porusza i prowokuje...

Tydzień z głowy (515)

Już dosyć

unnamed

Jak co roku siedzę sobie w domu, nieco zmęczony po festiwalu Brutal Assault, który odbywa się w Czechach. Jeżdżę tam od dziesięciu lat i jeśli mnie pamięć nie myli, odpuściłem tylko raz, w 2010 roku.

To piękna powtarzalność – to samo miejsce, ci sami ludzie, ta sama muzyka i ten sam kurz, którego tumany wznosiły się w palącym słońcu. Paskudne piwo festiwalowe. Najgorsze żarcie na świecie. A także basen i rozmowy trwające do nocy. Pogaduchy, zwierzenia, poczucie bliskości. Oraz owce, które mijaliśmy zawsze przemierzając trasę między bursą a terenem festiwalu. Stały się już symbolem Brutala. Mam nawet oficjalny kufel z taką właśnie, złowrogą, metalową owcą.

Z wrażeń muzycznych najmocniej wszedł mi Tormentor, nie tylko dlatego, że niewiele kapel świeżo po reaktywacji prezentuje tak wysoki poziom wykonawstwa. Metal jest w swojej najgłębszej treści niepoważny, bajkowy. Jego zło i ciemność mają, powiedzmy sobie szczerze, dość dziecinny charakter. Nie mam z tym problemu, ale oglądając występ Tormentor niepodziewanie poczułem, że obcuję z czymś naprawdę złym i niebezpiecznym. Przez moment (krótki ale jednak) przestraszyłem się muzyki.

Usłyszałem niedawno, że już mi nie przystoi, bo w końcu mam 41 lat, udane życie zawodowe i generalnie przystoją mi rzeczy poważne, a nie niepoważne. Wcale tak nie sądzę. Moja powaga wyraża się także przez niepowagę, przez zgodę na głupotę i śmieszność. To także jest rodzaj odwagi.

Ale odpuszczam. Po dziesięciu latach pora zakończyć tę brutalną przygodę. Myślę, że lepszej okazji nie będzie, bo ta edycja festiwalu wyróżniała się wysokim poziomem kapel i tzw. spokojem towarzyskim. Nie było żadnych przygód. Nikomu właściwie nic się nie zdarzyło. A odpuszczam, bo w te wakacje byłem w domu może przez trzy tygodnie, żyję na walizkach i wiem, że prędko się to nie zmieni. Tęsknota za bliskimi, za domowym śniadaniem i własnym łóżkiem przeważa i tyle.

A zatem dziękuję wszystkim za dziesięć lat brutalnej przygody. Mam na myśli zwłaszcza ludzi, których widywałem tylko raz do roku w Czechach. Trzymajcie się ciepło. Oczywiście nic nie jest przesądzone i dopuszczam możliwość, że jeszcze kiedyś przyjadę na Brutala. Na przykład za trzydzieści lat. Jako staruszek z laseczką. Przykuśtykam obok owiec, jeśli będą jeszcze jakieś owce, jakiś metal, jakiś Brutal i ja.

Tydzień z głowy (514)

Posted on 6 sierpnia 2018

Na Mazurach

 mazur

Przez całe życie wzbraniałem się przed pływaniem na łódkach. Jestem wolny od wszelkiego romantyzmu, więc żagiel i bezkres wód niewiele mi robią. Nigdy nie byliśmy, nie jesteśmy i nigdy nie będziemy wolni. Właśnie – zamknięta przestrzeń łódki, niemożność jej opuszczenia, ludzie tam się tłoczący kojarzyli mi się z więzienną celą.

No ale popłynąłem. Trochę dlatego, że mój przyjaciel mnie namówił, a trochę ponieważ łódki rozstrzygnęły problem wakacji z moim synem. Chciałem, abyśmy pojechali gdzieś razem na parę dni. Nie mogłem wymyślić miejsca. Zasłaniałem się brakiem czasu, branżowymi wyjazdami, koniecznością pisania książki, poza tym dom jest także od tego, aby siedzieć w nim w wakacje.

Pogoda ducha zasadza się na konsekwentnym poszukiwaniu powodów do radości. Na łódkach miałem mnóstwo uciechy. Radowałem się, że ani razu nie wypadłem za burtę, a z deski, na której tak pięknie śmigały obecne z nami dzieci zleciałem jedyne trzy razy. Nie oberwałem grotem w głowę (grot, jeśli dobrze pamiętam, to taki drąg na którym trzyma się żagiel, ustawiony równolegle do pokładu), a nade wszystko nie upuściłem kotwicy razem z liną za burtę, na głębokości piętnastu metrów. Tego bałem się najbardziej. Nie wiem co byśmy wówczas zrobili.

Jest jakaś łagodna, lecz wyczuwalna przyjemność w obserwowaniu dzieci oderwanych od ekranów. Dzieci w wodzie. Dzieci budują zamki z piasku. Dzieci grają w karty. Dzieci na desce. Dzieci biegają po poniemieckich bunkrach. Dzieci wchodzą na wieżę widokową. Dzieci wybierają liny. Dzieci moczą nogi. I tak dalej. Wówczas miałem mocne, choć mylne zapewne wrażenie, że przepaść między mną a nimi zostanie kiedyś przekroczona.

Dowiedziałem się też innej, ważnej rzeczy. Żeglowanie polega na siedzeniu w przystani, nad rybą i kufelkiem. Ten rodzaj przygody pod żaglami akceptuję.

Tydzień z głowy (513)

Posted on 30 lipca 2018

Poranek w przystani

IMG-4796

Jestem sobie na łódce, jest kwadrans przed ósmą, ale siedzę tak już od godziny. Reszta załogi śpi. Dzieci coś tam szepczą.

Jeszcze przed chwilą panowała tutaj niemal całkowita cisza. Szeleściła woda. Skrzeczał ptak. Chlupotały się ryby, a najgłośniejszym dźwiękiem tutaj było niewątpliwie moje kichanie. Nabawiłem się kataru przez tę żeglarską przygodę. Teraz ludzie naokoło wstają, kręcą się po pokładach, coś tam mówią. Jakiś dureń, gdzieś daleko, puścił muzykę.

Jestem na mazurskim jeziorze, którego nazwy zapomniałem i nigdy sobie nie przypomnę. Nadbrzeże idzie zielonym łukiem z którego wyrastają kępy sitowia. Brzęczą muchy. Ptaki latają nad niską wodą, a właśnie w tej chwili słońce wzniosło się nad białe obłoki i runęło na jezioro, z którego umyka strwożona mgła.

Ludzie wciąż szepczą. Nasi ludzie, na naszej łódeczce. Dzieci, przyjaciel. Zabawne, bo nikt nie śpi, a jednak szepczemy. Nikomu przecież nie przeszkadzało by normalne, głośne gadanie, zwłaszcza, że przed chwilą ktoś odpalił Lady Pank na pełen regulator. Ale szepczemy konsekwentnie, na wszelki wypadek, jakby głośniejsze dźwięki nie przystawały do spokoju poranka, do tych ptaków i spokojnej wody. Zagrała trąbka.

Być może takie chwile powinny sprzyjać jakiejś refleksji. Powinienem zdobyć się na jakąś refleksję odnośnie ludzkiego losu, najlepiej w kontekście naszej trudnej relacji z przyrodą. Ale nie. Myślę o rzeczach prostych i przyziemnych. O kłopotach najbliższych, o pracy, o dzieciach, o pisaniu, treningach, książkach i tym podobnych. Tylko konkret, mięso. Inaczej nie umiem.

To zabawne jak wiele życia mi zeszło na jałowych przemyśleniach o Bogu, Polsce, świecie, moralności, kondycji ludzkiej, moim i twoim powołaniu do celów zapisanych w życiu. Przecież nic nie ma. Nic nie zostało zapisane. Z tego całego wieloletniego myślenia nic nie wyniknęło, nic ono nie znaczą. Są tylko jednostkowe życia niezwiązane żadnym sensem. Jesteś ty, jestem ja. I świat w którym utoniemy.

Wstali. To i ja kończę.

Tydzień z głowy (512)

Posted on 23 lipca 2018

Traktat przeciwko marchewce

fire 

Już samo istnienie czegoś tak potwornego jak marchew stanowi niezwyciężony oręż w rękach ateistów. Marchew, jej sataniczna obecność na stołach i w warzywniakach bezdyskusyjnie przeczy istnieniu miłosiernego Stwórcy troszczącego się o dobro swego stworzenia. Co najwyżej wskazuje na bolesną obecność bezlitosnego i głupiego Demiurga gnostyków, który, nienawidząc iskierek światła zatopionego w ludziach, do kruchej i brudnej materii dorzucił i marchewkę.

Niestety, ta sama straszliwa marchew odbiera zasadność wiary w celowość ład doboru naturalnego, w co jakże naiwnie wierzą niektórzy ludzie nauki. Przeciwnie, marchew ze swoją barwą, konsystencją, wonią i tak zwanym smakiem jednoznacznie wskazuje, że przyroda to chaos i festiwal pomyłek, to nieme i ślepe piekło urządzone w cieniu tronu bezlitosnej dyktatury genów, zdolnych wydać z siebie okropności przy których Apokalipsa św. Jana wydaje się weekendem w Ciechocinku.

Co zrobić, co z tym zrobić? Możemy ostrzegać ludzi, ja Ciebie, ty mnie. Ratujmy nasze dzieci.

Marchew musi zostać wyrugowana z restauracji, sklepów spożywczych i warzywniaków. Na wszelki wypadek należałoby zlikwidować same warzywniaki. Jeśli ten szlachetny cel okaże się niemożliwy do osiągnięcia winniśmy stworzyć system wczesnego ostrzegania. Twórzmy mapy i grupy na portalach społecznościowych, gdzie będziemy mogli wymieniać haniebne miejsca, w których nowi barbarzyńcy sprzedają tę mroczną pomyłkę przyrody. Sklepy i restauracje gdzie oferują tę potworność musimy oznakować, najlepiej wielkim neonem UWAGA MARCHEW widocznym z kilkuset metrów.

W wypadku zetknięcia się z marchwią musimy zachować daleko idące środki ostrożności. Usuwanie marchwi winno dokonywać się z udziałem wyspecjalizowanych lekarzy i techników medycznych powiązanych z wojskiem. Odziani w szczelne, białe skafandry znane z amerykańskich filmów o epidemiach wynosiliby marchew ze stołówek szkolnych, barów mlecznych i tym podobnych. Postuluję również stygmatyzację wielbicieli marchwi, a konkretnie wypalanie im żelazem znaku królika na czołach.

Co zrobić z zarekwirowaną marchwią? W mojej opinii należy wywieźć ją do jakiegoś dzikiego kraju i tam unicestwić ogniem. Innymi słowy należy powtórzyć tę samą metodę, którą bogate kraje Europy zachodniej zastosowały względem Polski, wwożąc do nas swoje śmieci. Czym jednak są tony plastiku, czy nawet odpady radioaktywne wobec tej nagiej grozy, Belzebuba flory – marchewki?

Noblesse oblige!

 

 

tydzień z głowy (511)

Posted on 16 lipca 2018

Na Białorusi

 IMG_4528

Pojechałem na Białoruś kręcić film dokumentalny. Do diabła z filmem, sam kraj jest ciekawy.

Zawsze gdy jadę na wschód mam wrażenie, że granica przesuwa się nie o kilkadziesiąt, kilkaset, ale o parę tysięcy kilometrów. Jestem w innym świecie. Tak było na Ukrainie, na Łotwie i w Estonii, za każdym razem z innego powodu. Przypomina mi się pierdolenie polskich eurosceptyków i rewizjonistów. Złapaliśmy Boga za rogi z tą Unią Europejską, żeby zacytować językową pomyłkę zacnej koleżanki.

Białoruś z wszystkich wschodnich krajów jest najsympatyczniejsza i najciekawsza, w ogóle jest najbardziej w każdym możliwym kierunku. W wioskach, które mijaliśmy można by kręcić „Nad Niemnem”, albo film o UPA. Mowa o dziesiątkach drewnianych chatek krytych popękaną dachówką, otoczonych przez chwierutne płoty, skrytych w bezczelnym przepychu drzew.

Za to budownictwo miejskie jest sowieckie w najlepszym sensie tego słowa. Między blokami na gigantycznych osiedlach można by urządzać defilady, albo – co sensowniejsze – pograć w piłkę, wyprowadzić psa na spacer, albo obalić flaszkę na łączce między blokami. Pisze to jako chłopak z tłocznego Kazimierza, który niedawno wylądował w nowoczesnym blokowisku i zerka sąsiadom w cyce. Inna przestrzeń, odmienne myślenie o niej, do tego wszelkie budynki użyteczności publicznej, od urzędu miasta aż po szalet łączą w sobie cechy kościoła oraz twierdzy. Lubię monumentalizm minionej epoki i źle się czuję w architektonicznej, szklanej skromności późnego kapitalizmu.

I ludzie, wspaniali ludzie. Jestem za stary i na ludzi już się nie nabieram. Gdy słyszę, że ktoś gdzieś był i spotkał „takich miłych ludzi” uśmiecham się do jego własnej naiwności, a także swojej – minionej. Ludzie są wszędzie tacy sami. Ale chwile powierzchownej serdeczności, takiej radości ze spotkania zapadły mi w sercu. Pamiętam dobrze staruszki, które spotkaliśmy w Bohatyrowiczach. Miały jakoś tak pod dziewięćdziesiątkę. Robiły zakupy w sklepie obwoźnym, który przyjeżdżał dwa razy na tydzień. Sprawiały wrażenie zachwyconych tym, że ktoś mówi do nich po polsku i jeszcze się nimi interesuje. Przyjemne wrażenie pozostawił też podchmielony staruszek, który zaczepił nas rano pod hotelem. Powiedział, że bardzo interesuje się Polską, zna filmy Wajdy i Zanussiego. Uścisnął mi rękę z pięć razy i poszedł.

Wszędzie było czysto, czyściej niż u nas. Na ulicy nocą czułem się bezpiecznie. Celnicy białoruscy są dużo bardziej pomocni niż polscy. A, jedna z tych staruszka w Bohatyrowiczach kupiła sobie dwie flaszki wódki. I tak właśnie tam było.

tydzień z głowy (510)

Posted on 9 lipca 2018

W zamieszaniu

ancient-warriors-georges-marie-rochegrosse

Zawsze gdy dzieją się rzeczy nowe obawiam się, że nie dam rady, że w jakiś sposób zawiodę. Za mało czasu, za wiele obowiązków.

Właściwie dwa ostatnie lata poszły na sprawy, o których nie bardzo chcę tutaj pisać. Są albo bardzo nudne, albo zbyt osobiste. Zmarł mój ojciec, kupiłem mieszkanie, założyłem rodzinę, a na robotę nie było zbyt wiele czasu. Napisałem jednak powieść, nagrałem kolejny sezon „Dezerterów”. Te rzeczy się udały. Ale wiele innych spraw musiałem odpuścić i miałem poczucie, że kwestie biznesowe pozostały w tyle, że coś się psuje. Do tego jednak nie doszło.

Po raz pierwszy w życiu obiecałem sobie, że zabiorę się za tak zwaną karierę. Nie bardzo wiem jak takie rzeczy się robi, bo nigdy nie chciałem robić żadnej kariery. Nigdy w życiu nie wykonałem telefonu w swojej sprawie, nie słałem żadnych mail aby sobie pomóc. Nie zgłaszałem się do żadnej roboty. To ludzie do mnie dzwonili. Pomyślałem, że to jedyna rzecz, którą mogę zrobić – odbierać telefony, odpowiadać na maile.

Mam trochę projektów w tak zwanym developmencie, ale nie chcę o nich mówić dopóki nie doprowadzę ich do końca. Może jakaś gra. Może jakiś film. Jutro rano ruszam za granicę, na Wschód, w pewnej bardzo ważnej, literacko – filmowej sprawie. Niedługo mam nadzieję napisać coś więcej. Swoją drogą, tak zwana „kariera telewizyjna” nieustannie bawi mnie i cieszy. Nigdy nie przypuszczałem, że będę zajmował się czymś podobnym, lata temu nie przyjęli mnie na dziennikarstwo, a od wielu ludzi słyszałem, że po prostu nie nadaję się do mediów.

Zacząłem pisanie nowej książki. Bardzo tego się bałem, czemu zresztą dałem świadectwo tutaj, tydzień temu. Nie wiem, czy to co powstaje jest dobre. Tak mi się wydaje. Ale robota idzie szybko, sprawnie, a efekt wydaje się dokładnie taki, jakiego oczekiwałem.

Do tego przecież jest mój syn, synek mojej dziewczyny, dwóch chłopców którymi muszę i chcę się zajmować. Dzieci są przecież męczące, głośne i nie obchodzi ich coś takiego jak książka do napisania. I nagle okazało się, że godzę to wszystko. Jest czas na spacer i rower, książka się pisze, projekciki idą do przodu (to takie żałosne, „mieć projekciki”, dziwię się, że nikt nie myśli o tym w ten sposób), mam czas, żeby przygotować posiłki i na dużo więcej. Wciąż chodzę na treningi, na piwo, a i remaster „Dark souls” nie przejcie się przecież sam, do ciężkiej cholery.

Jestem wydajny tylko w ścisku i zgiełku. Tylko w biegu – szczęśliwy.

 

 

 

Tydzień z głowy (509)

Posted on 2 lipca 2018

Wigilia pisania

 bosz

Ostatnie miesiące przeznaczyłem na przygotowania do pisania nowej powieści. To był bardzo owocny czas, przynajmniej do niedawna tak sądziłem. Lubię ten czas gdy powstająca książka funkcjonuje całkowicie w czasie niedokonanym. Jest koncepcją, mgławicą, festiwalem duchów. Na ścianie jaskini kotłują się cienie bohaterów, których jeszcze nie ma, których dopiero coś zapowiada.

Od czasu „Innej duszy” przygotowuję wszystkie materiały przed pisaniem książki, tak by potem móc zająć się samym lepieniem słowa do słowa. Przyjąłem ten styl z jego wszystkimi wadami i dwojgiem wielkich zalet: pewnością dokąd jadę i brakiem znienawidzonej spontaniczności.

Spędziłem wiele dni w Oławie. Byłem na trzydziestopięcioleciu objawień na działkach, przemówił do mnie Jezus i zamieniłem słowo z Matką Boską. Spotkałem się ze świadkami wydarzeń kojarzonych z osobą Kazimierza Domańskiego, z dziennikarzami, z przyjaciółmi samej Oławy i jej historii najnowszej. Wielką pomoc okazała mi rodzina Domańskich, biblioteka oraz redaktor miejscowego czasopisma. W wolnych chwilach kupowałem wódeczkę miejscowym pijakom, przysiadałem się i zagadywałem o pana Kazka, o Matkę Boską którą zobaczył.

Przeryłem się przez wszystko co napisano na ten temat. Mam kserokopie przesłuchań z SB i głos Matki Boskiej nagrany na taśmę magnetofonową. Zgłębiłem też zagadnienia nie związanej bezpośrednio z Oławą i tamtejszymi objawieniami, od historii herezji i kacerstwa po tajemnice fachu fryzjerskiego. Wreszcie, wymyśliłem język, bohaterów, ułożyłem całą historię, spisałem wszystko w formie skrótowych, czytelnych tylko dla mnie punktów i tyle. Był wtorek. Praca koncepcyjna się skończyła.

A wczoraj, z powodów których ani myślę zdradzać spisałem streszczenie „Kultu” tak, aby ktoś to zrozumiał. Praca poszła szybko, streszczenie wyszło dość konkretne i szczegółowe. Przeczytałem je i zrozumiałem co właściwie próbuję napisać. Wszystko co miałem wcześniej przygotowane nagle wydało mi się ułomne, bezsensowne i dalekie od prawdy. Mam wrażenie, że przeszedłem długą i trudną drogą tylko po to by znaleźć się w miejscu, z którego wyszedłem. Nic nie wiem. Nie mam pojęcia co zrobić.

Jutro, w poniedziałek, zaczynam pisanie.

Tydzień z głowy (508)

Posted on 25 czerwca 2018

Nowy dom

IMG_4301

Dziesięć lat temu rozpadła mi się rodzina. Mój syn, Julek, miał wówczas rok. Temu rozpadowi towarzyszyły różne, bardzo gorące emocje. Dziś po prostu myślę, że z byłą żoną nie daliśmy rady. Mieliśmy różne oczekiwania względem siebie, co wyszło za późno, w nazbyt bolesny sposób i było po zawodach.

Wczoraj, jak zawsze na początku wakacji pojechałem po mojego syna, na Dolny Śląsk. Kumpel wskoczył za kółko i heja, na Zachód. Po drodze zahaczyliśmy o miejscowość, którą przezwałem Rykusmyku w jednej ze starych książek. Kto wie, może nastąpi literacka i nie tylko literacka reaktywacja tego miejsca? Powłóczyliśmy się, zrobiłem trochę zdjęć. Nikt mi nie wmówi, że Polska rozwija się równomiernie, że działa jak należy, że istnieje tutaj coś takiego jak sprawiedliwość. Kontrast pomiędzy Wrocławiem a takim Rykusmyku, z brudem bram, z niszczejącymi kamienicami rynku i melancholią mieszkańców jest uderzający.

Julka przyszła pożegnać cała tamtejsza rodzina. Wyściskał każdego po kolei, a my z kumplem ładowaliśmy do fury torby, siatki z klockami, rower, takie rzeczy. No i pojechaliśmy. Julek nudził się wściekle na tylnym siedzeniu. Posiłkując się programem z komórki zaprosił mnie do gry w „Milionerów”. Zadawał mnóstwo dziecinnych pytań. Skąd jest to. Czy widziałem tamto. I tak dalej i tak dalej.

Tę trasę znam aż za dobrze, w końcu jeżdżę tutaj tę pieprzoną dekadę. Rozpoznaję wzniesienia, doliny i drzewa, wiem gdzie będzie MacDoland, a gdzie KFC. Zjedliśmy pod złotymi łukami. Stoliki na zewnątrz były zmoczone deszczem, a przed poskręcaną, wysoką zjeżdżalnią leżał stos dziecięcych butów jak w obozie koncentracyjnym.

Wreszcie przyjechaliśmy. Kumpel skręcił mu rower, ja dymałem z torbami. Zdążyliśmy na mecz, zjedliśmy popcorn. Był zwykły, choć bardzo głośny wieczór. Julek tym razem nie przyjechał jedynie na wakacje. Przeprowadził się. Zostaje ze mną, będzie tu chodził do szkoły, wzrastał sobie i żył. Stało się coś dobrego, dokładnie po dziesięciu latach, jakbym złamał zły czar rzucony dawno temu.

tydzień z głowy (507)

Posted on 18 czerwca 2018

Gadająca głowa

szczecn 

Tydzień upływa mi pod znakiem spotkań z ludźmi. Codziennie kogoś widzę: przyjaciół, czytelników, współpracowników i kontrahentów. Siedzę. Jem. Wymachuję łapami i plotę dyrdymały. Do tego znów rzuca mnie po kraju. Teraz akurat wylądowałem w Szczecinie, mieście, które pozostaje dla mnie wielką niewiadomą. Nie mam pojęcia czemu leży tak daleko i co właściwie przesądza o jego wyjątkowości. Dziś rano wyrzucili mnie z hotelu. Nie mają tutaj ubera. Na taksówkę trzeba czekać dwadzieścia minut. Siedzę w knajpie, której nazwy nawet nie znam. Nie mam pojęcia na jakim osiedlu się znajduję i gdzie stąd powinienem się udać. Telefon przestał działać, bez nawigacji jestem bezradny jak szczenię. Zaraz podadzą kurczaczka zapiekanego w całości. Pożrę jego młode życie.

Są dobre chwile i bardzo potrzebne, takie, które sprawiają, że czuję się sobą w oswojonym kawałku świata. Czwartkowy wieczór spędzam z ekipą dezerterską. W przeważającej swej masie ci ludzie są doświadczonymi dziennikarzami. Jeden nawet opowiada jakie to jaja były gdy robił „Randkę w ciemno” w latach dziewięćdziesiątych. Jaka „Randka w ciemno”? Jakie kurwa lata dziewięćdziesiąte? Ale jest miło, bezpiecznie, zrobiliśmy kolejny sezon i niedługo dobijemy do setnego odcinka. Kto by pomyślał? Jeden z tych dziennikarzy wyznaje mi, że gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy dawał mi trzy miesiące na antenie. On sobie nie da rady, tak mówił. A jeśli dałem to przede wszystkim dzięki tym ludziom. Pokazali mi co i jak, mogłem powoli się uczyć.

Chwilę wcześniej przysiadłem na Zbawiksie razem z moim starym przyjacielem. Jednym z tych najbardziej wypróbowanych. Spotykamy się na chwilę, bo każdy ma swoje sprawy, a bliskość nie zawsze mierzy się w minutach przegadanych nad kielichem. Przyjaciel przychodzi, ściskamy się i zaczynami rozmawiać. Gadamy o polityce, o kobietach, o życiu, a ja orientuję się, że jestem w jednej z tych rzadkich, cennych sytuacji kiedy mogę powiedzieć wszystko bez żadnej krępacji. Każdy brud, każda haniebna myśl może zostać ujawniona przy tym naszym stoliku. Nie mówię niczego takiego (chyba), ale świadomość zaufania, tej szorstkiej bliskości jest bardzo potrzebna.

Przez większość życia towarzyszyło mi poczucie niewkomponowania. Byłem inny, osobny, skontrastowany ze światem. Zdarzało się mi tym szczycić. Wciąż mam świadomość radykalnej obcości pomiędzy jaźnią i jaźnią, jaźnią i bezmyślnym światem, ale łatwiej ją przeżyć i zrozumieć. Ulegam iluzji, że obcość jest mniej obca, a ja po prostu przyzwyczaiłem się do bycia innym, bycie innym mi spowszedniało i jest już czymś zwyczajnym. Oto i jestem – obcość szara i codzienna.

 

 

 

Tydzień z głowy (506)

Posted on 11 czerwca 2018

Dziecko we mnie

IMG-4112

Poznań. W piątkowe przedpołudnie jadę do znajomego barbera, który przystał na funkcję konsultanta dla potrzeb powstającej powieści. Narrator będzie bowiem fryzjerem.

Barber dobiega pięćdziesiątki i jest jednym z prekursorów ruchu straight edge w Polsce. Nigdy nie pił alkoholu. Walczy o trzeźwość. Wódka zabrała mu połowę rodziny. Tymczasem poprzedniego wieczoru ostro zabalowałem w gronie przemiłych poznaniaków. Mam kaca. Wali ode mnie przetrawioną wódką. Biorę długi prysznic, oblewam się perfumami, zapycham mordę gumą do żucia i dalej mi wstyd.

Barber nie daje nic po sobie poznać, opowiada, pomaga, jest nieoceniony. Ma piękny zakład, gdzie zgrabnie połączył estetykę steam punka ze starym dobrym polskim punkiem/hc i tradycją rzemiosła fryzjerskiego. Wraz seniorem fachu opowiada mi o swojej pracy. Jest w tym miłość, pasja i odrobina żalu. Nowoczesność zniszczyła rzemiosło i trzeba ogromnego wysiłku aby je przywrócić.

Oława. Wybieram się na trzydziestopięciolecie objawień na tamtejszych działkach. T-shirty z diabłami zostawiam w torbie podróżnej. Wytatuowane ramiona zakrywam koszulą. Zakładam czarne, proste dżinsy. Przy odrobinie dobrej woli można by wziąć mnie za księdza, takiego co prowadzi salkę bokserską przy parafii. Jest mi potwornie głupio. Czuję się gorzej niż oszust. Jestem człowiekiem, który odziera innych z intymności.

Na miejscu pielgrzymi są bardzo mili. Opowiadają o swoich uzdrowieniach, wyrażają skargę na niechętny im Kościół. Zapraszają mnie do wspólnej modlitwy. Wyrażają nadzieję, że kiedyś poznam Boga i będę taki jak oni. Nie będę, bo żadnego Boga nie ma. Ale lubię tych ludzi, ich potrzebę poczucia bliskości cudu, tę rozbrajającą naiwność leżącą u podstaw żarliwej pobożności.

W tym roku kończę czterdzieści jeden lat. Ukrywam tatuaże i żuję gumę, by nikt nie poczuł ode mnie alkoholu. Czuję wstyd, jakbym wciąż był dzieckiem, które ukradkiem wypiło piwo i wydziarało sobie smoka na bicepsie. Wstyd mnie buduje. Pozwala pozostać człowiekiem.

 

Older Posts