wydarzeniach na działkach w Oławie. Przed wejściem na działki zastajemy panią, pielęgnującą kwiaty wokół przydrożnego krzyża. Krzyż jest rosły, a ona bardzo sumienna. Na nasz widok wycofuje się z kadru, ale nie odchodzi. Przygląda się nam i w końcu pyta, skąd jesteśmy. Operator odpowiada, zgodnie z prawdą, że z Wyborczej. Pani trawi tę informację i zaczyna mówić.

„Szkoda, że z Wyborczej, bo to moi przeciwnicy. No ale jesteśmy ludźmi i musimy się kochać tak, jak życzył sobie Pan Jezus. My się nawet za Żydów modlimy, proszę państwa. A moja babka podczas wojny ukrywała Żyda w kukurydzy. A oni co w zamian nam robią? Widzieli państwo, kogo na Ukraine wybrali? Przecież to Żyd. Nam też próbowali tych Żydów wepchnąć, tylko się nie udało i dlatego zalewają Polskę Arabami. Ale ja nie mówię o nich źle. Przecież też są ludźmi.”.

Nakręciliśmy krzyż i bramę prowadzącą na działki. Idziemy do samochodu, pani maszeruje z nami i opowiada dalej.

„Państwo wiedzą, że Żydzi nie wierzą w Chrystusa? Oni dalej czekają. My wierzymy a oni nie. A z tymi pedofilami jak jest? Żydzi umieszczali masonów w Kościele, bo chcą zniszczyć Kościół od środka. Właśnie takich zboczeńców tam dawali, żeby narobić kłopotu. Dlatego musimy być mądrzy i bronić kościoła. To wśród nauczycieli nie ma zboczeńców? Ja zawsze będę się za każdego modlić, ale pewne rzeczy trzeba jasno powiedzieć.”.

Żegnamy się. Pani jest bardzo miła.

Uważam, że nikt lepiej nie streścił stosunku Polaków do Żydów, do obcych w ogóle, niż ona.

Tydzień z głowy (555)

Posted on 13 maja 2019

Wielka niechęć

space

Nie chce mi się pisać.

Nie chodzi nawet o tego nieszczęsnego bloga, prowadzonego nie wiadomo po co, skoro byle notka na facebooku cieszy się większą popularnością, chodzi raczej o pisanie jako czynność emocjonalno-intelektualną, o robotę, o sklecanie ze sobą słówek tak aby miały przynajmniej pozór treści.

Od dawna nie przepadam za pisaniem, ale dość dobrze ogarniałem tę czynność. W końcu jestem pisarzem, prawda? W książkach, w opowiadaniach, w ogóle w literaturze fascynuje mnie jej wymyślanie, a zwłaszcza reaserch kiedy mimochodem natrafiam na mnóstwo cudownych historii. Natomiast samo pisanie przypomina mozolną drogę do domu z zakupami, oczywiście na butach, gdy wiatr zacina deszczem i ochlapują nas samochody. Nic miłego, ale da się przeżyć.

Natomiast po „Kulcie”, po paru innych tekstach skumulowanych w międzyczasie pisane przypomina pałaszowanie zgniłych śliwek ze spalonego garnka. Porównałbym je również do lewatywy z tłuczonego szkła i zbiorowego udawania, że granat jest piłką plażową. Nasuwają mi się również metafory, w których główną rolę odgrywa rozrywanie końmi i nalot dywanowy. Mówiąc delikatnie, chodzi o sytuacje w których nikt nie chce uczesniczyć w szczególnie zaagnażowany sposób. Jutro znów będę coś pisał i już teraz targają mną torsje, jak nieszczęsnego Korybuta-Wiśniowieckiego po korniszonie.

Problem jest poważny o tyle, że jestem pisarzem, a więc powinienem pisać. Pisanie, wydawać by się mogło, jest podstawowym obowiązkiem pisarza, choć znam też takich co nie piszą, z powodzeniem odnajdując się w tym niełatwym zawodzie. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że mnie ten zaszczyt nie kopnie i będzie trzeba rypać dalej. Tak, na pewno. Piszę odkąd pamiętam. Wyrzuciłem z siebie miliony słów i właśnie dodaję kolejne do tej gargantuicznej puli. Całe życie z literkami. Każdy miał by dosyć.

Tłumaczę sobie, że doświadczam normalnego zmęczenia „Kultem”. W tej książce zawarłem wszystko, co miałem do powiedzenia, nic nie zostawiając na później. Nie twierdzę, że to koniec pisania, bo mam inne, pozapowieściowe plany. Powieść też się zdarzy. Kiedyś. Ale ile minie czasu, nim znów się napełnię?

 

 

Tydzień z głowy (554)

Posted on 6 maja 2019

Marzenia literackie

Jack

Ponieważ napisałem książkę i nie mam pomysłu na nową, fantazjuję sobie o książkach, które mógłbym napisać.

Napisałbym sobie horror. Zapewne nigdy tego nie zrobię, ale mam taką niepokorną fantazję. Mógłbym powiedzieć, że bierze się to z tęsknoty za młodością, wic w tym, że za żadną młodością nie tęsknię. Jestem stary. Chcę być stary. Ale napisałbym horror wiedziony odwieczną ambicją przeskoczenia siebie. Jakby nie było, wymyśliłem polską odmianę tego gatunku (oczywiście nie sam, należy wymienić Tadka Oszubskiego, Jarka Grzędowicza, Jurka Nowosada, Kazka Kyrcza, Dawida Kaina i pewno jeszcze paru innych) i chciałbym zrobić coś nowego, jak Mark Danielewski w „Domu z liści”. Oczywiście nie potrafię. Nie mam pojęcia jak miałaby wyglądać ta horrorowa rewolucja, którą mi się śni. Po prostu czasem tęskno mi do duchów.

Napisałbym książkę o kobiecie, z perspektywy kobiecej, z pierwszoosobową narracją. Bardzo bym chciał. To chyba moje najstarsze literackie marzenie. Można by sądzić, że wiem bardzo dużo o kobietach. Kochałem kobiety. Jedną kocham dalej. Zdarzało mi się nawet przyjaźnić z kobietami, nie idąc z nimi do łóżka. Kiedyś chciałem mieć córeczkę. Ostatnio coraz częściej dzwonię do mamy, prowadzę program o kobietach w telewizji, więc powinienem o nich wiedzieć całkiem sporo. Tymczasem jestem ciemny jak tabaka w rogu. Równie dobrze moglibyście mi kazać pisać powieść o średniowiecznych Chinach i to w języku Konfucjusza. Przypuszczalnie lepiej poradziłbym sobie z tym zadaniem. Może kiedyś się uda? Potrzebuję tej książki, bo chciałbym wreszcie zrozumieć kobiety. A bez rozumienia kobiet nie sposób zrozumieć świata.

Napisałbym książkę o napadzie na bank. Nie wiem dlaczego, ale myślę o tym od lat. Mowa o prostej historii, zresztą właściwie nie ma sensu, żebym się tłumaczył. Napad na bank to napad na bank i cześć. W swoich powieściach nie lubię (między innymi) rozciągnięcia w czasie. „Kult” opowiada piętnaście lat z życia bohaterów. „Exodus” w ogóle życie całe, o „Innej duszy” nawet nie chce mi się wspominać. Ta wymarzona, piękna książka o napadzie na bank będzie rozgrywała się w ciągu jednego dnia. Widzę ją jako piękną, dynamiczną, męską i akcyjną. Swoją drogą, czy gdybym w ramach zbierania materiałów rzeczywiście napadł na bank, to wyrok byłby mniejszy?

Już mam. Kobieta napada na nawiedzony bank. Takiego sukcesu literackiego świat jeszcze nie widział.

 

tydzień z głowy (553)

Co się stało, kochany artysto?

 edwin

Odświeżyłem sobie „Co się zdarzyło Baby Jane?”. To jeden z moich ukochanych filmów i totalny horror, choć próżno wypatrywać w nim duchów, wampirów, seryjnych morderców. Opowiada o najróżniejszych odcieniach zła, o jego głębi zamieszkującej w człowieku. Zastanawiam się, czy którykolwiek twórca filmowy dotarł równie daleko co Robert Aldrich.

Zło w człowieku niewiele mnie obchodzi, za to człowiek interesuje bardzo. W „Co zdarzyło się Baby Jane?” znajduje się wątek poboczny, który wcześniej mi umknął. Otóż stara, obłąkana, sadystyczna Jane Hudson w pijanym widzie decyduje się na wskrzeszenie swojej estradowej kariery. Występowała jako dziecko, pięćdziesiąt lat temu. Daje ogłoszenie w gazecie, że szuka muzyka do współpracy.

No i zgłasza się gościu, gościowi jest Edwin, Edwin przychodzi do tej starej, pijanej i szalonej baby, bo rozpaczliwie potrzebuje forsy, no i nie chce siedzieć cały czas w domu z uciążliwą matką. Jane zapytuje go o parę rzeczy, sadza za pianinem i zaczyna śpiewać piosenkę, którą zasłynęła jako gwiazda dziecięca, w czasach pierwszej wojny światowej. Ludzie już w kosmos zdążyli polecieć, a ona tańczy i skrzeczy o liście, wysyłanym tatusiowi do nieba. Jest potworna. Przerażająca. Jej śpiew, taniec, wygląd ucieleśnia tragedię ludzkiego losu.

Jane odbija się w oczach Edwina. Edwin jest pozbawionym złudzeń, cynicznym, dobrze zapowiadającym się alkoholikiem o gasnących artystycznych ambicjach. Wie, że współpraca z Jane będzie całkowitą katastrofą, po prawdzie żadną współpracą nie będzie. Mowa o przygrywaniu starej alkoholiczce i staczaniu się z nią coraz głębiej, w loch samooszukiwania się, fałszywych nadziei oraz słusznego poczucia klęski. Będzie się z nią kłócił, pocieszał i błagał, żeby mu zapłaciła. Rozpiją się we dwoje do reszty. Wkurwi się na nią i rzuci tę robotę. Potem wróci, z litości i dla stu dolarów tygodniowo. Obudzi się o czwartej nad rano przeklinając swój los. Poogląda kolegów występujących w filharmoniach.

To wszystko wie gruby, bezradny Edwin gdy patrzy i słucha rozśpiewanej Baby Jane. Wie też, że weźmie tę robotę bo nie ma żadnej innej no i nie chce siedzieć w domu sam z matką.

Nie każdy Edwin jest artystą. Ale każdy artysta był Edwinem.

Tydzień z głowy (552)

Wspomnienie o Tetrisie

tetris Ściągnąłem sobie Tetrisa na komórkę i pograłem trochę. Właściwie nie wiem dlaczego to zrobiłem, bo nie gram na telefonie, ani nawet na komputerze. Nie mam też tabletu. No ale Tetris to wspaniała gra, trochę jak domino albo szachy. Pozostaje nieczuła na upływ czasu. Bawi tak samo teraz, jak i ćwierć wieku temu. Tylko ja czerpię mniejszą radość z jakiejkolwiek zabawy.

W Tetrisa grałem kiedy leżałem w szpitalu chory na mononukleozę. Miałem może dwadzieścia lat. Warto dodać, że ta cała okropna mononukleoza była jedyną chorobą na jaką zapadłem w dorosłym życiu. Od tego czasu nie trafiłem do szpitala, ani nawet nie byłem u lekarza, wyjąwszy dentystę.

No ale wtedy byłem całkiem poważnie chory, leżałem w szpitalu i nudziłem się jak na pasterce. Koleżanka pożyczyła mi Tetrisa. Była to zwyczajne pudełko z grą elektroniczną, takie szare, z ekranem i wbudowanymi przyciskami. Nikomu nie śniło się o żadnych komórkach. Miałem gorączkę, czopy ropne w gardle, nie mogłem skupić się nad książką i szpital przetrwałem głównie dzięki graniu w Tetris.

Wyzdrowiałem, wróciłem do domu i Teris poszedł w odstawkę. Natychmiast zainteresował się nim mój stary. Tatko był przeciwnikiem tak zwanych gier komputerowych. Po prostu ich nie rozumiał i zastanawiał się głośno nad dziwaczną ambicją osiągnięcia czegokolwiek na ekranie. Do pewnego momentu w życiu dość dobrze ogarniał nowinki techniczne, znał się na samochodach, magnetowidach i sam robił meble. Ale nigdy nie nauczył obsługiwać się komputera i dopóki żył, z okazji zmiany czasu przestawiałem mu zegarek w komórce. Myślę, że jakaś (niekoniecznie świadoma) część psychiki ojca zrozumiała, że świat gwałtownie przyspiesza i nie warto go gonić.

Ale chwycił tego Tetrisa i grał całymi godzinami. Siedział w czarnym fotelu, w swojej pracowni i klikał. Były dni, kiedy nie robił niczego innego. Cieszył się okropnie tą zabawką, a ja liczyłem, że przekonam go do innych gier, do czego oczywiście nie doszło. Pozostał wierny Tetrisowi przez długie tygodnie. Naprawdę dobrze mu szło. Aż raz zerknąłem mu przez ramię i zobaczyłem, że robi poważny błąd.

Pokazałem mu, że można obracać figurki i cieszył się grą jeszcze bardziej.

Tydzień z głowy (551)

Dwa krzyże

 IMG_1853

Wśród wielu opowieści o Kazimierzu Domańskim i objawieniach w Oławie jest i taka o krzyżu. Natrafiłem na nią podczas pracy nad „Kultem” ale w końcu nie znalazła się w książce. Krzyż był dość duży. Takie widujemy czasem na wsiach, na skrzyżowaniach dróg. Pielgrzymi i sympatycy Domańskiego (w książce nazywam ich jeremiaszami) modlili się pod nim i doświadczyli wielu cudów. Wirowało słońce. Hostie spadały z nieba, takie rzeczy.

W latach dziewięćdziesiątych Domański zbudował własną świątynię i krzyż wylądował właśnie tam. Po śmierci, cała parcela, z budynkiem kościoła, kaplicą, plebanią, domem pielgrzyma, garażami oraz wielkim parkiem została przekazana Kościołowi katolickiemu. Księża rozpoczęli czyszczenie pamięci po Domańskim. Usunięto tablice upamiętniające działalność wizjonera, a sam krzyż ksiądz wyrzucił na śmietnik. Nie wiem czy to prawda. Tak słyszałem. Jeremiasze mi powiedzieli. Faktem jest, że przechowują ten krzyż i używają go w swoich uroczystościach.

Jestem ateistą, a gdybym miał się modlić to tylko do Mamona, ale w księdzu wyrzucającym krzyż widzę niezwykłą podłość – jakby zaparł się wszystkiego kim powinien być, całego powołania. Ale przecież sam Kościół został powierzony człowiekowi o dość chwiejnym charakterze. Jest w tym logika.

Niedawno pojechałem na sesję zdjęciową na potrzeby „Kultu”. Fotki cykaliśmy na działkach. Leżała tam torba ze śmieciami. Kopnąłem ją, bo przeszkadzała w ujęciu i wypadł z niej mały drewniany krzyżyk. Natychmiast go podniosłem. Zrobiliśmy z nim kilka zdjęć. Ujął mnie ten niezwykły zbieg okoliczności, ten krzyż i tamten, jeden dla Domańskiego, a drugi dla mnie. Nie wierzę w Boga, lecz w istnienie znaczeń, które nadajemy naszemu życiu, w porządek wyłaniający się z chaosu na prawach symbolu. Dlatego zabrałem ten krzyż do siebie do domu. Nie powiesiłem. Leży sobie na barku. Obok figurki bogini Kali.

Tydzień z głowy (550)

Posted on 8 kwietnia 2019

Okruchy

 Wayne

Przypominają mi się różne rzeczy bez związku.

Myślę na przykład o gwieździe szeryfa. Ojciec przywiózł mi ją ze Stanów. Miałem może sześć lat. Gwiazda wyglądała dokładnie tak jak z westernu: srebrna, tłusta, blaszana. Problem w tym, że nie wiedziałem kim jest szeryf. Nie mieliśmy (chyba) w domu telewizora, a już na pewno nie widziałem żadnego westernu. Zapytałem ojca. Kim jest szeryf, tato? Odpowiedział, że to taki ktoś, kto pilnuje porządku. Wziąłem sobie do serca tę informację, wpiąłem gwiazdę w klapę i szukałem bałaganu. Wskazywałem na szklankę po herbacie, pozostawione narzędzia. Byłem zachwycony sobą, głupi, upierdliwy.

Wraca też krakowski Łobzów, rejony Nowego Kleparza i fortu, zapewne dlatego, że mieszkam tuż obok, zaś wcześniej, lata temu, w tym rejonie urzędowała moja babcia z ciotką. Mieszkały w budynku Herbewa. Przyszedł właściciel i wyrzucił obie panie. Babcia była już dobrze po osiemdziesiątce. No ale nieważne, nie chcę o niej pisać, po prostu łażę po dzielni, a dzielnia przychodzi do mnie, ta która już nie istnieje. Na kleparzu facet bez nóg handlował pirackimi taśmami video. Ponoć uciął mu je tramwaj. Wiem gdzie był sklep z zabawkami, gdzie stała sobie budka, w której kupiłem pierwszą kasetę AC/DC. Wokół fortów jeździłem na rowerze, przez długie godziny.

A skoro już przy rowerze, zdarzyło mi się coś takiego. Moja była dziewczyna przejeżdżała na rowerze przez przejście i wjechał w nią samochód. Nic się jej nie stało, tylko rower szlag trafił. Przyjechałem na miejsce, młody, głupi, dwudziestoparoletni. Autem kierowała kobieta i chcieliśmy od niej, od tej kobiety, jakąś kasę za zniszczony rower. Oczywiście, nie chciała płacić. W końcu przyjechała policja i policjant powiedział, skądinąd słusznie, że to wina mojej dziewczyny, bo przejechała przez przejście. Wówczas kobieta kierująca autem zagroziła sprawą w sądzie grodzkim. Musieliśmy jej zapłacić. Pamiętam jak idę do bankomatu po parę stówek dla tego kurwiszona. Tak było: wjechała w moją dziewczynę, rozpieprzyła rower i jeszcze wzięła szmal, w majestacie prawa. Wściekam się zawsze, gdy przypominam sobie tę historię, ale jestem też wdzięczny, że się zdarzyła. Wiem na jaką sprawiedliwość mogę w życiu liczyć.

Older Posts