porusza i prowokuje...

tydzień z głowy (477)

O maniactwie

IMG-2278

Najbardziej dorosły byłem w wieku trzydziestu lat, kiedy rodził się mój syn, a ja nosiłem sztruksy i beżowe koszulki z ravela. Naprawdę uważałem, że życie w substancjalnym swym sensie już niczego mi nie przyniesie i pobiegnie w wiadomym, oczekiwanym społecznie kierunku zwieńczonym przez śmierć. Nie przeczuwałem skali nadchodzącej zmiany, tego, że wszystko runie i wyruszę w długą wędrówkę, zatoczę koło i dekadę później wyląduję w miejscu, z którego piszę te słowa.

Pewne rzeczy uległy przemianie, inne wzmocnieniu. Na przykład staję się coraz większym metalowym maniakiem, rzekłbym: wprawiam się w rzeczonym maniactwie. Na urodziny dostałem kilka płyt winylowych. W piątek kupiłem sobie trzy kolejne (w tym pierwsze wydanie „Ready for Boarding” Running Wild, ta płyta jako jedyna nie doczekała się wznowienia), wystarałem się o adapter za flaszkę i będę się bawił w zbieractwo, mając pełną świadomość, że to tylko odpychanie pustki.

Więcej sentymentów. Więcej zespołów, więcej nagrań. Śledzenie nowych wydań na ebay. Porównywanie okładek pierwszej i trzeciej wersji. Książki, gazety. Wyjazdy na koncerty. Rozmowy o muzyce. Tyle dziur w dyskografiach. Czasami przysiadam sobie na brzegu łóżka, popijam whisky i przyglądam się półeczce z płytami. Przeczuwam istnienie wspomnień zapisanych w dźwiękach: jakichś imprez, koncertów, dziewczyn. Nic nie pamiętam, nie mam tych wspomnień. Tylko przeczuwam ich istnienie. Coś kiedyś mi się przydarzyło.

Może tak powinno być? Może wraz z wiekiem powinienem stawać się coraz większym metalowym maniakiem i za dwadzieścia lat (jeśli dożyję) będę miał siwe długie pióra (z łysiną pośrodku) oraz katanę z telewizorem i naszywkami? Nie sądzę. Niczego nie można jednak wykluczyć, podobnie jak tego, że metal mnie opuści, tak jak czyniły to kobiety, jak uczyniła to fantastyka. Nie myślę nad tym, bo zajmuję się, tak jak już napisałem, odpychaniem pustki.

Ale jest coś jeszcze. Odezwał się do mnie jakiś młody człowiek i powiedział coś w stylu: „Panie Łukaszu, dziękuję panu, że pan łazi po telewizjach w tych koszulkach, zwłaszcza że pan już swoje lata ma, ale dzięki panu ja wiem i masa innych ludzi wie, że to żaden wstyd być metalowcem”. No i tak. Czy zniszczyłem komuś życie? Całkiem możliwe. Ale ma rację, żaden wstyd.

Tydzień z głowy (476)

O jesieni

bruin-asleep-in-the-blueberry-bushes-bamsen-sover-i-blaablyngen-1900

Grafika: Theodor Kittelsen

Jesienią, wieczorem, gdy jestem na mieście, odnoszę wrażenie, że śnię. Ludzie wydają się więksi w tych swoich kurtkach i płaszczach. Światła tramwajów i samochodów rozpraszają się w deszczu. Dzieci włażą w kałuże, a słońce zachodzi już o czwartej. Wszystko wokół jest, kurwa, niemożliwe i w chuj skandaliczne.

Na siłowni urządzają drzwi otwarte, z których może skorzystać każdy, kto przypomniał sobie, że ma ciało, i pragnie je upiększyć, najlepiej w jedno sobotnie popołudnie. Gruba baba plącze się w gumkę do rozciągania, zaczyna dyszeć, rozprostowywać palce i wygląda kubek w kubek jak Elmer Fudd, któremu królik Bugs przyłożył do nosa wyrwaną dwururkę. Tipsiary i studentki obłażą maszyny i stukają w komórki, jakby od tego, a nie od powtórzeń, schodziły nienawistne kilogramy. Ojcowie rodzin potykają się o hantle, ale najgorsi są biegacze przechwalający się swoimi osiągnięciami nawet w saunie i pod prysznicem.

W pobliskim markecie istne pandemonium, którego nie osłodzą nawet znicze przecenione po Wszystkich Świętych. Doprawdy, gdybym teraz skonał, można by oświetlić mi grób naprawdę po taniości. Tymczasem żyjący tłoczą się do dwóch jeno czynnych kas. Kolejka ciągnie się przez całą alejkę, zahaczając jeszcze o zaułek z wódą. Połowa oczekujących osuszyłaby teraz pół litra jak nic. W końcu niedziela, rodzinność trzeba przetrwać, przemęczyć. Póki co stoimy. Ludzie sapią, klikają, klekocą wózkiem o wózek i szepczą. Powietrze drży od oskarżeń i podejrzeń, powiedzianych i pomyślanych. Kto zawinił? Czemu stoimy? Czy kasjerzy zasłużyli na podwyżki? Czy przez te podwyżki część z nich zwolniono? Czy pracują powoli, bo są dobrze opłacani? Dlaczego jeszcze nie ma tu automatów?

Kontrolerzy biletów raptem robią się mili. Jadę tramwajem, wskakują kanary, szukam portfela i uświadamiam sobie, że zostawiłem go w szafce, po treningu. Kanar podchodzi, tłumaczę mu, jak to wyszedłem bez dokumentów, chcę dopowiedzieć coś jeszcze, a on macha rękę i idzie. Dlaczego? Bał się, uznał, że nie warto, czy kierował się innym powodem? Lub, mówiąc trafniej, coś nim kierowało? Może zmiana w kanarach jest częścią innej wielkiej zmiany? Tej jesieni policjanci staną się odważni, księża oszczędni, nauczyciele oczytani, robotnicy pracowici, dziwkom pod fiszbinami wyrosną nagle dobre serca, a pisarze, ci strażnicy sumień, po raz pierwszy zainteresują się kimkolwiek i czymkolwiek poza sobą.

tydzień z głowy (475)

40

IMG-2232

Byłem pewien, że nie dożyję. Przyjaciel przypomniał mi niedawno, jak za młodu bawiliśmy się perspektywą rychłej śmierci. Zastanawialiśmy się mianowicie, jak będziemy wyglądali w wieku lat czterdziestu. Nabrałem na palec popiołu z popielniczki i powiedziałem: „O tak”. A jednak żyję. Więcej nawet, cieszę się doskonałym zdrowiem, wiem, dokąd zmierzam, czego chcę i czego potrzebuję.

Mam dwie prace, obie dość trudne, ale bardzo satysfakcjonujące. Mogę przyrównać je do wycieczek wysokogórskich. Gramolenie się po jakichś turniach i graniach trudno uznać za przyjemność w prostym, hedonistycznym sensie, ale jednak ludzie walą w Karpaty. Moment na szczycie wynagradza trudy. Innymi słowy, praca jest mi namiętnością, a nie poświęceniem.

Mam dom, czyli miejsce, do którego wracam z radością i jestem z radością przyjmowany. Miewałem już taki i nie przypuszczałem, że zdarzy mi się jeszcze coś podobnego. Zapomniałem, jak dobrze jest mieć dom, jak bardzo to potrzebne. Mężczyzna bez domu, tak sobie myślę, jest trochę mniej mężczyzną. Dom daje przestrzeń i sens dla każdego ruchu. Za jego sprawą w przyszłość spoglądam bez lęku.

Jestem bardzo kochany przez wielu zacnych ludzi i czasem jest tak, że nie wiem, co z tą miłością zrobić. Wydaje mi się czymś, na co w żadnym razie nie zasłużyłem. Czasem jednak myślę, że ci wszyscy ludzie, którzy mnie kochają, nie są kompletnymi idiotami, więc może istnieje jakieś uzasadnienie dla tej miłości. Znam swoją ciemność. Znam swoje zło. Kto wie, może zdołam dostrzec w sobie i to uzasadnienie?

Wczoraj miałem prapremierę nowej powieści połączoną z bibką urodzinową. Na spotkanie autorskie przyszło mnóstwo ludzi, w większości mi nieznanych. Ośmielam się sądzić, że byli to czytelnicy. Przez wiele lat na premierach własnych książek mówiłem do paru osób. Teraz nie mogli się zmieścić. Potem napiłem się whisky, patrzyłem na kochane, przyjacielskie mordy i myślałem o tym, jak wielkie mam w życiu szczęście. A potem coś ukłuło w sercu. Pomyślałem: „Tato, szkoda, że tego nie widzisz. Przez większość życia martwiłeś się o mnie, zapewne słusznie, i nie wiesz, nie możesz zobaczyć, że wreszcie jestem bezpieczny”.

O łaźniach węgierskich 

baths

Madziarom zazdroszczę tradycji termalnych. My, Polacy, jesteśmy od nich nieszczęśliwie wolni. Nie uważam, aby z polską tradycją było coś niewłaściwego. W gruncie rzeczy wydaje mi się całkiem zwyczajną mieszaniną dobrego i złego, jak u wszystkich. No, ale termy to by się przydały.

Kiedy – dawno temu, w innym życiu – ostatnim razem byłem w Budapeszcie, mój przyjaciel namówił nas na termy. Trudno mi sobie przypomnieć, które to akurat były, ale chyba te największe, z mnóstwem najróżniejszych saun, sadzawek i basenami pod gołym niebem. Trafiłem tam akurat w styczniu. Skromnie odziany jedynie w kąpielówki wybiegłem na mróz i zaraz hyc do ciepłej wody. Obok potężni, wąsaci Węgrzy przestawiali figury na pływających szachownicach, a nade mną, w masie ciepłego powietrza, skraplały się ciężkie płatki śniegu.

Drugi raz poszedłem dzisiaj, już do innej łaźni – tu przynajmniej pamiętam nazwę, termy Lukasa – i przez dwie godziny taplałem się beztrosko niczym wolny od pokus ciała starzec. Do basenów prowadziły kamienne schody. Na ścianach otwierały się cegły, kruszały płaskorzeźby. Basen znajdował się pod rdzawą kopułą, a jedyne źródło światła dawały umieszczone w niej małe, przeszklone lufty. Zniknął czas. Była tylko ta woda siarczana i ludzie w niej zanurzeni. Siedzieli tak jak dwadzieścia, może sto lat temu. Gdyby nie tatuaże, też byłbym bezczasowy.

Łaźnia jest jedynym znanym mi miejscem, gdzie nie ma smartfonów. Oto enklawa wolna od klikalności. Lubię ją także z innych powodów. Uwielbiam starych Węgrów z ich brzuszyskami, z resztkami włosów lepiącymi się do karków, z wąsami, sękatymi kolanami i luźną skórą na ramionach. To potężni mężczyźni, lecz ta potęga nie zasadza się już na fizyczności, lecz (chyba) na tej głębszej sile, będącej podstawą siły ciała, głowy, ducha. W łaźni też wolno być brzydkim. Większość ludzi, których tam widziałem, miała brzydkie, stare ciała – a w ich zgodzie na ten stan rzeczy, w naturalności bycia dostrzegłem wielkie piękno. Wielkie piękno w brzydocie – wiem, jak to brzmi. Ale tak właśnie jest.

.

Tydzień z głowy (473)

O tym, skąd jestem

IMG_2073

Lubię myśleć, że przybyłem z nicości, ewentualnie, że wziąłem się z gówna. Ukształtowały mnie filmy na kasetach video, komiksy, kasety Iron Maiden i powieści Mastertona. Do niedawna tak uważałem, ale zmieniłem zdanie. Już wiem: jestem z książki „Od Lewiatana do Jormungandra” pióra Zofii Drappelli.

Jestem z tej książki tak bardzo, że zapomniałem o jej istnieniu. Niedawno przeszperałem moją dziecinną biblioteczkę w mieszkaniu mamy. Szukałem jakiejś innej książki, a znalazłem tę właśnie, oprawioną w gruby papier, tak aby się nie zniszczyła.

Usiadłem i zaraz przeczytałem ją całą, stając się na ten czas dziesięcioletnim chłopcem, który otworzył ją po raz pierwszy. Drapella pisze o morskich potworach: trytonach, celsusach, polipach i wężach morskich, w szerokim mitologicznym ujęciu. Najciekawszy był oczywiście rozdział o wodnych dziwadłach ze wskazaniem na rybę-biskupa. Taką złowiono akurat w Polsce. Czemu mnie to nie dziwi?

Drapella konsekwentnie ujawniała kulturę, z której pochodziły te stwory. To u niej po raz pierwszy przeczytałem fragmenty eposu o Gilgameszu, dowiedziałem się o Marduku ćwiartującym Tiamat, zobaczyłem cudaczną głowę straszliwego boga Seta i niewiele lepszego Wisznu w towarzystwie dziewięciogłowego węża. Właśnie! Przecież u Drapelli było pełno ilustracji. Fotografie rzeźb, reprodukcje obrazów i rycin tłoczyły się niemal na każdej stronie.

Czytając – a nade wszystko oglądając – książkę Drapelli, zrozumiałem, że mój strach przed potworami (a bałem się ich naprawdę) nie jest niczym niezwykłym. Dorośli ludzie, na przykład kapitanowie statków, również się ich obawiali, a nikt nie uważał ich za tchórzy. Może ze mną nie było tak źle. Ponadto pojąłem coś, co przeczuwałem już wcześniej: sensem świata jest tajemnica, w tym wypadku ukryta pod wodą. Nie należy też ufać temu, co napotykam. Wyspa zawsze może okazać się morskim smokiem pogrążonym w drzemce.

Naczytałem się o potworach i postanowiłem stworzyć własne. Pani Zofio, dziękuję.

 

 

 

Tydzień z głowy (472)

O dwóch kominach elektrociepłowni w Łęgu

IMG_2058

Każdemu coś tam kojarzy się z domem. Dla niektórych będzie to banalny zapach babcinego ciasta, dla innych knajpa-osiedlanka, dla jeszcze innych woń przetrawionej wódy i ciężka pięść tatuśka. Dom jest pojęciem pojemnym i takie też skojarzenia wywołuje.

Mnie dom kojarzył się z dwoma kominami elektrociepłowni w krakowskim Łęgu. Tak się składa, że mieszkam niedaleko tego fantastycznego miejsca. Co prawda okna mojego mieszkania wychodzą na zachodnią część Krakowa, ale to przecież nie ma znaczenia. Zawsze mogłem podejść do okna na klatce schodowej – wówczas moim oczom ukazywały się te dwie muskularne france, te rdzawe pały sterczące ze stali i gruzowiska. Oczywiście jestem człowiekiem nudnym i rozsądnym. Nie wychodziłem z domu, aby popatrzeć na kominy.

Nieustannie jeżdżę. Niechętnie wychodzę, za to z radością wracam do swojej oswojonej i bezpiecznej przestrzeni. Ponieważ Kraków znajduje się na południu, niemal zawsze nadjeżdżałem z północy. Siedziałem w pociągu i robiłem rzeczy pociągowe: pisałem, oglądałem filmy, czytałem książkę. Krajobraz za oknem niewiele mnie obchodził, ale raz na jakiś czas spoglądałem w okno, czy przypadkiem nie widać już dwóch kominów łęgowskiej elektrociepłowni wyrastających z horyzontu. Wówczas mówiłem sobie: „Ale fajnie, Orbitowski, niedługo będziesz w domu”.

Pewnego razu zobaczyłem, że jest tylko jeden komin, i świat usunął mi się spod stóp. Myślałem, że zaszła jakaś pomyłka i ten samotny komin jest zupełnie innym kominem, wzniesionym gdzie indziej w jakimś odmiennym celu. Przecież nie może być tak, że nagle znikają kominy. No, ale trzeba było się z tym pogodzić. Było i nie ma, a ja dalej będę przyjeżdżał i wyjeżdżał, usadowiony przy oknie w pociągu.

Potem zobaczyłem film z rozbiórki komina, całkiem imponujący. Muskularne urządzenie umieszczone na szczycie rozbierało tę konstrukcję na kawałki, wygryzając kęsy cegieł. W toku tej mozolnej operacji komin malał i kruszał, stając się coraz mniej kominem, aż wreszcie zniknął zupełnie, pozostawiając swojego samotnego towarzysza. Problem w tym, że ten samotny komin nie kojarzy mi się z domem, muszę dopiero dla niego jakieś skojarzenie wymyślić. 

Tydzień z głowy (471)

O nieznajomym z pociągu 

strangers-on-a-train2

Wracam do Krakowa z Łodzi po trasie trwającej sześć dni. Ruszyłem w Polskę gnany przez chciwość. Greed is good, indeed, rację miał Gordon Geeko. Za jej sprawą piłem wódkę w Poznaniu, zobaczyłem średniowieczną wieżę w Szamotułach i koncert Angel Witch w Łodzi, teraz wracam do domu wieczornym pociągiem, a naprzeciw mnie klapnął najprawdziwszy świr.

Spałem w kamienicy, która się trzęsła od chłodnego świtu, i uczyłem młodzież pisania manifestów, tymczasem świr ma kaszkiet, podkręcany wąs, słuchawki w uszach i wielkie, dziwne oczy skryte za okularami w rogowych oprawach. Ten rodzaj spojrzenia wydaje się zarezerwowany dla leciwych aptekarzy i dzieci obserwujących lot płonących ptaków. Te jajka wielkanocne, te malowane głazy mrugają ospale przed wielkim laptopem.

Widziałem dobrych ludzi, porządnych, prawych ludzi, którzy kochają swoje koty i dzieci, a wieczorami wypijają dwa piwka, palą jointa na balkonie i tulą się do siebie, rozumiejąc, jak ważna jest radość życia, tymczasem świr, ów kompletny szaleniec, nieustannie skubie swoje dłonie, masuje je i pieści, jakby należały do kogoś bliskiego, jakby te krótkie, drobne paluszki wydały spod siebie symfonię klasy Beethovena. Jednocześnie te palce rwą się do klawiatury komputera, stawiając wariata w nierozwiązywalnym konflikcie wewnętrznym: chce pieścić swoje dłonie, lecz pragnie również klikać.

Dostałem plakat, nosorożca i honorarium, wymarzłem solidnie, czekając w zapiętej kurtce na wieczorny  pociąg, tymczasem mój towarzysz podróży ma na sobie koszulę w delikatną kratę, beżową kamizelkę, płaszczyk do tyłka oraz krótkie spodenki niesięgające sękowatych kolan. Nagie golenie schodzą do butów pod kostkę, skarpetek nie stwierdzono. Między dłońmi, wąsami, spojrzeniem i tą nagością, jakże dziwną pierwszego października, dostrzegam napięcia, których nie potrafię zgłębić. Zresztą nie jestem od zgłębiania, tylko od patrzenia – ja, facio w czerwonych butach i koszulce Necromantii, z tą mordą, z tobołem i tatuażami.

On klika. Pieści dłonie, trąca klawiaturę, wraca do pieszczenia i tak na okrętkę. Co, jeśli ten krogulec, ten wystrojony wariat właśnie pisze o mnie?

 

 

tydzień z głowy (470)

Gra o kocie

IMG_1241

Dawno temu wymyśliłem grę na smartfony i tablety: symulator kota. Byłem pewien, że producenci ozłocą mnie za tę ideę. Przecież wszyscy kochają kotki. Internet powstał dla kotów i pornografii.

Wcielający się w czworonoga gracz otrzymałby szereg prawdziwie kocich zadań: ucieczka przed trzylatkiem albo pijakiem na imprezie, kradzież jedzenia ze stołu, łapanie much, tryknięcie podwórkowej kotki i tak dalej. Niektóre pomysły miałem całkiem niezłe. Na przykład chciałem, by kociak skakał sobie po meblach i to dwukrotnie: raz w normalnym stanie, drugi raz na głupim Jasiu, po kastracji.

Dla kota przewidziałem i inne atrakcje. Na przykład wyobraziłem sobie, jak skacze na gołe plecy gościa uprawiającego żywiołowy, namiętny seks. Skacze na ich środek, między spocone łopatki, wysuwając pazury. Tego rodzaju pomysły czerpałem, niestety, z własnego doświadczenia.

Całej tej zabawie towarzyszyła głębsza idea. Kot żyje przecież wśród ludzi – i o ludziach widzianych kocimi oczyma pragnąłem opowiedzieć. Wyobraziłem sobie zwyczajną studencką parę, która bierze kocie szczenię, jak imprezują, uczą się, urządzają sobie romantyczne kolacje i skaczą do oczu. Potem przychodzi dorosłość, dziecko, ślub i kredyt. Zdarza się kryzys, zdrada. Być może rozwód, może pogodzenie. Gracz w moim zamyśle mógł po prostu przechodzić kocie questy, albo przyglądać się zwyczajnym losom tym dwojga.

Przekonany o genialności pomysłu pobiegłem do developerów. Byłem niemal pewien, że zaraz podpiszemy umowę. Każdy, bardzo uprzejmie, powiedział to samo: niewykonalne, drogie i bez sensu. Posmutniałem, ale na krótko. Przecież to tylko pomysł, a ja mam dużo innych pomysłów.

Do dziś sądzę, że coś w tym było, jakaś skromna prawda. Koty, ze swoim krótkim, piętnastoletnim czasem życia, uświadamiają nam, jak zmieniamy się w ciągu tych lat. Pamiętam swojego kota Prezesa, któremu poświęciłem aż dwie książki. Gdy przyjmowałem tego rozbrykanego drapichrusta, jakoś w 2001 roku, byłem zupełnie innym człowiekiem, niż jestem teraz. Głupim, drapieżnym, próżnym, idealistycznym. Szkoda czy nie szkoda? To nie ma znaczenia. Po prostu się zmieniłem.

Jeden człowiek przyjął Prezesa pod swój dach. Inny – niedawno – pochował.

Tydzień z głowy (469)

Oda do karafki

IMG_1956

Twe szkło jest rżnięte jak miłość

Twój kształt jak biodra kochanki

Rozkosz mi daje twa lekkość

Gdy cię nachylam do szklanki

 

Tyś jest jak uśmiech dzieciny

Co skacze w dłonie ojcowskie

Bez żalu, pytania czy winy

Oddalasz gorycz i troskę

 

Tyś jak słoneczny promień

Co dom rodzinny rozświetla

Za płynny bursztyn i płomień

Dzięki ci składa poeta

 

Twe szkło jest piękne jak nagość

Twój kształt potężny jak tanki

Rozkosz mi daje twa lekkość

Gdy cię nachylam do szklanki

 

Tydzień z głowy (468)

Czerwone trzewiczki 

Tarquinia, Italy --- Detail of Men from Tomb of the Augurs --- Image by © Gianni Dagli Orti/Corbis

Tarquinia, Italy — Detail of Men from Tomb of the Augurs — Image by © Gianni Dagli Orti/Corbis

Życie nigdy mnie nie oszczędzało.

W dzieciństwie regularnie zbierałem łomot, miałem też wadę wymowy i zęby trzy razy bardziej krzywe niż teraz. Dziewczyny śmiały się ze mnie. Koło trzydziestki doświadczyłem łaski rozwodu, tracąc przy okazji skromny majątek, zresztą tak się śmiesznie składa, że średnio co siedem lat zaczynam życie od nowa. Gołębie na mnie srały, półdzikie psy szarpały mi porcięta. A teraz mam czerwone buty, czerwone jak róże i krew.

Na niczym się nie znam, nic nie potrafię, nie czytałem Murakamiego i nie prowadzę auta. Próbowałem grać w piłkę, aż wyśmiało mnie moje własne dziesięcioletnie dziecię. Poległem przy próbie ogolenia sobie brwi i omal nie połamałem sobie rąk podczas zmiany pościeli. Skarpetki pękają mi na stopach. Lecz mam czerwone buty stworzone dla tych stóp.

Ilość zmartwień i kłopotów, które ściągnąłem na swoją siwą głowę, doprawdy trudno zliczyć, zresztą o większości z tych spraw nawet nie godzi się pisać. Powiem więc tylko, że maszeruję pod krzyżem przeprowadzki i wielkiego remontu, premiery powieści, której oddałem dwa lata, oraz programu telewizyjnego, który wciąż robię wbrew znakom na niebie i ziemi. Wlokę się tak, przez ciernie i pył, przygięty przez to co powyższe. I dobrze, bo wciąż patrzę na swoje nowe buty, na czerwone buty przyprószone gruzem, na którym perli się pot.

Nie wiem, co przyniosą najbliższe miesiące i lata. Za miesiąc kończę czterdziestkę, co w najlepszym razie oznacza, że połowa życia już za mną. Więcej nie będzie. Zapewne nie będzie lepiej. Powieść może okazać się klęską, posypie się zdrowie, zrobię coś strasznego i bliscy odwrócą się ode mnie. Zostanie tylko stary przyjaciel, lęk. Będę gruby. Będę bezzębny. Będę martwy.

Ale  mam przecież czerwone buty i idę, ach idę, idę w nich sobie do knajpy.

 

 

 

Older Posts