porusza i prowokuje...

Tydzień z głowy (427)

O pisaniu

Mars

Mars

Jeśli szukasz miłej lektury, jeśli chcesz odprężyć się nad książką i łakniesz ubogacenia, trafiłeś pod zły adres. Odbieram, nie daję. Moje książki nigdy nie będą Twoimi przyjaciółmi. Moje książki to wróg wszystkiego, co kochasz.

Jestem tym przedszkolakiem, który obwieszcza wszystkim „Pszczółkom”, że nie ma Świętego Mikołaja.

Jestem tym kumplem, który mówi, że żona Cię zdradza. Tak, będę Twoim terapeutą. Dowiesz się, że rodzice Cię nie kochają, a dzieci okażą się niewdzięczne. Będziesz samotny. Nawet nie wśród ludzi.

Przypominam, że dom, w którym żyjesz – z telewizorem, zabawkami i kochającą kobietą – wziąłeś na kredyt, którego nigdy nie zdołasz spłacić, bo waluta w Twojej głowie, sercu i portfelu jest bez pokrycia.

Przypominam, że rzeczy, w które wierzysz – praca, samorozwój, ojczyzna, rodzina i Bóg – to tylko złośliwe fantomy. Żerują na Tobie, żeby potem zniknąć.

Jestem piratem, który złupił Twój port. Zdeptałem kwiaty w Twoim ogrodzie. Jestem menelem, którego wpuściłeś do domu. Zostawiłem ślady paluchów na ścianach, urwałem umywalkę i złamałem się do fikusa. Otwórz okna, spróbuj wygonić smród. Powodzenia, kolego.

Rozbiorę Cię z zasłon nie po to, abyś stanął w prawdzie, bo nie wiem, co to jest prawda. Chcę tylko, żebyś był nagi i wszyscy się z Ciebie śmiali.

Robię to, bo jestem głupcem. Nienawidzę samozadowolenia i fałszywych uśmiechów. Nie zmienię Twojego życia. Jestem pisarzem. Nie mogę tego zrobić. Ale chcę, żebyś przez moment się bał. Chcę, żebyś był, kurwa, przerażony.

Jestem jednak uczciwym głupcem. Ostrzegam zawczasu.

Jest tylu innych autorów. Tyle innych książek.

Tydzień z głowy (426)

O dobrych i złych rzeczach

priam

Jak każdy człowiek doświadczam dobrego i złego. Rzeczy dobre cieszą, a te złe smucą. W każdej z tych reakcji znajduję pocieszenie. Jestem zdrowym człowiekiem.

W ostatnich latach doświadczyłem mnóstwo dobrego. Zresztą, kiedy patrzę w przeszłość, na dawne lata i dziesięciolecia, widzę, że zawsze było tam dobro, którego jednak nie potrafiłem dostrzec, a zatem docenić.

Złe rzeczy, w jakiś sposób, przypominają jad. Wystarczy kropla, by zatruć szklankę wody. Wypiję i pluję żółcią, gorączka trawi, pali mnie brzuch. Porównanie z bolącym zębem również się nada. Gdy napierdala szóstka, pocieszenia nie przyniosą hajsy ani orgazmy.

Niekiedy więc tonę w smutku, tak jak w tej chwili, gdy siedzę z ciężką głową na kanapie, próbuję czytać książki, grać w gry i słuchać kompaktów kupionych sobie na pocieszenie. Równie dobrze można by uczyć słonia jazdy figurowej na łyżwach. Przyjaciel doradza, bym nie wstydził się smutku. Ma rację, bo nie ma w tym nic wstydliwego.

Cierpienie niezawinione i zawinione, głód nędzarza i rak mocarza są dokładnie takim samym cierpieniem.

Gdy jedne trudności ustąpią, pojawią się kolejne. To się nie zmieni. Wyczekuję tej krótkiej chwili, kiedy podrzucony kamień zawisa w powietrzu, kiedy jest dobrze i tylko dobrze.

Ale wiem jedno, coś sobie uświadomiłem. Dobre rzeczy w moim życiu biorą się z niezwykłości, z przygody generowanej przez odwagę moją i innych, z ciekawości świata, z fantastycznych ludzi, z tej siły, która ciskała mnie po najróżniejszych miejscach, z pracy, która daje radość i szmal, a przede wszystkim z wolności. Doświadczam rzeczy pozostających poza zasięgiem zwykłego człowieka. Wiem, jak żyją inni. Wcale się nie wywyższam.

Złe rzeczy będące moim udziałem stanowią kwintesencje zwyczajności. Są jak deszcz w listopadzie i nuda w przedszkolu. Banał, powtarzalność, nuda złych rzeczy. Doświadczam w tym zakresie tego, czego również inni doświadczają, ani więcej, ani mniej. Współodczuwam, więcej nawet – jestem w gównie razem z wami wszystkimi.

To, co dobre, jest niezwykłe, to, co złe, jest zwykłe. To dobrze.

Tydzień z głowy (425)

O 11 listopada

7xmezmr

Dzień Niepodległości kojarzy mi się z menelami i turystyką zagraniczną.

Nigdy nie byłem na żadnej manifestacji, po żadnej ze stron, i nie zamierzam tego zmieniać. Mam inne zwyczaje. Gdy Polacy gdzieś wybywają, wyruszam ku miejscom, które opuścili. Tam zawsze ciekawiej, tam przesiaduje prawda. Na przykład, 24 grudnia mam aż trzy różne kolacje, a między nimi pętam się po cichym, ciemnym Krakowie, zachodzę do nielicznych, czynnych knajpek, zasiadam i popijam. Przyglądam się innym gościom, próbuję dociec, co ich przygnało do speluny w tak szczególny dla Polaków dzień. Wolno mi tak robić, albowiem sam jestem włóczęgą.

Rankiem 11 listopada wybrałem się na spacer po krakowskim Kazimierzu. Część mieszkańców wyjechała, część udała się na manifestację na rzecz jakieś tam Polski, bądź przeciw jakiejś innej Polsce, reszta leżała w łóżkach. Ulicami przewalali się turyści, jak sądzę, głównie z Ameryki i Izraela. Zaspani, wyraźnie zagubieni, cwałowali za swoimi przewodnikami, a jeśli nie robili zdjęć, to przeglądali te już zrobione. Zapewne nie wiedzieli o jakimś Dniu Niepodległości, zaskoczyła ich martwota dnia, wielka nieczynność i bezruch kazimierzowskiego skansenu.

Na schodach i stopniach nieczynnych knajp rozsiedli się menele. Opierali się o słupy i maski samochodów o zagranicznych rejestracjach i na coś czekali, wyraźnie wytrąceni ze znanego sobie porządku rzeczy. Menel zresztą zawsze sprawia wrażenie człowieka wyczekującego. Robili swoje rzeczy menelskie, czyli rozpijali piwa marki volt i karpackie mocne, wygrzebywali kiepy ze śmietników i roztrącali drobne na wnętrzach swych ogromnych dłoni.

„Kierowniku, nie będę kłamał, do piwa, bo suszy, bo wczoraj z pudła wyszedłem, ćwiarę kiblowałem i teraz tak, takie życie, kierownik wie”.

Nigdy nie widziałem ich tylu naraz, w takiej ilości. Można pomyśleć, że zbierali się na własną, menelską manifestację. I teraz nie wiem, jak jest naprawdę. Czy 11 listopada jakaś tajemnicza przyczyna wygnała meneli na ulicę? Mogą błądzić w poszukiwaniu czynnego monopolowego, gdzie jeszcze ich obsłużą. Istnieje druga, bardziej prawdopodobna możliwość. Menel na co dzień pozostaje w półcieniu rzucanym przez porządnych obywateli. Porządni, a przynajmniej trzeźwi obywatele poszli na manifestacje, wyjechali albo nie wstali z łóżek. Dzięki temu zobaczyłem, jak wielu mamy meneli.

Tydzień z głowy (424)

O nihilistach
ligotti

Podczytuję sobie eseje Thomasa Ligottiego. Ligotti jest interesującym, choć niszowym autorem opowiadań niesamowitych o bardzo pesymistycznym wydźwięku. Jego eseje są lepsze niż te opowiadania oraz jeszcze bardziej przygnębiające.

Główne tezy autora można streścić w następującym porządku. Świadomość jest ewolucyjnym wybrykiem i klątwą naszej rasy. Za jej sprawą wiemy, że umrzemy. Ta wiedza wpycha nas w rozpacz, od której nie ma wyzwolenia. Ukojenie znajdujemy w kłamstwie, na przykład religii albo hedonizmie (to ciekawe w Ligottim, inaczej niż większość ateistów odpuszcza Bogu i jego aniołom, z furią atakując radości ziemskiego życia). Prawda oznacza spojrzenie w nicość. W konsekwencji cierpienie na świecie jest pewne, zaś szczęście niemal niemożliwe. Tu Ligotti podsuwa rozwiązanie. Jest nim zaprzestanie prokreacji i powolne samobójstwo starzejącej się ludzkości. Nie proponuje masowych mordów czy nawet eutanazji, choć do tej ostatniej odnosi się przyjaźnie. Innymi słowy, wizja starzejącej się, bezbronnej ludzkości, przerażająca takiego Terlikowskiego, dla Ligottiego staje się czymś radośnie wyczekiwanym. Powiedziałby: w dobrym tonie byłoby, gdyby człowiek ustąpił z tego świata.

Ligotti ma rację. Pesymizm jest nowym realizmem.

Patrzę jednak na zdjęcie tego chłopa, na tę rybią twarz o trupich oczach skrytych za grubymi szkłami entomologa, na usta ściągnięte ku dołowi i szczelnie zamknięte, jakby skrywały kęs obiadu, który powrócił z zatrutego żółcią żołądka. Dopowiadam sobie do tego obrazu tani garnitur skrywający sflaczałe ciało i miękkie dłonie o opuszkach wyślizganych od przeglądania świerszczyków, widzę grube, krótkie uda o kolanach nabrzmiałych od dźwigania takiego ciężaru, łydki pokryte rzadkim grubym włosiem i stopy niby niewypieczone bochny zakończone sterczącymi, niemal dziecięcymi paznokciami.

Nihilizm to prawda, wszystkich nas pożre kaszalot opisany w „Królu”. Intelektualnie nie znajduję odpowiedzi dla nihilistów.

Chciałbym, aby młody Ligotti zamiast do biblioteki polazł do klubu rugbystów, którymi zapewne pogardzał, albo zapisał się na pakę, albo chociaż grał w tenisa jak nieodżałowany D.F. Wallace, żeby pił whisky, a nawet został alkoholikiem, żeby chodził na kurwy albo się zakochał, żeby poszedł na wojnę, zainteresował się zarabianiem prawdziwych pieniędzy i lał się z chłopami po pyskach, żeby sam narobił sobie dzieci i je poogarniał, słowem, żeby robił rzeczy, które mężczyźni zwykli robić przez całą historię ludzkości, której Ligotti tak nienawidzi.

Włóż chłopie ręce w bebechy życia, ale tak po łokcie, żeby smród urwał ci głowę. I skończ pierdolić, choć jesteś wielkim artystą, stul ryja, jak cię proszę.

Słowo nie jest potężniejsze od miecza. Od szklanki, cycków i monety również.

Tydzień z głowy (39)

39

ja39

Pamiętam, jak byłem bardzo młody, wydawało mi się, że życie jest nieskończone. Perspektywa sześćdziesięciu lat oznacza tyle co wieczność. Wszystko możesz zrobić. To jak podróż Santa Marią do Indii.

Teraz wiem – mam nadzieję – że mam przed sobą kawał życia, lecz perspektywa uległa zmianie. Zdołam napisać dziesięć, może piętnaście książek i tyle, po Łukaszku. To dobra perspektywa, narzuca reżim, uczy oddzielania rzeczy ważnych od nieważnych, wiem też, że książki wcale nie są najważniejsze.

Jeszcze niedawno tak właśnie sądziłem. Wszystko dla książek. Chciałem być największym pisarzem w Polce. Cóż za niedorzeczna ambicja!

Wrzuciłem na luz, bo osiągnąłem to, co zawsze próbowałem. „Inna dusza” odniosła ogromny sukces, w skutek czego znienawidziłem ją szczerze. Nie chce mi się o niej gadać. Zapomniałem o Jędrku, Bydgoszczy, morderstwach i latach dziewięćdziesiątych. Piszę nową książkę, w której nie będzie żadnych morderstw, duchów czy innych oniryzmów, i o niej właśnie myślę.

Dostąpiłem artystycznego i społecznego wyniesienia. Dawali nagrody, wybierali do składów jurorskich i klepali po plecach. Mój portfel spuchł od tego wszystkiego, ale dusza, mam nadzieję, pozostała niezmieniona. Cały establishment mam głęboko w dupie, nie chcę być częścią elit, pierdolę bywanie na salonach. Jestem apostołem pracy, odpowiedzialności za bliskich i dobrej zabawy. Pogodziłem się ze sobą i światem.

Z wszystkich wydarzeń ostatniego roku największą niespodzianką są „Dezerterzy”, mój maleńki program autorski. Nie chodzi o fakt występowania w telewizji, bo to umiarkowanie mnie kręci. W wieku trzydziestu dziewięciu lat okazało się, że coś umiem, że jestem dobry w czymś jeszcze. Jak wielu może to o sobie powiedzieć?

Nie chcę być młodszy i za niczym nie tęsknię. Byłem koszmarnym dwudziestolatkiem, trzydziestolatek chyba był jeszcze gorszy. Cieszę się z tych trzydziestu dziewięciu lat. Wiem, co jest grane, co mogę, a czego nie. Moje lata są ograniczone, siły – jeszcze nie.

Żyję w skłóconym kraju, który zmaga się z biedą, tymczasem mam wszystko. Nie chcę też mieć więcej. Wyższe piętra dają trupem. Wiem też, jak ludzie reagują na sukces. Ponoć tam, na szczycie, każdy jest samotny. Ja mam poczucie, że mam wokół siebie więcej bliskich, że jestem bardziej kochany niż kiedykolwiek wcześniej.

Tydzień z głowy (422)

O bezsenności

ryby

Zaspałem dzisiaj po raz pierwszy od bardzo dawna. Godzina, o której wstałem, była skandaliczna. Istnieje więc szansa, że będę się na siebie złościł aż do zmroku.

Zaspałem, bo jak zwykle obudziłem się w nocy i snułem się przez parę godzin. Momentami próbowałem nawet coś robić. Przeglądałem strony z koszulkami i kupiłem parę książek, których prędko nie przeczytam (zacna oficyna Okultura wypuściła książkę Timothy’ego Leary, a to była przerwa na reklamę). Dni kurczą się coraz bardziej, choćby przez takie zaburzenia snu, jakie zdarzyły mi się dzisiaj.

Tego właśnie najbardziej nie znoszę w bezsenności. Dzień z oczyma na zapałkach owszem, nie należy do przyjemności, ale jakoś daje się znieść. Wykonam swoje zadania. Lecz te puste godziny w nocy, kiedy nie dzieje się nic, kiedy niczego tak naprawdę nie mogę zrobić, wywołują we mnie, na przemian, wściekłość i poczucie winy, jakbym właśnie przeszedł się Nowym Światem, rozrzucając stówki z resztek oszczędności.

Kiedyś było gorzej, o wiele gorzej. Potrafiłem nie spać przez dwie noce z rzędu tylko po to, by trzeciej nocy złapać jakieś cztery godziny snu. Jakoś, bardzo powoli, udało mi się to przezwyciężyć. Postawiłem na regularność życia, wieczorne wyciszanie, aptekarską regulację spożywania królowej kawusi i nieprzesadzanie z alkoholem. Przede wszystkim jednak uznałem, że nie będę przejmował się bezsennością.

Zacząłem żyć tak, jakby jej nie było. Jestem mężczyzną i mogę sobie nie spać. W końcu jednak namówiono mnie na wizytę u specjalisty.

Specjalista okazał się rozsądnym człowiekiem z zestawem ciekawych pomysłów. Doradził, na przykład, żebym kupił sobie fotel. Połowę dnia spędzam bowiem na kanapie, którą wieczorem rozkładam, żeby na niej spać. Podobno tak nie można. Zawsze chciałem mieć fotel z prawdziwego zdarzenia, ale nigdy bym sobie nie kupił czegoś takiego. Jestem mężczyzną i sprawianie sobie przyjemności jest dla mnie nieprzyjemne. Zalecenie doktora zmienia postać rzeczy.

Nie mam żadnych dysfunkcji, psychoz ani uzależnień. Jestem – co może wydać się dziwne – zupełnie normalnym człowiekiem. Bezsenność bierze się, jak usłyszałem, z mojego walecznego charakteru. Aktywność, żywa reakcja na wyzwania, pragnienie, żeby życie było pełne i miało wyrazisty smak, nie gaśnie w godzinach nocnych. Wręcz przeciwnie. Gdybym był zrezygnowanym snujem, chrapałbym smacznie i miał przyjemne sny. W jakiś przedziwny sposób insomnia jest w moim przypadku oznaką zdrowia.

Nie sypiam, więc jestem.

tydzień z głowy (421)

O nierozpoznawaniu twarzy

noface

Andrzejowi Muszyńskiemu

Mam prozopagnozję. Nigdy tego nie diagnozowałem, ale objawy się zgadzają. Nie rozpoznaję twarzy. Potrzebuję kilku długich spotkań, aby kogoś zapamiętać.

Jeśli rzeczywiście mam tę przypadłość (co w gruncie rzeczy nie jest takie pewne, mogę być po prostu niechlujnym towarzysko człowiekiem), to w najłagodniejszej postaci. Są tacy, którzy nie rozpoznają żony i matki, a nawet nie rozróżniają płci. Być może zresztą wcale nie jestem na to chory, bo ładne dziewczyny zapamiętuję od kopa.

Prozopagnozja jest jak źrenice w dwóch różnych kolorach. Niby nic, ale potrafi utrudnić życie. Na przykład, kilkukrotnie przedstawiałem się dyrektorowi pewnej ważnej instytucji dysponującej pieniędzmi, choć zjedliśmy wspólną kolację. Dyrektor ów, co warto dodać, ma ego wielkości Pałacu Kultury i bardzo wrażliwy brzuszek.

Dyrektor nie był jedyną ofiarą mojej przypadłości (dedykacja powyżej nie jest przypadkowa). Zastanówcie się proszę, jak sami byście się czuli. Stoicie sobie przy barze, a w waszą stronę wali rozradowany facio nieco podobny do orangutana, wyciąga rękę i mówi: „Orbitowski jestem”, mimo że dwa tygodnie wcześniej przegadaliście razem pół wieczoru na jakimś idiotycznym spędzie literackim.

Ludzie reagują zawsze w ten sam sposób. Mówią, że nic się nie stało, ale myślą swoje. Są próżni, choć nie lubią tego okazywać.

Niedawno zmieniłem modus operandi. Zamiast przestawiać się w nieskończoność, udaję, że znam każdego. Dlatego, nie zdziwcie się, proszę, jeśli podejdę do któregoś z was, ścisnę łapkę i powiem: „No cześć stary, jak leci”, choć widzimy się po raz pierwszy w życiu.

Tydzień z głowy (420)

O aquaparkach

sea-monster-near-ediz-hook-light1

Do aquaparku chodzę tylko z synem. To miejsce jest jak karuzela albo Słowacja. Bywa się tam wyłącznie z powodu dzieci.

Wszystkie aquaparki są tak samo okropne i jednako mi wstrętne. Istnieją miejsca, które jednoczą najgorszych ludzi, lecz, w większości przypadków, to jeden rodzaj najgorszego człowieka. Tu natomiast schodzą się wszyscy: nadopiekuńcze matki otoczone hordą rozwrzeszczanych pociech, Sebiksy i ich różowe niunie, studenci lat pierwszych (z Sebiksami jednoczy ich tępota ryja, różni brak muskulatury), wreszcie starcy pragnący zakosztować rozrywki niedostępnej w ich młodości. Jak znam życie, w aquaparkach mają zniżki wyłącznie kanary i zakonnice, a zwycięzca w zawodach w szczaniu do wody zyskuje zaszczyt zesrania się, pędząc po zjeżdżalni.

Lata temu, gdy kontemplowałem zawiłą linię wiszącego mostu, gdy przyglądałem się lazurowej ściance, po której można się wspinać, gdy spadło na mnie dziecko i omal nie utonąłem w brodziku, gdy wodziłem wzrokiem po skalistej panierce kotleta w kąciku barowym, przyszło mi do głowy, by zaproponować scenariusz horroru rozgrywającego się w tym miejscu. Spełnia wszelkie niezbędne warunki: kojarzy się z zabawą i bezpieczeństwem, można też je odciąć od świata. Jest gdzie ukrywać trupy. Mogą tam szaleć duchy albo facet z siekierą. Parę lat temu napisałbym: „Kochani, bierzcie ten pomysł za darmo”. Teraz jednak czekam na ruch producentów filmowych. Oh, wait. Zakładka „kontakt” nie działa z jakiegoś powodu.

Szczególnie przykrą atrakcją w aquaparku jest rzeka. Spotykają się tam bowiem wszyscy. Zjeżdżalnie, na ten przykład, odcinają najmniejsze dzieciątka. Sebiksy i studenciarnia niechętnie chodzą na brodzik. Tu natomiast przychodzi każdy, od starego do młodego. Pędzą niesieni sztucznym nurtem, piszcząc, drąc się i wpadając na siebie nawzajem. Do tego rzeka jest płytka. Nie da się w niej iść, trudno też popływać (w aquaparkach możliwe jest wszystko z wyjątkiem pływania), w skutek czego większość dorosłych wykonuje dziwne ruchy, coś pomiędzy brodzeniem a topieniem się. Mój syn oczywiście najbardziej na świecie kocha właśnie rzekę. Potrafi się w niej taplać przez połowę trzygodzinnego pobytu i wymaga ode mnie współuczestniczenia.

Dziś wpadłem na pomysł, który pozwala uczynić doświadczenie rzeki przyjemnym, a nawet ludzkim. Jestem pewien, że ktoś wpadł nań wcześniej, mam jednak nadzieję, że jako pierwszy go opisuję i oddaję lepszej, udręczonej aquaparkami części społeczeństwa.

Potrzebne są trzy takie pały z pianki, metrowej mniej więcej długości. To ustrojstwo ma swoją nazwę, ale jej nie pamiętam. Z tego co wiem, pełno takich w każdym aquaparku, zwłaszcza w bliskości rzeki. Końcówki dwóch, z jednej strony, umieściłem pod każdą pachą, z drugiej – pod kolanami. Trzecią piankową pałę oplotłem w poprzek pleców, tuż pod łopatkami. W ten sposób uzyskałem naturalny fotelik, który chwacko utrzymywał mnie na wodzie. Nurt zrobił resztę i mogłem sobie krążyć, ach krążyć, zerkając sobie na synka, na ludzi cokolwiek zdziwionych moim wynalazkiem, jak i na tych chlapiących się bez żadnego zdziwienia. Chroniłem łokcie, by nie walnąć o ściany, z rzadka nadawałem pędu i leniwie pilnowałem, by ta piankowa konstrukcja nie rozlazła mi się pod kuprem.

Jeśli to nie jest najtrafniejsza metafora mojego funkcjonowania w mediach, w literackim światku i świecie w ogóle, to już nie wiem, co może nią być.

Tydzień z głowy (419)

O miłości i śmierci

oedipus-and-the-sphinx-by-francois-xavier-fabre

Kochanie i umieranie łączy przynajmniej jedno. Nie możemy uniknąć śmierci, nie umiemy też sprawić, aby ktoś nas pokochał.

Rewers za to działa doskonale. Każdy z nas może się wyhuśtać w kwadrans i tak sobie poczynać, że matka się go wyrzeknie.

Możliwe są różne zabiegi sprzyjające. Mam na myśli, powiedzmy, dbanie o zdrowie albo zabieganie o kogoś, na kim nam zależy. Nie doradzam jednak przesady. W końcu i tak pójdziemy do piachu, kochani albo i nie.

Jest w tym wszystkim jakaś wielka tajemnica, ponury sekret. Sam fakt, że umrzemy, wydaje się skandaliczny, a niedopasowanie miłości do jednostek budzi wielki smutek. Mariola kocha Kazia, Kazio kocha Elżbietkę, Elżbietka Mariolkę i jak z tym żyć? Mowa też o dzieciach próżno zabiegających o serce rodziców i niewdzięcznych wnuczętach. O służeniu i oddaniu – na próżno. Nie doczekacie się, moi mili.

Być może wszystko zapisane jest tam, na górze, jak chciał Kubuś Fatalista (osobiście nie zgadzam się z tym sympatycznym dżentelmenem). Każdy z nas ma swoją godzinę śmierci, połamie określoną liczbę serc, a i jego serce zostanie złamane ileś tam razy, nie więcej ani nie mniej. Myśl ta jest przyjemna, zwłaszcza że nic z niej nie wynika.

Dlatego nie należy przesadnie zabiegać o miłość. Wystarczy przyzwoitość i regularne odruchy serca, traktowanie człowieka po ludzku i tyle. Widziałem zbyt wielu, którzy płaszczyli się przed bliskimi: żoną, matką, dorosłym dzieckiem. Wychodzili naprzeciw każdej fanaberii, odbierali telefony po nocach i pędzili z drugiego końca świata. Dobro z takiej postawy nie wyniknie żadne. Plwocina nigdy nie będzie kroplą deszczu.

Odejść, odpłynąć, odpuścić – to także sztuka życia. Zróbmy to elegancko i bez żalu. Śmierć nie jest złośliwa ani ślepa. Po prostu robi swoje. Niekochający również.

tydzień z głowy (418)

O nowych i starych przyjaciołach

akhilleus_patroklos_antikensammlung_berlin_f2278

Największym szczęściem mojego życia są ludzie. Zastanawiam się czasem jakim cudem doszło do tego, że mam wokół siebie tak wiele dobrych, życzliwych mi osób. Mowa o ludziach, którzy dla mnie kradli, pożyczali pieniądze, załatwiali robotę, dawali dach nad głową. Mówiąc górnolotnie, gdybym w tej chwili stracił wszystko co mam – pisarstwo, program w telewizji, zdrowie, pieniądze – wciąż byłbym bogatym człowiekiem.

Przyjaciele to bracia w pogańskim sensie terminu, druhowie, towarzysze, członkowie drużyny. Ktoś niedawno zwrócił mi uwagę na językowe znaczenie terminu. Przyjaciel to ktoś przy jaźni, osobnik nieustannie przebywający w bezpośrednim sąsiedztwie duszy, z tą duszą złączony. Innymi słowy, z przyjacielem nie zawsze odpierdalam rzeczy koleżeńskie. Nie musimy chodzić na piwo co weekend. Niekiedy starcza jedno spotkanie  w roku. Ale codziennie, przed zaśnięciem, dyskutuję w głowie z moimi przyjaciółmi.

Istnieje jednak jeden, bardzo szczególny rodzaj przyjaciela, a mianowicie były przyjaciel. To człowiek z którym przyjaźniłem się kiedyś, a teraz, powiedzmy, już się nie przyjaźnię. Koniec przyjaźni nie zawsze następuje w wyniku konfliktu. Najczęściej dzieje się inaczej. Coś po prostu ulega wypaleniu. Zmienia się życie jego albo moje, przestaje nam być po drodze i cześć.

Co wtedy zostaje? Po pierwsze, poczucie lojalności, powidok przyjaźni. Nie zdradzam sekretów byłego przyjaciela i pomagam jeśli się dowiem, że wylądował w tarapatach. Nie dzwonię jednak z życzeniami świątecznymi i nie piszę „no co tam” na messengerze.

Przyjaźń która przeminęła pozostaje ważną przyjaźnią. Przeszedłem z kimś kawałek drogi, która doprowadziła mnie do miejsca w którym jestem. Taka osoba nie powinna zostać zapomniana. Rozmowy i hece, które przeżyliśmy wspólnie wciąż mają ogromne znaczenie, którego ani myślę przekreślać. Dlatego ciepło myślę o byłych przyjaciołach i życzę im jak najlepiej. Fajna przyjaźń była – to za mało powiedzieć.

Były przyjaciel jest ciągle przyjacielem.

Older Posts