porusza i prowokuje...

tydzień z głowy (418)

O nowych i starych przyjaciołach

akhilleus_patroklos_antikensammlung_berlin_f2278

Największym szczęściem mojego życia są ludzie. Zastanawiam się czasem jakim cudem doszło do tego, że mam wokół siebie tak wiele dobrych, życzliwych mi osób. Mowa o ludziach, którzy dla mnie kradli, pożyczali pieniądze, załatwiali robotę, dawali dach nad głową. Mówiąc górnolotnie, gdybym w tej chwili stracił wszystko co mam – pisarstwo, program w telewizji, zdrowie, pieniądze – wciąż byłbym bogatym człowiekiem.

Przyjaciele to bracia w pogańskim sensie terminu, druhowie, towarzysze, członkowie drużyny. Ktoś niedawno zwrócił mi uwagę na językowe znaczenie terminu. Przyjaciel to ktoś przy jaźni, osobnik nieustannie przebywający w bezpośrednim sąsiedztwie duszy, z tą duszą złączony. Innymi słowy, z przyjacielem nie zawsze odpierdalam rzeczy koleżeńskie. Nie musimy chodzić na piwo co weekend. Niekiedy starcza jedno spotkanie  w roku. Ale codziennie, przed zaśnięciem, dyskutuję w głowie z moimi przyjaciółmi.

Istnieje jednak jeden, bardzo szczególny rodzaj przyjaciela, a mianowicie były przyjaciel. To człowiek z którym przyjaźniłem się kiedyś, a teraz, powiedzmy, już się nie przyjaźnię. Koniec przyjaźni nie zawsze następuje w wyniku konfliktu. Najczęściej dzieje się inaczej. Coś po prostu ulega wypaleniu. Zmienia się życie jego albo moje, przestaje nam być po drodze i cześć.

Co wtedy zostaje? Po pierwsze, poczucie lojalności, powidok przyjaźni. Nie zdradzam sekretów byłego przyjaciela i pomagam jeśli się dowiem, że wylądował w tarapatach. Nie dzwonię jednak z życzeniami świątecznymi i nie piszę „no co tam” na messengerze.

Przyjaźń która przeminęła pozostaje ważną przyjaźnią. Przeszedłem z kimś kawałek drogi, która doprowadziła mnie do miejsca w którym jestem. Taka osoba nie powinna zostać zapomniana. Rozmowy i hece, które przeżyliśmy wspólnie wciąż mają ogromne znaczenie, którego ani myślę przekreślać. Dlatego ciepło myślę o byłych przyjaciołach i życzę im jak najlepiej. Fajna przyjaźń była – to za mało powiedzieć.

Były przyjaciel jest ciągle przyjacielem.

Tydzień z głowy (417)

O konwentach

roman-feasts2

Wracam sobie pociągiem z zielonogórskich Bachanaliów Fantastycznych i wspominam przemiłe popołudnie w tym uroczym mieście. Spotkałem wielu starych znajomych, przybijałem piątki i plotłem dyrdymały, popijając dobre, bajecznie tanie piwko. Poranek był jednak ciężki, tym bardziej że musiałem wracać. Robota wzywa.

To wydarzenie przypomniało mi, jak ważną rolę pełniły konwenty w moim przejebanym życiu. Był czas, gdy zaliczałem i po osiem rocznie. Środowisko fantastów było drugą – po metalowcach –  społecznością, którą zasiliłem. Poznałem ludzi, którzy zostali moimi przyjaciółmi, i kobietę, która była dla mnie dobra przez bardzo długi czas.

Mam mnóstwo zabawnych historii, na przykład o taką, z wrocławskiej Leśnicy. Impreza miała miejsce na zamku, spotkanie ze mną wyznaczono bodaj na dwudziestą. Ponieważ byłem dużo, dużo młodszy, nawaliłem się jak szpak, po czym zionąc wódą, krokiem radośnie chwiejnym ruszyłem ku czytelnikom. Niestety, drogę zastąpił mi ochroniarz i rzekł, że nie może mnie wpuścić. Był miły, lecz nieustępliwy. Użyłem argumentu z grupy ostatecznych: „Przecież ja jestem na plakacie!”. A on odparł, wzdychając: „Proszę mnie zrozumieć, tam są dzieci”.

Pogodzenie się z porażką nawet nie przyszło mi do głowy. Obszedłem zameczek dookoła, sforsowałem mur i tak dotarłem na spotkanie z sobą samym. Następnego dnia poszedłem po własnych śladach. Do tej pory nie mam pojęcia, jakim cudem zdołałem przejść przez ten mur. Ma, lekko licząc, trzy metry wysokości.

Później przestałem jeździć, trochę z powodów osobistych, a bardziej ze względu na umacniające się przekonanie, że moja rola jako twórcy fantastyki dobiegła końca. W „Szczęśliwej ziemi” zawarłem wszystko, co zawsze chciałem powiedzieć, używając języka fantastyki. Nic więcej nie umiem i wątpię, bym zdołał się nauczyć. Przerwanie konwentowania uznałem za konieczność w tych okolicznościach.

Nie ma środowiska i tematu, któremu bym zawdzięczał więcej niż fantastom i fantastyce. To przekonanie umocniło zresztą moją decyzję o porzuceniu literatury tego gatunku. Pięknie bym się jej odwdzięczył, klepiąc tekściki wbrew sobie! Ludzi ani myślę się wyrzec, lecz znów – moje życie się zmienia, dochodzą nowe obowiązki.

Dlatego będę jeździł na jeden konwent w roku. Nie więcej, ale też nie mniej.

Tydzień z głowy (416)

O wichrach dziejów

nicolae-ceaucescu

Gwiazdkę 1989 roku spędzałem u wujka w Raciborzu. Wujek bardzo mi imponował, nie tylko za sprawą żywiołowego sposobu bycia i bezkompromisowego formułowania sądów, ale i majątku. Posiadał komputer, magnetowid i telewizor z anteną satelitarną. W tym telewizorze na dwa dni przez Wigilią zobaczyłem rumuńską rewolucję. Na moich oczach Nicolae Ceausescu został schwytany, osądzony bodaj w kwadrans i rozwalony. Pamiętam, jak próbował dyskutować, jak machał ręką, kwestionując legalność zwołanego naprędce sądu. Zapewne miał rację i poniósł tę słuszność pod mur.

Razem ze Słońcem Karpat rozwalono też małżonkę, Wielki Księżyc. Niewiele wiedziałem o polityce, ale rozumiałem, że Ceausescu był kawałem gnoja, takim rumuńskim Stalinem i mu się należało. Ale dlaczego – myślałem – zabito wraz z nim kobietę? Przecież kobiety są dobre, niezdolne do wyrządzenia komukolwiek najmniejszej krzywdy, a już na pewno nie powinny ponosić odpowiedzialności za krwawe postępki swych małżonków. Dziś, dodajmy, zweryfikowałem tę opinię.

Swoje zdanie miał też wujo. Uznał pospieszną egzekucję za skandal. Najchętniej zobaczyłby Ceausescu w klatce, obwożonego po wsiach i miasteczkach, obrzucanego gnojem i kamieniami. Taka tylko kara, jego zdaniem, była sprawiedliwa. A ja, mając lat dwanaście, dowiedziałem się, że historia nie jest czymś minionym, czego uczą w szkole, lecz dokonuje się na moich oczach i będzie dokonywać się dalej. Spoglądając na dwa ciała pod murem – zobaczyłem historię.

Piętnaście lat temu, młodym pijakiem będąc, zamieszkiwałem dwa nędzne pokoje w suterenie zrujnowanej kamienicy. Wchodziło się wprost do kuchni, za którą znajdował się pokoik ogrzewany piecem węglowym. Przy tym piecu, pewnego dnia, zasłabł zdun. Miałem też komputer z wielkim monitorem i kartą telewizyjną. Była niedziela. Z przyjacielem zebraliśmy się wokół zdrowej intencji skołowania jakiegoś szmalu. Najpierw jednak zrobiliśmy sobie kawę i włączyliśmy telewizję.

Pierwsza wieża zdążyła już runąć, więc wciąż sądziłem, że obserwuję jakiś nieprawdopodobny wypadek. A potem rozpędzony, ostry kształt wbił się w szklaną ścianę i miałem małą jasność. Mała jasność to taka, która staje się udziałem młodych ludzi. Nie mam pojęcia, o czym wtedy rozmawialiśmy, ale chyba uważałem, że Amerykanie wejdą na Bliski Wschód i rozpierdolą wszystkich. Nie przewidziałem tego, co wydarzyło się w Afganistanie i Iraku, tak samo jak nie przypuszczałem, że dekadę później zobaczę lej w środku Manhattanu, fotografie zmarłych, kwiaty, tę niezagojoną ranę w centrum świata.

Pamiętam za to co innego. 11 września 2001 roku oglądaliśmy telewizję do nocy. Wyskakiwałem tylko po piwko. Pod wieczór, na klatce schodowej zaczepiła mnie sąsiadka, w zielonej podomce i włosami spiętymi mocno z tyłu tak, że wielkie oczy wydawały się jeszcze bardziej wytrzeszczone. Chwyciła mnie za brzeg kurtki i zapytała przejętym głosem:

-Wie pan już, że Żydzi podpalili Amerykę?

Tydzień z głowy (414-415)

O mojej runie

20160902_080833

Czwartkowy wieczór spędzam z bandą ludzi mądrych i dobrych, do tego zamieszkujących piękne wnętrza. Mowa o starej kamienicy przesyconej duchem nieżyjącej już gospodyni, o starych meblach i półkach pełnych książek, z którymi kontrastują gołe baby powieszone w kuchni i Chrystus w rękawicach bokserskich ustawiony gdzieś w kącie. Towarzystwo hołduje najlepszym tradycjom polskiego punka. Pijemy wódkę i wpieprzamy czipsy, przerzucając się bon motami ze znanych literatów.

W pewnej chwili – gdy mam już trochę w czubie – gospodyni zaczyna opowiadać o swoich fascynacjach ezoteryką. Zainteresowania mamy raczej podobne, jak i zbliżony pogląd na istotę rzeczy. Rozmawiamy o tarocie i tym, do czego może służyć. Gospodyni, najwyraźniej rozradowana spotkaniem bratniej duszy, mówi mi o swoich runach wróżebnych. Przyznaję, że nigdy o czymś takim nie słyszałem.

Runy rzeczywiście są bardzo ładne, precyzyjnie wyryte na gładkich kamyczkach. To prezent od ukochanego. Mam wybrać trzy, na ślepo, co czynię, rozważając, jak bardzo ów ukochany musiał się narypać nad tym podarkiem. I już. Gospodyni odczytuje runy (według nich jestem pewnym siebie, mocno osadzonym w rzeczywistości facetem z pewnymi ciągotami do fantazjowania. Kto by pomyślał?) i proponuje, że ułoży trzy w jedną, taką superrunę, mój własny symbol, który będę mógł sobie wytatuować czy coś.

Niebawem rysunek jest gotowy. Siedzę przy stoliku, jem czipsy, piję tę wódkę i gapię się na swoją własną, prywatną runę Jest całkiem w porządku, tylko czegoś mi brakuje. Czego? Nie wiem za cholerę. Wkręciłem się w tę zabawę i naprawdę zaczęło mi zależeć. Pomysł posiadana superruny był naprawdę fantastyczny, tylko to nie była moja runa. Nie czułem z nią żadnego związku. Ezoteryka stanowi w moim życiu przyjemną ornamentykę, nic więcej. Niemniej, byłoby nie od parady, gdyby superruna mi odpowiadała, gdybym czuł z nią jakiś związek.

Olśnienie przychodzi nagle. Porywam flamaster, pytam gospodynię, czy mi wolno, i nanoszę dwie krótkie, pionowe kreski w odpowiednie miejsca superruny, co diametralnie zmienia jej charakter i przydaje uroku. Wszystko natychmiast zaczyna się zgadzać, wiem już, że z runą jesteśmy sobie przypisani jak matka i córka, jak kordelas ze szkorbutem. Takie akty magiczne to ja rozumiem.

A potem zalałem i siebie, i runę.

Tydzień z głowy (413)

O wylegiwaniu się

groby

Zdjęcie: Daniel Faro

Większość ludzi, których znam, lubi się wylegiwać. Wolne poranki spędzają w łóżku. Gdyby jeszcze oglądali telewizję albo czytali książki – mógłbym to zrozumieć. Oni jednak, po prostu, rozkoszują się leżeniem. Osobiście uważam, że wylegiwać będę się dopiero w grobie.

Zawsze wstaję od razu, niekiedy wydając z siebie bojowy okrzyk: „Do czynu!”. Możecie się śmiać, ale naprawdę tak jest. Czas pomiędzy otwarciem oczu a zerwaniem się z łóżka wynosi, na oko, około pięciu minut. Wstaję, nastawiam ekspres do kawy, ścielę łóżko i zaczynam dzień.

Bardzo się cieszę, że tak robię, i kiedyś uważałem, że wszyscy postępują podobnie, no ale kiedyś, tak w ogóle, sądziłem, że wszyscy ludzie są bardzo podobni do mnie, a świat składa się z siedmiu miliardów Orbitowskich dwojga płci, trzech ras  i tak dalej. Dopiero później, rozmawiając z innymi (a także obserwując ich trochę), pojąłem rozmiar swojego błędu. Ludzie różnią się ode mnie na przykład tym, że lubią się wylegiwać.

Nie mogłem tego zrozumieć. Jak można tak po prostu leżeć w łóżku, kiedy jest tyle ciekawych rzeczy do roboty? Można poczytać książkę, zająć się sportem, pójść na piwo, a nade wszystko poświęcić się najpiękniejszemu ze wszystkich zajęć, jakim jest praca. Potem, oczywiście, zweryfikowałem swoje zdanie i zrozumiałem, że to ze mną jest coś nie tak, skoro wszyscy się wylegują, kiedy tylko mogą, i tylko ja jeden nie.

Odkąd pamiętam, zmagam się z bezsennością. Były czasy, gdy regularnie nie przesypiałem dwóch nocy z rzędu tylko po to, by w tę trzecią złapać cztery godziny płytkiego snu. Ten rok jest dla mnie wyjątkowo łaskawy, co nie znaczy, że problem zniknął. Będę się z nim borykał do końca życia. Ludzie cierpią na zwyrodnienie stawów albo mają metr czterdzieści wzrostu. Pogodziłem się z tym.

Łóżko, leżenie w nim, kojarzy mi się wyłącznie z cierpieniem. To czekanie na sen, przeklinanie snu za to, że nie przychodzi, przyspieszone bicie serca nad ranem i przepocona pościel, myśli, które same się myślą, przelewając się przez głowę jak roztopiona stal, i wielka wściekłość z powodu nadchodzącego dnia. Ci, którzy nienawidzą swojej pracy, nie wypoczywają w niej mniej więcej z tego samego powodu.

Ale kilka dni temu obudziłem się rano, po pięciu pełnych godzinach snu. Taką ilość godzi się nazwać luksusową. Drzwi do gabinetu były otwarte i przez okno mogłem dostrzec samoloty podchodzące do lądowania, jeden za drugim, ślizgające się po promieniach porannego słońca. Pojawiały się z zaskakującą regularnością, jeden za drugim, niby owce przeskakujące przez płot, które dzieci liczą, gdy nie mogą zasnąć. Rozbudzony umysł zareagował zachwytem. Mógłbym patrzeć i leżeć, to znaczy – wylegiwać się.

Natychmiast wstałem, ryknąłem: „Do czynu!” i zacząłem dzień.

Tydzień z głowy (412)

O brutalnym głośniku

woofers1

Od trzech lat nie jeżdżę na wakacje. Tak chcę. Moja praca wiąże się z wyjazdami, więc odpoczywam, siedząc w domu. Ale raz do roku zostawiam wszystko za sobą i jadę z przyjaciółmi na Brutal Assault do czeskiego Jaromera.

Z antropologicznego punktu widzenia to doświadczenie jest bezcenne. Dwutysięczne miasteczko przeżywa inwazję piętnastu tysięcy metalowców, w przytłaczającej ilości nawalonych jak szpadle. Drze się to, śpi w krzakach i kałużach, zachowując w tym wszystkim resztki kultury osobistej. Metal stał się muzyką klasy średniej, a metalowiec na tle innych subkultur jest wyjątkowo grzecznym stworzeniem.

Gdy stałem w deszczu, w trzygodzinnej kolejce, bo chuj ochroniarz zabrał mi parasolkę, przysięgałem sobie, że to mój ostatni Brutal. Trzy dni później, po znakomitych występach Coroner, Exodus, Behemoth i Mgły, niewiele zostało z tego myślenia i jak zwykle zrobiliśmy rezerwację na następny rok.

I tak patrzyłem na produkujące się zespoły, których członków znam, a niekiedy nawet lubię, co skłoniło do kolejnej refleksji – życie bywa zaskakującą przygodą, starzeję się i słucham muzyki dla starych. Przypuszczalnie pozostanę metalowcem do końca swoich dni. Bo wiecie, to fantastyczna rzecz, metalowanie.

Dzięki muzyce zyskałem przyjaciół, a nasza zażyłość idzie w dziesięciolecia. Znalazłem też coś, z czym mogę się identyfikować. Może to głupie, może jednak nie? Jestem bardzo odklejonym człowiekiem i uczestniczenie w czymkolwiek sprawia mi wielką trudność. Identyfikacja z muzyką to wszystko, co mogę osiągnąć w tym zakresie.

Pamiętam też siebie sprzed ćwierć wieku, gdzie liczyła się tylko muzyka i marzenie o cyckach. Możecie mówić, że jestem czterdziestoletnim durniem w kolorowej koszulce. Trudno, więc jestem. Ale trochę żal mi wszystkich, którzy nigdy nie załapali się na metal. Straciliście fantastyczną przygodę.

Raz w życiu pozwolę sobie na puentę praktyczną. Ponieważ dziesięć godzin wrzasków ze sceny jakoś nam nie wystarczało, próbowaliśmy słuchać muzyki również w pokoju. Smartfony grają marnie, kumpel chciał nawet jechać do innego miasta po głośnik, ale w końcu kolektywnie opracowaliśmy taki pomysł:

Bierzesz rolkę papieru, usuwasz papier. Zostaje tekturowa rolka. W rolce robisz szparę, umieszczasz w niej telefon i gra jak złoto, ku chwale Czarnego Pana. Testowano na produktach firmy Samsung.

tydzień z głowy (411)

Posted on 8 sierpnia 2016

O zwyczajnym tygodniu

heracles

W poniedziałek pojechałem z Julkiem do Szczebrzeszyna na festiwal literacki. Nie lubię festiwali literackich i nie lubię siebie na festiwalach literackich (ja w wydaniu publicznym jestem zubożoną wersją Łukasza Orbitowskiego). Niemniej, było bardzo przyjemnie a jedyny niemiły akcent stanowił pijany pielgrzym z którym ściąłem się w autobusie i tylko obecność dziecka powstrzymała mnie przed walnięciem w ów pobożny, parujący tanim piwem łeb.

Szczebrzeszyn to woda, wąwozy i cerkwie, wszystko zanurzone w mocnej, bujnej zieleni. Niby nic, a jednak coś – ten kawałek Polski rozbudził we mnie spokój. Może dlatego, że jest odrobinę starodawny, jakby niechętny nowoczesności – nie ma tutaj szklanych budynków i luksusowych osiedli, tylko domki gdzie żyją sobie ludzie.

W domu starałem się pracować nad książką. Chyba nawet pracowałem. „Exodus” idzie do przodu naturalnym tempem, choć ogrom roboty oczekującej napawa mnie lękiem. W tej chwili mam wrażenie przedzierania się przez las, którego nigdy nie opuszczę, no i wszystko, co zrobiłem dotąd wydaje mi się niewiele warte. Tak jednak mam z każdą książką. Niedługo skończę osiemnaście lat i perspektywa wydania złej książki przestała mnie przerażać. Świat nie przestanie się kręcić, nie zgaśnie też słońce – po prostu w najgorszym razie wydam złą książkę, choć oczywiście zrobię wszystko, aby była dobra.

Dni spędzałem z synem. Julek siedzi u mnie już prawie półtora miesiąca i niedługo będę go odwoził z powrotem do mamy. Trochę szkoda. Czas upływa mi na wymyślaniu atrakcji w rodzaju kina, aquaparku, filmów o superbohaterach czy strzelania z łuku, co Julek postrzega wyłącznie w kategoriach krzywdy własnej. Odciągam go bowiem od grania.

Julek, gdyby mógł, nie opuszczałby pokoju z telewizorem. Ujawnia się tutaj konflikt interesów, bo też lubię tam siedzieć i pracować przy muzyce. Przeganiam go czasem, żeby przesłuchać płytę albo dwie. Julek, skazany na książkę wystawia głowę ze swojego pokoju i pyta: „długo jeszcze będę się nudził?”.

Wieczorami, gdy mały idzie spać też gram przez jedną, dwie godziny. Cisnę akurat w „Dooma”. Julek jest jeszcze za mały na taki piekielny wygrzew, niemniej wie, że taka gra istnieje i sprawia mi radość. Przy śniadaniu zadaje o nią mnóstwo pytań: „Tato, czy grałeś dzisiaj w Dooma?”, „Tato a przeszedłeś cały etap w Doomie”? „Zabiłeś bossa, tato?”. Chyba nawet przerzucanie węgla męczy mniej niż pytające dziecko, ale jest w tym jakaś bliskość.

Tak wygląda moje życie, jakby ktoś pytał.

tydzień z głowy (410)

Posted on 31 lipca 2016

O wypłatach i rachunkach

coin

Krążę po Lwowie, szukam miejsca, żeby coś zjeść. Miasto zmieniło się od czasu, kiedy byłem tu ostatni raz, osiem lat temu. Budynki wciąż są nieodnowione, ale pojawiły się te elementy nowoczesności, które łatwo zainstalować. Mowa o ogródkach piwnych, wózkach ze slow foodem i wódą oraz o namiotach restauracyjnych ustawionych na środkach zabytkowych uliczek. Siadam w jednym z nich.

Nie bardzo wiem, na co mam ochotę (jeśli chodzi o jedzenie, najczęściej nie mam ochoty na nic), więc pytam kelnerkę, która poleca mi stek. W przeliczeniu na nasze kosztuje około pięćdziesięciu złotych. Zamawiam do tego piwo. Stek rzeczywiście jest dobry, problem zaczyna się jednak przy rachunku, opiewającym na złotych dwieście.

To numer doskonale znany w gastronomii, a finał musi być tylko jeden. Gdybym miał przy sobie hrywny, zostawiłbym tyle, ile wymieniono w karcie, i poszedł, ale dopiero przyjechałem i dysponuję wyłącznie kartą. Nie wyjdę jednak bez płacenia. Siadam, mówię, że to oszustwo, chuj wam w dupę, nie zapłacę.

Pracownicy restauracji odgrywają swoje role, a żaden z nich specjalnie nie udaje, że uczestniczy w przekręcie. Kelnerka płacze, że polecą jej z pensji, kelner kręci głową i mówi, jak mu przykro, a ciut przechodzona bzibzia podająca się za właścicielkę tłumaczy, że to nie jej wina, i bredzi coś o gramaturze. W końcu przychodzi policja, właścicielka hebluje z ceny, zamiast dwóch stówek płacę sto pięćdziesiąt i odchodzę z goryczą w sercu.

Nie chodzi o szmal, lecz o to, że dałem się zrobić jak dziecko, że jestem skończonym frajerem. I zaraz myślę sobie, że przecież utrata stu złotych nie zniszczy mi wieczoru we Lwowie, powtarzam: jebie mnie ta stówka. Wkrótce słowo staje się nastrojem, dobry humor wraca.

Tego samego wieczoru natykam się na młodą nauczycielką. Na potrzeby tej opowieści niech będzie to akurat nauczycielka. Opowiada mi o swojej pracy i zwierza się, że planuje poszukać jakiejś innej. Mówi mi, ile zarabia, to jakieś czterysta złotych, dwukrotność wysokości rachunku, o który zacząłem się kłócić.

Załóżmy teraz, że w tej restauracji nie oszukują. Wówczas młoda nauczycielka za miesięczną pensję może zjeść całe osiem steków.

Nie wiem, jak skomentować to wszystko, bo chyba cała ta opowieść jest sama w sobie jakimś komentarzem. Dodam, że we Lwowie bawiłem się wspaniale, a jednostkowy incydent nie osłabił mojej sympatii względem dzielnych Ukraińców. Powiem więcej.

Dwa dni później we wrocławskim hotelu najdrożsi rodacy ojebali mnie na rachunku za pranie równie fachowo i kompetentnie.

Tydzień z głowy (409)

Posted on 25 lipca 2016

O śmierci

sjunde_inseglet_16_0-kopia

Mój przyjaciel twierdzi, że o śmierci należy myśleć nieustannie, no to sobie myślę.

Myślę o śmierci na przykład teraz, kiedy jadę sobie wygodnym, niemal pustym autokarem, a za oknem przesuwa się czeska ziemia ze swoimi miasteczkami i pagórkami, na których grzbietach osiadły zamki i klasztory. Później przejdę się po najpiękniejszych zaułkach Brna i pomyślę sobie o śmierci, dalej, będę o niej myślał zalewając kolację winem i rozmawiając z czytelnikami, tak jak myślę siedząc w towarzystwie najbliższych, gdy spędzam czas z synem. Mam nadzieję, że mój przyjaciel jest ze mnie dumny.

O śmierci myślę, gdy jestem szczęśliwy, chcąc posmutnieć – rozmyślam o życiu.

Istnieją dwie możliwości, bynajmniej nie tak samo prawdopodobne. Jeśli nic nie ma, po prostu zniknę. Tylko głupiec by się przejmował taką perspektywą. Ale jeśli bogowie istnieją, nie wydaliby mnie na pastwę zła, tak twierdził Marek Aureliusz i ja też tak sądzę. Tak czy inaczej mam mocne podstawy aby myśl o śmierci dodawała mi pogody ducha.

Jest jednak cierń, smuteczek, skromny, niemniej jednak. Mam bowiem swoją głowę i w tej głowie krążą sobie różne rzeczy: wspomnienia, przemyślenia, zbitki słów i świńskie żarty. Ta głowa kiedyś zgaśnie. Wyłączy się jak żarówka i tak jak żarówka nigdy nie rozpali się na nowo. W tym momencie zniknie wszystko, co się w niej znajdowało.  Niby nic wielkiego, lecz szkoda, że to co w niej jest nieodwołalnie przepadnie. Może piszę  książki właśnie z tego powodu.

Myśląc o śmierci myślę o głowach moich najbliższych, ale także o głowie kierowcy autokaru, który jedzie z Mińska od szóstej rano i poczęstował mnie papierosem, o głowach ludzi czekających na mnie w Brnie i tych, którzy wcale na mnie w Brnie nie czekają, bo mają lepsze rzeczy do roboty. Generalnie, myślenie o śmierci w moim przypadku jest niczym innym o głowach, które pewnego dnia zostaną nieodwołalnie zgaszone.

Będą jak statki pełne skarbów, zatopione na pełnym morzu do których nie można już dotrzeć. Zgniją jak te statki, jak statki się rozpadną. I chuj.

Ta myśl jest smutna i z niej płynie mój smutek o którym ludzie tyle mówią. Jest całkiem poważny, lecz nie dość wielki, by powstrzymał mnie przed włóczeniem się po mieście i wlewaniem w siebie wina.

tydzień z głowy (408)

Posted on 17 lipca 2016

O spowalnianiu

king257

Przez całe życie zapieprzałem jak mały samochodzik. Pracowałem w Gwiazdkę i Sylwestra, pracowałem w dniu, kiedy urodził się mój syn i kiedy odchodziłem od żony. Tę cechę akurat sobie cenię. Życie mogło się walić, ale praca zawsze trzymała mnie w kupie.

Czas po Paszportach Polityki okazał się bardziej intensywny, niż sądziłem. Mam wielki szacunek do wszystkich pisarzy, którzy po takich splendorach nastukali jeszcze jakieś książki. Od zimy prowadzę „Dezerterów”, piszę nową powieść, a wiosną dołączyłem do zespołu pracującego przy projekcie „Legendy Polskie”. Przez moment byłem nawet redaktorem działu literackiego w czasopiśmie „Pocisk”. Do tego dochodziły liczne spotkania autorskie, projekty i projekciki. Co zdumiewające, zacząłem odczuwać zmęczenie.

Jakoś miesiąc temu miałem stawić się w programie Marcina Mellera razem z Witkiem Szostakiem. Akurat mieliśmy jechać razem z Krakowa, porannym pociągiem. Otworzyłem oczy, spojrzałem na zegarek. Siódma! Pociąg odchodzi za dwadzieścia minut. No to zadzwoniłem do Witka, przeprosiłem i powiedziałem, że pojadę następnym. A Witek na to, cokolwiek zaspanym głosem: „Człowieku, dziś jest piątek, jedziemy jutro”.

Tego samego dnia rozjebałem sobie stopę o taflę szkła, którą postawiłem do wyniesienia. Szkło jest przezroczyste. Machnąłem nóżką. Obyło się bez wizyty na pogotowiu głównie dlatego, że aby tam się udać, musiałem zatamować krwawienie. A skoro zatamowałem, na cholerę mi pogotowie? W sumie nic mi się nie stało, tylko duży paluch krwawił jak warga albo ucho, więc moja czarodziejska chatka błyskawicznie zmieniła się w mieszkanie Freddy’ego Krugera.

W efekcie pojechałem do Mellera ze stopą w zakrwawionym bandażu i tak też, wieczorem, spotkałem się z ludźmi. Kuba Małecki powiedział potem, że stopa przypominała mopa, rymotwórca jeden.

Wcześniej nie działy mi się takie rzeczy. Raczej nie wchodzę w szkło, dni mi się nie mylą. Więc zwalniam, moi przyjaciele. Nie zamierzam się lenić. Pędziłem dwieście na godzinę, zwalniam do przepisowych stu trzydziestu. Bo chcę żyć i cieszyć się życiem, chcę być zdrowy i nie mieć mopa zamiast nogi, że tak się wyrażę. Inaczej wpadnę pod tramwaj albo do dołu melioracyjnego i będzie po Łukaszku.

Zapewne z tego powodu pisanie powieści przedłuży się o miesiąc lub dwa, pojawię się w mniejszej ilości miejsc, skurczy się moja i tak skarlała publicystyka, no i nie będę schylał się ku robótkom, których tu nie wymieniam, a które tak mnie absorbowały. Oddałem już jedną zaliczkę. Zarobię trochę mniej pieniędzy, trudno, co robić.

Całe życie ganiałem za nimi tylko po to, by rozjebawszy sobie stopę, poznać tę banalną prawdę, że nie o to w życiu chodzi.

Older Posts