porusza i prowokuje...

Tydzień z głowy (402)

Posted on 29 maja 2016

O artystach

Michelangelo_Caravaggio_071

Artysta właściwie nic nie musi. Może być kapryśny, złośliwy, niewierny, podły i fałszywy. W niektórych przypadkach te cechy służą artyzmowi, choć niekoniecznie samemu artyście.

Artysta musi jednak być wrażliwy. Ponadnormalna wrażliwość umożliwia uprawianie wartościowej sztuki, to chyba jasne. Wrażliwość stanowi klucz do zrozumienia ludzi i dostrzeżenia rzeczy, których inni nie dostrzegają. Dzięki niej udaje się operowanie nastrojem, na przykład wywoływanie radości lub smutku w odbiorcy (artysta jest przecież manipulantem, taka jego rola). Innymi słowy, na artystę nadaje się człowiek delikatny, o rzadkiej zdolności odbierania najdrobniejszych drgań świata.

Ładnie, pięknie, ale życie to kurwa, a świat sztuki (rynek wydawniczy, show-biznes, cały ten młynek związany z dostarczaniem wytworów kultury, jak zwał, tak zwał) to gnój, przy którym „Salo” Pasoliniego przypomina szkółkę niedzielną. Mowa o fałszywych przyjaciołach, ogólnej gnuśności, podsrywaniu oraz o tak zwanych wampirach marzeń – tych nie znoszę najbardziej. Do tego sam mechanizm „robienia kariery” wydaje się tak zawiły, że nie umiałbym nikomu nic doradzić. Wszystko, co mi wyszło, stało się przypadkiem.

Aby funkcjonować w tym świecie, artysta musi być twardy jak Rambo i Harry Callahan razem wzięci. Innej rady po prostu nie ma. Tylko mocny charakter pozwoli przetrzymać pozaartystyczny aspekt tego szczególnego zawodu. Gdy ktoś uwierzy w to, co o nim mówią lub piszą, jest po zawodach. Mam też na myśli zdolność do znoszenia własnych niepowodzeń. Na nie zawsze można liczyć. Doświadczyłem więcej porażek niż sukcesów i towarzyszy mi pewność, że to się nie zmieni. Praca w sztuce to nie toczenie kolejnych bitew, lecz kulki gnoju, która lubi wymknąć się z rąk.

Łatwo dostrzec tę sprzeczność. Wrażliwość nie zgadza się z siłą, a siła z wrażliwością. Dlatego mamy tak wielu artystów, którzy mimo ogromnego talentu nie zostali dostrzeżeni. Artystów miernych znajdzie się jeszcze więcej. Nie są wrażliwi, lecz silni. Lub, co gorsza – tylko cwani.

Tydzień z głowy (401)

Posted on 22 maja 2016

O dobroci

Rembrandt_-_Landscape_with_the_Good_Samaritan_-_WGA19228

Warszawa, późny wieczór. Wsiadam do wagonu metra na Młocinach. To stacja początkowa, wagon zapełnia się powoli. Siadam i gapię się w telefon, rozmyślając o miłych ludziach, którzy przyjęli mnie w Płocku, i o tamtejszej katedrze, boleśnie zapełnionej przez dzieci. Nieopodal staje para osiedlowa. On ubity knypek, ona tipsiara. Pociąg rusza.

Stację dalej między tym dwojgiem wywiązuje się awantura, w której tipsiara wydaje się stroną skrzywdzoną. Knypek potrząsa nią, szarpie, próbuje wyrwać torebkę i krzyczy coś o pieniądzach. Ona wrzeszczy: „Zostaw mnie! Zostaw mnie, skurwysynu!”.

Awantura zyskuje na sile, ubity knypek robi się coraz bardziej agresywny, pasażerowie nie reagują. Przyglądam się temu facetowi i tak oto myślę: „Miałem cholernie dobry dzień. Nominowali mnie do Nike i Gdyni, bardzo ważnych nagród literackich, i jeszcze zdarzyły się przemiłe bibliotekarki w Płocku. Ale nie zrobiłem ani jednego dobrego uczynku. Czas to zmienić. Pierdolnę chłopu w kły”.

Wstaję. W tym samym czasie facet się uspokaja, puszcza torebkę i idzie w inną część wagonu. Tipsiara potulnie rusza za nim i oto siedzą sobie zgodnie, w milczeniu, na czerwonych krzesełkach. Siadam z powrotem, zachodząc w głowę, co tu właściwie zaszło. Czemu dziewczyna najpierw próbowała się wyrwać, a teraz pokornie towarzyszy swemu prześladowcy? Jej rzecz, nic mi do tego, myślę i znów gapię się w telefon.

Dwa dni później oprowadzam czytelników po Krakowie śladami twórczości własnej, co jest czynnością żenującą, niemniej opłaconą. Staram się, jak mogę, a po skończonym spacerze siadamy w podgórskiej kawiarni, gdzie, popijając piwko, dzielę się tym, co widziałem w metrze. Okazuje się, że jedna z czytelniczek zna wyjaśnienie frapującej mnie zagadki.

Tych dwoje to złodzieje i nieustannie odstawiają podobne przedstawienie. Chodzi o to, żeby ktoś podszedł z interwencją. Siłą rzeczy, zwróci uwagę na knypka, a wówczas tipsiara, pozostająca poza wszelkim podejrzeniem, zwinie portfel bądź telefon. Tym razem im się nie udało. Najprawdopodobniej nie dostrzegli, że wstaję, albo dostrzegli i uznali, skądinąd słusznie, że zrezygnuję ze słów i od razu przejdę do czynów.

Coraz trudniej być dobrym człowiekiem.

Tydzień z głowy (400)

Posted on 16 maja 2016

Czekając na Franciszka

water

Przygotowaniom do Światowych Dni Młodzieży przyglądam się bez emocji czy złości, choć bydlę ze mnie bezbożne do szpiku. Religijność rozumiem słabo, jej wymiar ludowy, pątniczy, rozśpiewany pozostaje dla mnie kompletną zagadką. Będę wówczas w mieście i popatrzę na ów tłum rwący się ku transcendencji. Uczynię to, minimalizując niedogodności własne.

Odpowiednio wcześniej zamówię skrzynkę piwa i parę butelek whisky, omijając zapowiadaną prohibicję. Pracuję w domu, więc paraliż komunikacyjny miasta, do którego zawita trzykrotnie więcej gości niż mieszkańców, uznam raczej za atrakcję obserwowaną przez okno, a nie realne utrudnienie.

Nie obchodzą mnie gigantyczne pieniądze władowane w tę imprezę z budżetu państwa, miasta czy też gminy, gdyż, gdyby nie ŚDM, ów szmal przetrwoniono by na coś równie niedorzecznego. Kościół zażądał forsy od wolontariuszy, więc robić nie ma tam komu, lecz przecież tak gargantuicznego burdelu nie ogarnęłaby nawet gwardia watykańska sprzymierzona z Legionem Walońskim.

Zamach jest łatwy to przeprowadzenia, lecz akurat wtedy mało prawdopodobny. Polska jest krajem, gdzie bombę można zdetonować zawsze i wszędzie, więc czemu akurat wówczas? Islamiści w Europie nie zwykli atakować na chrześcijańskich imprezach. Jeśli dojdzie do nieszczęścia, zobaczycie mnie wśród gruzów, jak ratuję innych przed wizytą w Niebie. Póki co frapuje mnie coś innego. Mianowicie, gówno.

Przeciętny człowiek wydala z siebie około 200 gram gówna dziennie (uśredniam mocno). Nie jestem dobry w matematyce i mogłem się rypnąć, ale wychodzi na to, że 2 500 000 pielgrzymów przez pięć dni pozostawi w Królewskim Stołecznym Mieście Krakowie 2 500 ton gówna. To całkiem sporo gówna, a pamiętajmy o tym, że miejscowi również dysponują układem wydalania i mogą z niego korzystać.

Tego rodzaju kłopot wymaga chyba boskiej interwencji, bo człowiek niewiele tu zdziała. Owszem, można rozstawić dziesiątki tysięcy niebieskich kibelków, lecz te wymagają regularnego opróżniania. Jak to zrobić, gdy wszystkie ulice zostaną zatkane przez pątników i autokary? Właściciele planują ponoć pozamykać knajpy w obawie, że kible mogłyby nie wytrzymać szturmu młodych chrześcijan. Szalety zmienią się w twierdze i tylko w Wiśle nadzieja. Piękna polska rzeka niedawno zaczęła się oczyszczać, jak przypuszczam – przedwcześnie.

Pamiętajcie – gówno to nie jedyna substancja, jaką wydala z siebie człowiek. A ziemia w lipcu ma ograniczoną możliwość wchłaniania. Lato w Polsce powodzią stoi. Teraz zaleje nas, po prostu, inny rodzaj cieczy.

Takiego sacrum i profanum świat jeszcze nie widział.

Tydzień z głowy (399)

Posted on 8 maja 2016

Sen o dobrym Aleksandrze

śniłem w Krakowie, w kwietniu 2016 roku

Mosaic of Alexander the Great

Jestem na spotkaniu autorskim, jednym z wielu, na jakie ostatnio jeżdżę, a jednak szczególnym. Odbywa się ono w maleńkiej miejscowości położonej na uboczu. To dosłownie parę parterowych, drewnianych domków okolonych przez płoty, za którymi szumi las. Nieoficjalna część dokonuje się na świeżym powietrzu, przy ciężkim stole. Wódę pijemy na wiadra. Wiadomo, w małych miejscowościach ludzie są najbardziej gościnni.

Na spotkania autorskie jeżdżę sam, ale tym razem towarzyszą mi moi ukochani przyjaciele. To konkretne twarze i imiona, które jednak zmilczę (udział w moim śnie mogą wziąć za obrazę). Siedzimy, gadamy, żremy karkówkę z grilla, no i walimy tę wódę. Nagle orientuję się, że jest już późno. Nie mamy gdzie spać. Trzeba wyruszyć ku miastom.

Wieś, w której się znajdujemy, służy za miejsce spotkań możnych tego kraju. Jest taką Magdalenką trzeciej i czwartej Rzeczpospolitej. Dlatego leży w głębokim lesie, pozbawiona stacyjki kolejowej czy nawet przystanku PKS. Nie wiem, jak tu przyjechałem. Co gorsza, nie mam pojęcia, jak wrócić. Przejęty, krążę między domami, a słońce krwawo zapada się w sosny.

Ratunek ma zacną twarz Aleksandra Kwaśniewskiego. Poczciwy Olo wygląda kubek w kubek jak w Charkowie. Nie wie, kim jestem ani co tu robię, lecz traktuje mnie z wielkopańską serdecznością. Mówi, że nie ma problemu, zawiezie mnie, gdzie tylko chcę. Dziękuję ślicznie, lecz nie jestem sam. Towarzyszą mi pijani przyjaciele. Nalaną, czerwoną gębę Ola rozjaśnia szczery uśmiech. „Co za problem – mówi – wezmę i twoich kumpli! Zbierzcie się spokojnie, czekam na was przy maybachu”.

Uradowany, przynoszę chłopakom dobre wieści. Załatwiłem transport, koledzy, rozchodniaczka i ruchy, bo Olo czeka. Tymczasem ujawnia się inny rodzaj kwasa. Jeden kumpel zasnął, inny ani myśli oderwać się od butelki, trzeci właśnie leci z miejscową dziewuchą na siano, a czwarty obwieszcza, że prędzej pójdzie na butach niż wsiądzie z tym jebanym komuchem do jednego samochodu. Tłumaczę, że to jedyna szansa. Próżno wyglądać innego transportu. I co? I nic. Chłopcy są nieprzejednani.

Wracam do Ola, który rzeczywiście czeka oparty o swojego maybacha, i mówię: „Przepraszam panie Prezydencie, jednak nie jedziemy”. Jeśli Olo nawet widzi, jak mi głupio, to nie daje tego po sobie poznać. Macha ręką, znów po wielkopańsku. Nic się nie stało, nasza sprawa, chcemy zostać, to sobie zostańmy. Po chwili patrzę na malejące światła maybacha. Zapadła noc. Dobiegają mnie odgłosy gasnącej popijawy i babskie piski ze stodoły, pod gwiazdami ścigają się nietoperze, a droga, którą odjechał maybach, wije się jak znak zapytania.

Tydzień z głowy (398)

Posted on 2 maja 2016

W światło

light

Z ciemności nie da się wyjść, gdy człowiek pragnie tego wyjścia. Przynajmniej mnie to się nie udało. Mrok jest zresztą w jakiś sposób przyjemny. To dom o czarnych ścianach, ale jednak dom. Muzyka wszechświata najmilej gra niewidomym.

To kwestia przyzwyczajenia i nauki reguł świata, w którym oczy tylko przeszkadzają. Znałem zwyczaje generowane przez smutek i bawiłem się poczuciem beznadziei, nawet jeśli życie nie bywało smutne i beznadziejne.

Raz poszedłem do psychiatry, na czyjąś wyraźną prośbę, ale też przejęty narastającymi problemami ze snem. Odmówiłem prochów (ręka doktorka od głowy nieodmiennie ciąży ku receptom) i dowiedziałem się, że mam subdepresję. Taką depresję, tylko malutką. Kurwa mać, to ja już nawet normalnej deprechy nie mogę dostać, tylko taką niedorozwiniętą, niedorobioną? Potem pomyślałem jednak, że są ludzie, którzy zmagają się z dramatami większymi niż ja, syty pisarz przed czterdziestką.

Znalazłem w sobie jakąś gotowość na zmianę. Nie była ona specjalnie uświadomiona, niemniej czułem jej obecność, czułem, że jeśli zdarzy się coś dobrego, znajdę w sobie odpowiedź. Przyjmowanie rzeczy dobrych to trudna sprawa, przynajmniej w moim przypadku.

Niewiele pomogła ta cała gotowość. Nieoczekiwanie, błądząc po ciemnych korytarzach, wygramoliłem się na światło (ewentualnie ciemność znudziła się takim patafianem jak ja i wypluła mnie ze swych trzewi). Stanąłem w blasku, nie wiedząc, co i jak. Naprawdę, światło na początku dawało ciepło i nowy rodzaj ślepoty.

Potem przez długie miesiące odzyskiwałem wzrok. Uczyłem się reagowania smutkiem na rzeczy smutne i radością na te sprawy, które winny nieść radość. Poznawałem alfabet świata, po raz pierwszy w swoim życiu. Nie jestem szczęśliwym człowiekiem, bo w tym wieku nikt chyba nie jest, ale znalazłem, mówiąc Arystotelesem, stałą predyspozycję do szczęścia. Gdy zdarza się po temu sposobność, umiem być szczęśliwy. No i jestem, macie państwo, ecce rhinoseros. Ciekawi mnie strasznie, ile to potrwa.

Nie wierzę w zen wyjebki, całą tę autarkię można sobie w dupę wsadzić. Wyszedłem z ciemności także dlatego, że w moim życiu dzieje się wiele dobrych rzeczy. Gdyby działy się złe, w żadnym razie bym się nie wygramolił. Bieda, choroba, bliskość śmierci wpychają z powrotem w ciemność i nie ma na to żadnej rady.

Tylko jedno mąci, drażni: jak teraz pisać, jak teraz pisać?

tydzień z głowy (397)

Wrzaskun

Detail image of the painting SATURN by the Spanish artist GOYA.

Detail image of the painting SATURN by the Spanish artist GOYA.

Weekendowe przedpołudnie, Kraków. Siedzę z moim przyjacielem w restauracji na śniadaniu. Ponieważ dzień jest ciepły, usadowiliśmy się na zewnątrz. Jem białą kiełbasę z musztardą i piję kawę. Prócz mnie i mojego przyjaciela przy stoliku siedzą inni ludzie, też jedzą, też piją kawę, omawiają interesy. Dzień nastał gwarny, tłoczno w ogródkach piwiarnianych. Kierowca trąbi na samochód dostawczy, który zatarasował mu drogę.

Mija nas człowiek w dżinsach, bluzie i czapce. Nie mogę dostrzec jego twarzy, ale sądząc z postury, jest w miarę młody, ubity taki. Przystaje, prostuje się, rozkrzyżowując ramiona z dłońmi na wysokości bioder, jakby próbował coś ku sobie przygarnąć, i wydaje ryk z głębi wnętrzności. Dźwięk jest krótki, brudny i głośny. Jak mela po ramce fajek i Wyborowej. Nie ulega wątpliwości, że jego źródło znajduje się gdzieś w samym sercu jestestwa tego osobnika. Robi kilkanaście kroków, znów staje, znów wrzeszczy. Wydaje się, że w tym, co robi, jest niesłychanie precyzyjny, między wrzaskiem a wrzaskiem przebywa taką samą odległość.

Później przypomnę sobie, że widziałem go już wcześniej, pięć, może dziesięć lat temu na trawniku koło McDonalds na Opolskiej. Robił dokładnie to, co teraz, czyli przystawał i wrzeszczał. Ale jeszcze tego nie wiem, bo siedzę na Kazimierzu, żuję kiełbasę, a mój przyjaciel zauważa, że teraz ktoś powinien wystawić głowę przez okno i też wrzasnąć.

Przyjaciel żartuje, ale ja wiem, że powinno się wydarzyć właśnie coś takiego. Niech otworzy się to okno i wrzask odpowie na wrzask, niech niesie się dalej. Niech wrzeszczy starzec z Kazimierza i jego chora żona, trener w fitness klubie na Podgórzu i jego wyżyłowana wychowanka, chłopak zatrudniony w fabryce papierosów na Hucie, który właśnie opuszcza zmianę, syty alfons z Woli Justowskiej i pijana młoda para na zameczku w Przegorzałach. Niech wrzeszczą w Myślenicach, Zabrzegu, w Warszawie, na Podkarpaciu i w pięknym Trójmieście, a ów wrzask niech ślizga się po Bałtyk i przeskakuje Tatry. W Czechach i Niemczech ludzie podnoszą głowy, bo chcą wrzeszczeć.

Chcę i ja. Ale nie wrzeszczę, bo jem białą kiełbasę, omawiam interesy i nie wypada. Niemniej, powinienem wstać i krzyknąć. Wówczas ten człowiek wiedziałby, że nie jest sam na świecie.

tydzień z głowy (396)

Tajemnica Świętego Wrocławia

swietywr

fot. Dominika Węcławek

Sympatyczni czytelnicy zafundowali sobie spacer na wrocławskie osiedle Polanka, gdzie działa się duża część akcji mojej trzeciej powieści. Nastrojowe zdjęcia, dość dobrze oddające klimat książki, sprawiły mi radość, ale i wpędziły w zakłopotanie. Można znaleźć je w sieci, o tu, pod tym adresem.

To naprawdę cieszy: krótka powieść, wydana w małym nakładzie i umiarkowanie promowana, wciąż tkwi w paru głowach i sercach. O taki rodzaju sukcesu warto zabiegać. Wyobrażam sobie, jak ci ludzie chodzili po Polance i zastanawiali się, który z wysokościowców uległ przemianie jako pierwszy albo gdzie stało Czarne Miasteczko. Nie wiem, czy byli tak zaangażowani, lecz myślenie o tym w ten właśnie sposób sprawia mi niewinną, niską przyjemność.

Dwa lata temu przyjechałem do Wrocławia na Dni Fantastyki. Wieczór spędziłem w knajpie, ciesząc się towarzystwem. Przy stoliku siedziała dziewczyna, która wyraźnie zbierała się, żeby coś mi powiedzieć. Wreszcie poderwała się, poleciała do baru po dwie wódki i powiedziała, że mieszka w Świętym Wrocławiu, w budynku, w którym rozpoczęła się akcja powieści. Była urocza i bardzo zaaferowana, szczerze dziękowała mi za książkę. Przytuliłem ją po przyjacielsku, piłem dalej, a potem wróciłem do hotelu, cały czas się zastanawiając, czy powinienem był powiedzieć jej prawdę.

Nigdy tam nie byłem. Ani w tym bloku, ani na tym osiedlu. Nigdy nie zjawiłem się na Polance, a pierwszy raz zobaczyłem to miejsce parę dni temu, na wzmiankowanych wyżej zdjęciach.

W pierwszej wersji powieści zaczarowane osiedle umieściłem na skrzyżowaniu ulic, które w rzeczywistości się nie skrzyżują. Na rogu Brackiej i Reformackiej, Puławskiej i Marszałkowskiej, żeby posłużyć się przykładem z innych miast. Uważałem, że taki zabieg przyda książce „magicznego nastroju”, cokolwiek miałoby to znaczyć. Joasia Mika, która pracowała nad redakcją, uświadomiła mi, gdzie mogę sobie wsadzić takie genialne rozwiązania.

Joasia wyskoczyła z tym późno. Książka była już zredagowana, być może złamana, w każdym razie za moment miała polecieć do druku. W ostatniej chwili chwyciłem za mapę (nie korzystałem jeszcze ze stosownych narzędzi googla) i wybrałem byle jakie osiedle. Trafiło na Polankę. Z Joasią uzgodniliśmy nazwy ulic, parę detali i to wszystko. Nie wiem, czy prace trwały dwa dni, czy dwie godziny. W każdym razie krótko. No i tyle. Jest, jak jest. Właściwie nie wiem, co jeszcze mogę napisać.

Niewiarygodny autor może tworzyć wiarygodną literaturę. A gdy ktoś pyta mnie o alchemię słowa, mam dla niego tylko tę jedną, jedyną historię.

Tydzień z głowy (395)

Głupio

Foolish

Głupio mi wobec ludzi, którzy uczciwie pracują za dwa dwieście, i wobec kasjerki w Carrefour Express, gdzie kupuję sobie jedzenie wartości półtorej jej dniówki. Głupio mi wobec nauczycieli, robotników, motorniczych i wszystkich, których praca jest wymierna, konkretna, potrzebna i, jak większość prac w tym kraju, fatalnie opłacana.

Głupio mi za każdym razem, gdy ktoś mnie zapyta, czym się zajmuję, także dlatego, że nie wiem właściwie, jaka jest moja profesja. Myślę o sobie jako o zawodowym idiocie i głupio mi z tego powodu.

Głupio mi zawsze, gdy ktoś podejdzie i powie, że lubi moje książki, że podobał mu się mój program albo tekst „michałek” przeczytany w gazecie. Nie mam pojęcia, co powinienem odpowiedzieć. Właściwie nie wiem, jak mam się zachować, i czuję się jak facet, który na przyjęciu u królowej brytyjskiej złamał się do doniczki z fikusem. Na szczęście czasem podejdzie ktoś, kto powie, że całe to moje pisanie jest do dupy. Wówczas też jest mi głupio, tylko trochę mniej.

Głupio mi nieodmiennie, gdy wysyłam książkę do wydawcy, do redaktorki albo do przyjaciół, którzy chcą przeczytać surową wersję tekstu, na długo przed wydaniem. Najchętniej wysłałbym drugiego maila z przeprosinami i pokorną prośbą, by nie wydawali, nie poprawiali i nie czytali tej całej książki, bo inaczej ona wyjdzie, poprawiona i przeczytana, a wówczas będzie mi jeszcze głupiej.

Wczoraj jechałem pociągiem i oglądałem na laptopie „Draculę” Andy’ego Warhola z Udo Kierem w roli tytułowej. W filmie pojawiają się gołe baby. Obok siedziała tęga starucha w typie różańcowym, więc było mi głupio. Przedwczoraj wpadłem na próbę zaprzyjaźnionego zespołu, piłem whisky i toczyłem radosne dysputy. Wróciłem do hotelu, gdzie owładnął mną smutek, no i było mi głupio. Co robiłem jeszcze dzień wcześniej, to już nie wiem, ale wiem, że było mi głupio.

Jest mi głupio, że jest mi głupio, bo przecież nie ma żadnego powodu, abym tak się czuł, nie robię przecież niczego złego, być może nawet odwrotnie – pracuję ciężko, starając się robić rzeczy wartościowe. Nic z tym nie uczynię. Istnieje jeszcze jedna zabawna okoliczność. Gdy raz na czas odwinę jakieś skurwysyństwo, to nie jest mi głupio, ale za to jest mi głupio, że nie jest mi głupio, i wszystko wraca do normy.

Tydzień z głowy (394)

Posted on 4 kwietnia 2016

Człowiek z Księżyca

cells

W pewnej uroczej bajce pastuszek schodzi z Księżyca na Ziemię. Lina, której używa do tego zadania, okazuje się zbyt krótka. Nogi pastuszka majtają w powietrzu. Na szczęście sojusznikiem naszego zucha jest rozum. Pastuszek ucina kawałek liny nad sobą i przywiązuje z drugiego końca. I tak dalej, i tak dalej, aż wreszcie jego stopy lądują wśród traw.

W innej bajce ten sam bohater wyciąga się za włosy z bagna. Jest bowiem dzielnym i pomysłowym pastuszkiem. Lubię takie opowieści. Kocham historie niemożliwe, nie tylko dlatego, że moim prawdziwym powołaniem jest, najprawdopodobniej, wypasanie owiec.

Przecież życie – moje, twoje, każdego innego człowieka – jest czymś niemożliwym, nieprawdopodobnym w skali makro i mikro. Kostka genowa ma biliony ścian, lecz wypadła akurat ta jedyna. Na zdrowy rozum, w kosmosie powinny być tylko płonące kamienie.

Pal sześć ten wszechświat, pomówmy lepiej o mnie. Nie tylko wygrałem w wyścigu plemników, ale też nie skonałem w żywopłocie, pod butem jakiegoś gnoja, dławiąc się krwią zmieszaną z rzygowiną. Nie wpadłem pod samochód, nie utonąłem w kiblu, choć było blisko, nie przygniotła mnie szafa trzydrzwiowa ani też nie walnął meteoryt. Prawdopodobieństwo, że przyjdę na świat, jest mniejsze niż oberwanie meteorytem.

Gdy ląduję na dnie, próżno nasłuchiwać pukania od spodu, lecz gdzieś za parującym pyskiem smoka czekają buty Hermesa gotowe do lotu. Nie mam domu i jestem wędrowcem, zawsze jednak znajdzie się dobra dusza gotowa pomóc w rozłożeniu obozowiska. Pogrzebałem miłości, a nową znajduję, wdrapując się na kurhan. Kiedy się wypierdalam, upadam na atłas. Jestem w ciągłym ruchu i nieporuszony w sobie. Umrę i przeżyję – w dziecku, w książkach, w ludziach.

Tydzień z głowy (393)

Posted on 28 marca 2016

Dar niepamięci

mementi

Podczas przeglądania starych tekstów na okoliczność wznowienia „Wigilijnych psów” dowiedziałem się, jak wielu rzeczy nie pamiętam. Zapomniałem, że rzeczywiście chciałem założyć firmę zajmującą się dostarczaniem złych wiadomości, że naprawdę istniał facet nazwiskiem Walasik, że napisałem takie opowiadanie jak „Autostrada”.

Rzeczy ważne kiedyś teraz uległy zatarciu. Czasem na ulicy podchodzą do mnie ludzie, pytają, co u mnie, wspominają przygody, które razem przeżyliśmy, a ja gorączkowo zachodzę w głowę, kim, u diabła, jest ten facet i jak się nazywa.

Mija dwadzieścia lat od matury. Nie potrafiłbym wymienić więcej niż pięciu osób, z którymi chodziłem do klasy. Zatarło się wspomnienie o moim małżeństwie, które przecież było ważnym małżeństwem. Ocalałe wspomnienia są jak wyblakłe zdjęcia znalezione w kieszeni płaszcza, który należał do kogoś innego.

To postępuje. Zaciera się już Kopenhaga, jej lodowate wiatry, pakistańska restauracja z najlepszym jedzeniem na całym świecie i groby schowane wśród drzew. Niedługo przepadną dwa lata spędzone teraz w Warszawie. Czasem któryś z przyjaciół powie: „A pamiętasz, stary, jak wtedy i wtedy działo się to i tamto”, a ja drapię się w głowę i zakłopotany szepczę: „O kurwa, faktycznie”.

Czasem czuję się jak ów nieszczęśnik z filmu „Looper”, któremu nagle zaczęło znikać ciało. Wspinał się na jakiś płot i runął – przepadła mu dłoń. Próbował uciekać, lecz znów upadł. Nie było bowiem nogi. To przerażająca scena. Jedna z najstraszniejszych, jakie widziałem w kinie.

Ale najczęściej czuję się dobrze i uważam, że niepamięć jest darem, z którego należy się cieszyć. W moim życiu dużo się dzieje i chyba dlatego zapominam. Był czas, kiedy patrzyłem w przeszłość, ale nauczyłem się żyć tu i teraz. Tu i teraz jest jedynym, co mamy. Żadne inne życie na nas nie czeka. Jest jednak coś jeszcze.

Nietzsche pisze, że człowiek wielkiego ducha nie wybacza, ale zapomina swoje krzywdy, nie łaknie zemsty czy też zadośćuczynienia. Nawet w dupie nie ma, po prostu zapomniał, bo zajmuje go coś całkiem innego. Żadna ze mnie blond bestia, niemniej akurat tę cząstkę wielkości podzielam. Masa ludzi mnie skrzywdziła, a ja nie mam już pojęcia, kto to był, dlaczego to zrobił, a jak nawet coś zachowało się w mym podziurawionym mózgu, to nic mnie to nie obchodzi i wcale o tym nie myślę.

To trzysta dziewięćdziesiąty trzeci odcinek mojego dzienniczka. Trzysta dziewięćdziesięciu dwóch już nie pamiętam, a i o tym niebawem zapomnę.

Older Posts