porusza i prowokuje...

Tydzień z głowy (486)

To ciągle jest

nabuchodonozar 

Zdarza mi się pisywać o życiu szczęśliwym, o tym jak łaskawe jest dla mnie życie. Pora, bym poruszył inny temat.

Byłem bardzo smutnym młodzieńcem, chodziłem w skórzanym płaszczu i miałem pentagram wypuszczony na czarny golf. Wręcz epatowałem smutkiem, ale nie umiałem odpowiedzieć, skąd się ów smutek brał. Dziś oczywiście wiem. Chodzi o skrzek świata, o niedopasowanie między tym światem a mną, o metafizyczną grozę, o doświadczenie bezsensu trwania i potworność pustki. Czułem to wszystko, lecz nie umiałem nazwać. Teraz już umiem.

Kiedyś, dawno temu, liczyłem, że to umilknie. Nie jestem już tak naiwny. Skoro nie pomogła miłość, wódka, podróże, przyjaźnie, sukces zawodowy – to nie pomoże nic. Będę się kurwa męczył do końca moich dni. Cierpienie metafizyczne. Czemu akurat to mnie spotkało? Nie mogłem po prostu dostać garba?

Z cierpieniem metafizycznym, ze skrzekiem świata łączą się przynajmniej dwa problemy. Pierwszy taki, że istnieje masa gorszych nieszczęść. Ludzie są głodni, mają raka, bomby spadają im na domy i tak dalej. W tym kontekście, moje cierpienie jest fanaberią, kaprysem rozpieszczonego gnoja, niczym więcej. Trudno z taką myślą poczuć się lepiej. Cierpię, więc nie cierpię siebie za to, że cierpię.

Do tego dochodzi oczywiste powodzenie, lukratywność mojego losu, jakże komicznie kontrastującą z metafizyczną grozą przeszywającą moją obolałą duszę? To jak dławienie się kawiorem, jakbym kaleczył sobie dłonie pluszem koloru lila. Do skrzeku dochodzi przekonanie, że jestem człowiekiem głęboko niewdzięcznym za dobre rzeczy, które stały się moim udziałem. A ponieważ wszystko zawdzięczam sobie, obrażam się na siebie samego.

I tak, mając lat czterdzieści, ze sobą się męczę.

tydzień z głowy (485)

Posted on 8 stycznia 2018

O sąsiedzie

Arnold_Böcklin_-_Die_Toteninsel_III_(Alte_Nationalgalerie,_Berlin)

Dzielnica Krakowa, w której teraz mieszkam niegdyś słynęła z ogrodów. Stoi tutaj dawny pałac letni królów polskich. W dwudziestoleciu międzywojennym rezydowało tutaj wojsko. Zresztą i ja mieszkałem w tych rejonach, dawno temu. To właśnie w tej okolicy Giełdziarz z „Horror show” wspinał się po piorunochronie.

Ostatnia dekada upłynęły  pod znakiem prawdzie polskiej, czyli chaotycznej rozbudowy. Wszędzie powyrastały bloki, kretyńsko nazywane apartamentowcami, są wstrętne, chaotycznie rozmieszczone, brakuje przy nich nawet chodników, no ale w jednym z takich bloków, czy nawet w apartamentowcu, mieszkam sobie ja.

Między blokami – tymi nowoczesnymi i tymi z lat siedemdziesiątych – można wypatrzeć trochę starych domów, głównie przedwojennych wilii.  Tak się składa, że jedna znajduje się na mojej ulicy. To jednopiętrowy domek w zabiedzonym ogródku. W tym ogródku stoi sąsiad i patrzy na psa.

Sąsiad ma może siedemdziesiątkę, nosi flanelową koszulę i workowate spodnie podciągnięte pod splot słoneczny. Krzyżuje ramiona na piersiach jakby chciał połamać sobie żebra. Ma haczykowaty nos i nastroszone brwi. Jego twarz mogłaby należeć do zbrodniarza wojennego, wyciągniętego z jakiejś mysiej dziury w La Paz czy też Buenos Aires.

Stoi i patrzy na psa. Ani drgnie. Jego brwi przypominają szron na patyku. Oczy pod nimi też są chłodne.

Przypuszczalnie mieszka tutaj od dziecka, może nawet urodził się w tym domu, ewentualnie dostał go za jakieś zasługi w młodości. Dawno temu miał dom wśród zieleni. Widział, jak budują tutaj czteropiętrowe bloki, jak podciągają linię autobusową, a spokojną wcześniej ulicą zaczęły śmigać syrenki, zaporożce i fiaciki. Pewno myślał, że na tym się skończy, ale nagle, na początku jego starości pobudowali te apartamentowce, syrenki, zaporożce i fiaciki zmieniły się w ople, passaty oraz fordy, przy czym jest ich jeszcze więcej.

Sąsiad jest bezsilny. Wszystko co ma, to swój upór i złość. Stoi i patrzy na psa, nie dlatego, że go kocha, ale żeby nie patrzeć na apartamentowce, na to wszystko, co zdarzyło się wokół niego przez ostatnie pół wieku, od czasów, gdy był młody i mieszkał w cichej willowej dzielnicy na obrzeżach miasta.

 

 

 

Tydzień z głowy (484)

Posted on 1 stycznia 2018

Rok z głowy

moona

Ten rok był wypalaniem planet, prasowaniem się kosmosu, gwiazdy gasły, powstawały nowe wszechświaty. Odcięte warkocze komet wirowały przez pustkę. Nie wiem jak go streścić, gdzie poszukać klucza.

Po długiej chorobie zmarł mój ojciec. Zostawił po sobie obrazy i mnóstwo dobrych wspomnień. Niestety, to nie jedyna śmierć. Parę miesięcy wcześniej straciłem tez wujka. Nie wiedzieliśmy się chyba dwadzieścia lat. Wujo był morowym gościem i doglądał mojego szczęśliwego dzieciństwa. Przypomniałem sobie wielką zasadę świata. Wszystko co dobre zostanie pewnego dnia bezpowrotnie utracone.

Ale zbudowałem sobie dom (właściwie współbudowałem, domu nigdy wznosi się samotnie) i nauczyłem się nim cieszyć. Radość sprawia mi siedzenie w domu, wracanie do domu i wyjeżdżanie z domu: część mojej duszy wciąż należy do drogi. Łagodnieję, staję się bardziej wyrozumiały i spokojny. W mojej szczęce ruszają się zęby.

Są pchły, drobiazgi, mikroby. Skończyłem czterdziestkę, z czego nie wyniknęło zgoła nic, co najwyżej posiwiałem trochę. Nie mam poczucia, że przekroczyłem jakąś granicę, a policzalność lat przyszłych, przybliżający się horyzont traktuję w kategoriach dobrej motywacji. Wydałem „Exodus”, a „Dezerterzy”, mój mały program wrócił na właściwe tory. Okazało się, że wciąż umiem pisać książki i robić telewizję. Pierwszego stycznia 2017 roku wcale nie byłem tego taki pewien.

Miłość i śmierć, dom i strata, znajomości ocalone i znajomości zakończone, rozjazdy, przyjaciele, łzy. Kiedyś chciałem być najlepszym pisarzem w Polsce, ale dziś wiem jaka to niezdrowa, niedorzeczna ambicja, bo widzę jak literatura niewiele znaczy. Jest moim powołaniem, ale co kogokolwiek obchodzi moje powołanie? Interesuje mnie życie. Literatura pozwala żyć, literatura służy życiu i taka właśnie jest jej funkcja.

Piję whisky. Czytam biografię Gombrowicza. Piszę komediową jednoaktowkę. Słucham starego metalu z płyt winylowych. Ponownie przechodzę „Dark souls 3”, tym razem z bulidem na zręczność.

Tydzień z głowy (483)

Posted on 25 grudnia 2017

O rycerzu i o smoku 

Цифровая репродукция находится в интернет-музее Gallerix.ru

Цифровая репродукция находится в интернет-музее Gallerix.ru

Rycerz mieszkał w mieście, naprzeciwko kowala. Kowal miał żonę i szóstkę dzieci, zaś rycerz był samotny. Smok mieszkał w jaskini na szczycie góry i nie potrzebował żadnego towarzystwa. Górę i miasto dzieliła rzeka.

Rycerz długo szykował swoją zbroję i ostrzył oręż, korzystając z warsztatu kowala. Trwało to do nocy. Miasto było ciemne i ciche. Tylko na podworcu dało się zauważyć mocną, przygarbioną sylwetkę szlifującą miecz w czerwonym blasku iskier. W tym samym czasie smok trwał pogrążony w śnie bez snów, czarny jak węgiel i rozgrzany od środka.

Drugiego dnia rycerz wziął udział w uczcie, urządzonej ku czci swojego imienia. Wznosił kielichy, opróżniał półmiski a na sam koniec powiódł najpiękniejsze dziewczęta do komnat udostępnionych przez księcia na tę właśnie okoliczność. Smok w tym czasie obrócił się na stosie klejnotów i kości, odsłaniając biały, guzowaty brzuch.

Trzeci dzień rycerz spędził w kaplicy, otoczony przez zeschłe relikwie błogosławionych i świętych. Na sobie miał tylko habit przepasany sznurem, a jego głęboki oddech niósł się echem po wąskich uliczkach miasta. Nawet kowal usiadł gwałtownie na łóżku, wytrącony ze snu, jakby przeczuwał, że tej nocy ważą się sprawy tego i tamtego świata. Smok wczepił pazury w zrabowane skarby i zachrapał.

O świcie rycerz osiodłał chabetę, przypasał miecz, założył hełm i ścisnął kopię w mocarnych palcach. Odprowadzany przez mieszczan (w tym kowala, jego żonę i szcześcioro dzieci) przekroczył rzekę i ruszył dalej, już samotnie, ku górze, na spotkanie swojego przeznaczenia.  Bez lęku w sercu dodarł do jaskini. Uderzył kopią w tarczę, wzywając smoka do pojedynku.

Smok posłyszał chrzest stali za którymś wołaniem. Otworzył jedno oko i splunął ogniem, spalając rycerza (i jego konia) na popiół. Tylko zbroja, rozgrzana do czerwoności potoczyła się po zboczu, by z sykiem zatonąć w rzece. W tej samej chwili kowal podniósł guzowaty łeb, obrócił przekrwione oczy ku wodzie i rzekł do żony:

– Patrzaj babo, zaś dym z rzeki idzie.

Tydzień z głowy (482)

Posted on 18 grudnia 2017

O pociągach

train

Miałem w życiu nazbyt wiele poranków.

Pamiętam poranki z młodości, z imprezowego życia, gdy budziłem się gwałtownie (jawa była jak cios pałką w głowę), pod przesiąkniętą papierosami kołdrą, otoczony przez butelki po tanim piwie, popielniczki, kartony po pizzy i rozrzucone ubrania. Błyskawicznie doprowadzałem się do porządku. Byłem młody i mocny. Piłem kawę i paliłem papierosy na głodniaka.

Były też lata bezsenne, kiedy, w rejonach piątej rano zaczynałem rozumieć, że sen nie raczy się zjawić. Leżałem na plecach i patrzyłem w jaśniejący prostokąt okna. Potem wstawałem i robiłem sobie kawę. Słuchałem stukotu tramwajów i patrzyłem na mokre psy. Myślałem o dniach, które nie chcą się skończyć.

W Warszawie, na Saskiej Kępie o poranku słyszałem świerszcze. Ich stłumiony warkot dochodził znad strumyka na dole. W Kopenhadze dzwoniły rowery, szumiały polewaczki, a w weekendy niosły się głosy imprezowiczów. Lud duński balował bowiem do świtu. W Warszawie ponownie – cisza zaułka, pomruk samochodów dostawczych, nerwowo ujadające psy, gwizd karetek podjeżdżających do szpitala na Madalińskiego.

Do niedawna miałem samoloty, które bardzo lubiłem. Okno wychodziło na północny wschód i widziałem właśnie te samoloty, schodzące do lądowania na lotnisku w Balicach. Leżałem sobie i patrzyłem na nie – złote, stalowe ptaszyska rozgrzane porannym słońcem. W takim widoku jest coś ekscytującego. Samolot unosi głowy pełne marzeń i worki z wymiocinami.

Teraz, od niedawna mam pociągi. Zamieszkałem w pobliżu torów kolejowych i przyjaciele pytali mnie, czy nie boję się hałasów. Tymczasem, codziennie budzę się w ciszy, jakiej wcześniej nie znałem, bez sąsiedzkiego łoskotu, tramwajów, samochodów. Słyszałbym własne myśli gdybym takowe posiadał. Tę piękną, głęboką ciszę przecina krótki zaśpiew przejeżdżającego pociągu. Nie gwizd, nie ryk, ale zaśpiew właśnie. Ciężkie, rozpędzone humbaki mają swoją własną piosenkę, zaś  ja doskonale wiem, co próbują mi w ten sposób powiedzieć.

Wstaję. Robię sobie kawę, siadam w fotelu, nudny, syty, czterdziestoletni, spokojny, zadowolony z życia, przeklęty, a one sobie śpiewają: „Łukasz, jesteśmy, Łukasz, wyruszaj w drogę!”.

tydzień z głowy (481)

Posted on 11 grudnia 2017

O naprawianiu świata.

metropolis

Ostatnio dużo słyszę o mocy artystów, o tym, że głos ludzi sztuki ma jakieś wielkie znaczenie i powinien zostać wysłuchany. Moim zdaniem taki głos jest wart dokładnie tyle, co pani ze sklepu albo studenta, zapewne nawet mniej. Ale skoro niektórzy chcą nawet opiniować wybór ministra, to i ja dorzucę swoje: oto garść postulatów, których realizacja niewazwodnie uczyni świat lepszym, a nawet bezludnym.

  1. Wszystko musi zawsze działać. Działanie jest stanem normalnym, który nie podlega nagrodzie. Niedziałanie podlega karze wymierzanej w trybie natychmiastowym.
  2. Od zasady „wszystko musi zawsze działać” nie ma żadnych wyjątków. Tramwaje, autobusy, pociągi i taksówki muszą przyjeżdżać natychmiast, jeździć bezpiecznie ze straszliwą szybkością. Kelnerzy muszą przynosić ciepłe jedzenie w sekundę po złożeniu zamówienia. To jedzenie jedzenie musi być zdrowe i koniecznie w panierce. Policjanci muszą zatrzymywać winnych i wypuszczać niewinnych. Sądy mają niewinnych uniewinniać, a winnych skazywać, warto więc dodać, że:
  3. Karą za niedziałanie jest śmierć. Nie ma żadnej innej kary. Kara śmierci zastępuje wyroki więzienia, grzywny a nawet mandaty za przekroczenie prędkości. Wykonywana jest natychmiast, przez najbliższego obecnego pisarza. Pisarze najlepiej nadają się do tego zadania, albowiem nawykli do zabijania swoich bohaterów.
  4. Ponieważ człowiek skazany na śmierć przestaje działać, należy ukarać go ponownie jedyną możliwą karą, omówioną w punkcie trzecim niniejszej dezyderaty.
  5. Wszyscy ludzie muszą porozumiewać się szeptem. Podnoszenie głosu jest obłożone wiadomym rygorem. Ze względu na umiłowanie ciszy wprowadza się również szepczące klaksony, sygnały karetek i syreny przeciwmgielne. Jedynie muzyka metalowa może być puszczana głośno. Należy ją cały czas puszczać.
  6. Jedynymi ludźmi, którzy nie muszą szeptać są pisarze. Właściwym sposobem artykułowania pisarskich myśli jest wrzask. W gruncie rzeczy chodzi o to, aby pisarz darł koparę, zaś interlokutor garbił się i szeptał. Tak, garbienie się jest również wskazane. Należy również wprowadzić zasadę, że im istotniejszy pisarz, tym głośniej może wrzeszczeć.
  7. Wszyscy (poza pisarzami) muszą czytać książki. Nie czytasz nie idę z tobą do łóżka, a nawet nie masz łóżka, ani dachu nad głową, ani w ogóle nic. Nie czytasz – nie działasz. Niewidomi zamiast renty dostaną zestaw audiobooków (zasilając w ten sposób konta pisarskie, zawsze nazbyt płytkie). Głuchoniemych ześlę się do kółka literackiego, gdzie pisarze przekażą im swoje dzieła alfabetem Morsea, waląc ich pałkami po głowach.
  8. Pisarz nigdy, przenigdy nie jest seksistą. Kto oskarża pisarza o seksism, ten nie działa.
  9. Nikt poza pisarzem nie może nosić granatów, panzerfausta ani latać po mieście z siekierą.

 

Noblesse oblige!

 

Tydzień z głowy (480)

Posted on 4 grudnia 2017

O potworze

minotaur

Nieustannie jestem pytany o ewolucję swojej twórczości. „Nieustannie” odnosi się oczywiście do sytuacji publicznego przepytywania na spotkaniu autorskim albo wywiadu. Pani w sklepie nie zapyta raczej, czemu nie piszę już fantastyki. Kanar w tramwaju chce biletu, a nie nowego horroru sygnowanego moim nazwiskiem. Naprawdę dobrze zrobiłem, zajmując się czymś tak nieważnym i niszowym jak literatura. Mam święty spokój.

Zawsze kochałem potwory i próbowałem pisać właśnie o nich. Miłość do potworów wzięła się z wczesnej nastoletniości, z książek Mastertona i Tolkiena, horrorów na VHS i okładek płyt metalowych. Potem, w późnych latach dwudziestych, kiedy nieco poważniej zaczynałem myśleć o literaturze, zdecydowałem, że będę pisał fantastykę, o potworach właśnie.

Sprawę potraktowałem poważnie. Pisałem przecież dla dorosłych. Chciałem w pierwszym rzędzie, aby każdy mój potwór coś znaczył, no i był naprawdę przerażający. Potwór powinien przerażać, prawda? Zresztą ludzkość wymyślała potwory, aby się ich bać, ale i żeby się od nich uczyć. Sfinks mówi nam o tym, że mądrość pozostaje bezradna wobec ślepego przypadku, a los zwycięzcy i zwyciężonego bywa jednakowy. Winy nie zdołamy ukryć nawet w labiryncie – oto historia Minotaura.

Nakręcałem się tymi opowieściami, próbując stworzyć potwora najstraszliwszego z możliwych. Wydawało mi się, że będzie nim byk ze „Szczęśliwej ziemi”. Padło jednak na człowieka, na Jędrka z „Innej duszy”. Byk go zapowiadał. Miał przecież ludzkie dłonie.

A potem, przy najnowszej książce zrobiłem coś, do czego wcześniej brakowało mi odwagi. Sprzątnąłem potwora, spojrzałem w grozę, którą przesłaniał, która go zrodziła.

 

 

 

tydzień z głowy (479)

O trasie promocyjnej 

big_1439898834_image

Jest ósma rano, leżę w pokoju hotelowym, jestem cholernie zmęczony i ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę jest pisanie idiotycznego bloga, czy czegoś podobnego.

Dwa tygodnie temu wyruszyłem w trasę promocyjną z okazji premiery „Exodusu”. Trójmiasto, Warszawa, Racibórz, Łódź, Wrocław, dziś Katowice i do domu. Oczywiście jeszcze sobie pojeżdżę, ale nie tak długo. Ręka zrosła mi się z walizką, dresiwo zżera pośladki.

Jestem nie tylko zmęczony, ale wzruszony i szczęśliwy. Chcę napisać coś bardzo prostego, coś w czym nie ma żadnej wielkiej myśli, głębszej refleksji, nic. Przez całe moje życie i tzw. karierę pisarską mówiłem do pustej sali. Na spotkania przychodziło parę osób. Ta niemiła sytuacja poprawiła się nieco po premierze „Innej duszy” i rejwachu jaki narobiła ta nieładna książka.

Mam świeżo w pamięci „Worek kości” nabity ludźmi z okazji premiery, długą kolejkę na targach książki, czytelnicy stawili się nawet w Empiku, ku czemu niezbyt się akurat garną. Gadałem więc bzdury, podpisywałem książki, przybijałem piątki, a nawet popijałem wódeczkę. W tym też upatruję źródła mojego zmęczenia. Bardzo chcę wrócić do domu.

Nagle dotarło do mnie, że moje życie jest życiem sensownym, a praca pisarska którą wykonuję ma sens – rezonuje z ludzkim sercem. Piszę i jestem czytany. Niewielu ludzi pióra może o sobie to powiedzieć. Więc warto się męczyć, warto jeździć i nie dosypiać.

A dzisiaj koniec, bo wracam do domu. Piszę te słowa z pewnym niemal dziecinnym wzruszeniem bo znowu mam dom, w którym jestem oczekiwany i witany z miłością. Te dwie dobroci – dom i bycie czytanym – składają się na coś, co można nazwać życiem szczęśliwym. Oczywiście boję się, że to zmiażdży mnie twórczo, połamie. Zacznę pisać wesołe książki i co wtedy?

Tydzień z głowy (478)

O pierdoleniu 

Platos_Academy

Jest późne popołudnie, piątek, a ja pierdolę razem z dwoma kolegami na spotkaniu bibliotecznym w Gdyni. Ujmując sprawę ściślej, to głównie koledzy pierdolą, gdyż mnie przypadła rola moderatora. Kontroluję pierdolenie tych znakomitych gości, popycham je we właściwym kierunku i pomagam wydobyć esencję tego pierdolenia. Na szczęście goście są otwarci i stwarzają okazję, abym i ja troszeczkę sobie popierdolił.

Tu muszę opowiedzieć, że pierdolenie mych dwóch interlokutorów jest pierwszoklaśne, creme de la creme. Mało kto tak pięknie, kwieciście pierdoli w naszym, skądinąd nawykłym do pierdolenia kraju. Wystarczy spojrzeć na zachwyconą publiczność. Dla takiego pierdolenia warto przyjechać z Gdańska, Sopotu a nawet Wejherowa.

Mniej więcej w połowie naszego pierdolenia do sali wchodzi chłopak. Ma może dwadzieścia lat, dżinsy i sweter. Przepycha się między ludźmi, siada przed instrumentem klawiszowym, zakłada słuchawki, rozkłada nuty i zaczyna grać, mając kompletnie w czterech literach nasze pierdolenie.

Jesteśmy czterdziestoletni, jesteśmy docenieni, wydaliśmy słynne książki, nazbieraliśmy trochę nagród, a jeden z nas to nawet, fiu fiu, w filmach występował. Ludzie nas kochają. Przynajmniej niektórzy. Tymczasem ten chłopak ma za nic całą naszą wielkość, gra i słucha tego grania na słuchawkach. Niby dalej pierdolę, słucham pierdolenia, tylko nie mogę oderwać wzroku od tego chłopaka. Jest pięknie skupiony, garbi się nad instrumentem, trąca klawisze, a ja łapię się na pragnieniu, że chciałbym posłuchać tego, co tam gra.

My niby mamy wszystko, on nie ma nic, nawet własnego instrumentu. A może na odwrót? Co utraciłem, pierdoląc w Gdyni? Ten chłopak znalazł w sobie determinację, aby tutaj przychodzić. Jest artystą marzącym, szukającym, takim, który jeszcze się nie zamanifestował, nie wie nawet (bo i skąd), czy kiedyś mu wyjdzie, czy też nie.

Ale życzę mu tego, życzę naprawdę i z całego serca. Chciałbym, aby grał muzykę, jaką lubi, zyskał słuchaczy i zarobił pieniądz, chciałbym też, aby kiedyś, za dwadzieścia lat, przyszedł do tej biblioteki popierdolić troszeczkę. My, artyści, okropnie lubimy pierdolić, więc i on polubi. I może na spotkanie z nim wpełznie jakiś chłopaczyna w golfie i skórzanej marynarce, rozłoży przed sobą książki, odwróci się plecami do wszystkich, nałoży słuchawki i zacznie pisać.

 

tydzień z głowy (477)

O maniactwie

IMG-2278

Najbardziej dorosły byłem w wieku trzydziestu lat, kiedy rodził się mój syn, a ja nosiłem sztruksy i beżowe koszulki z ravela. Naprawdę uważałem, że życie w substancjalnym swym sensie już niczego mi nie przyniesie i pobiegnie w wiadomym, oczekiwanym społecznie kierunku zwieńczonym przez śmierć. Nie przeczuwałem skali nadchodzącej zmiany, tego, że wszystko runie i wyruszę w długą wędrówkę, zatoczę koło i dekadę później wyląduję w miejscu, z którego piszę te słowa.

Pewne rzeczy uległy przemianie, inne wzmocnieniu. Na przykład staję się coraz większym metalowym maniakiem, rzekłbym: wprawiam się w rzeczonym maniactwie. Na urodziny dostałem kilka płyt winylowych. W piątek kupiłem sobie trzy kolejne (w tym pierwsze wydanie „Ready for Boarding” Running Wild, ta płyta jako jedyna nie doczekała się wznowienia), wystarałem się o adapter za flaszkę i będę się bawił w zbieractwo, mając pełną świadomość, że to tylko odpychanie pustki.

Więcej sentymentów. Więcej zespołów, więcej nagrań. Śledzenie nowych wydań na ebay. Porównywanie okładek pierwszej i trzeciej wersji. Książki, gazety. Wyjazdy na koncerty. Rozmowy o muzyce. Tyle dziur w dyskografiach. Czasami przysiadam sobie na brzegu łóżka, popijam whisky i przyglądam się półeczce z płytami. Przeczuwam istnienie wspomnień zapisanych w dźwiękach: jakichś imprez, koncertów, dziewczyn. Nic nie pamiętam, nie mam tych wspomnień. Tylko przeczuwam ich istnienie. Coś kiedyś mi się przydarzyło.

Może tak powinno być? Może wraz z wiekiem powinienem stawać się coraz większym metalowym maniakiem i za dwadzieścia lat (jeśli dożyję) będę miał siwe długie pióra (z łysiną pośrodku) oraz katanę z telewizorem i naszywkami? Nie sądzę. Niczego nie można jednak wykluczyć, podobnie jak tego, że metal mnie opuści, tak jak czyniły to kobiety, jak uczyniła to fantastyka. Nie myślę nad tym, bo zajmuję się, tak jak już napisałem, odpychaniem pustki.

Ale jest coś jeszcze. Odezwał się do mnie jakiś młody człowiek i powiedział coś w stylu: „Panie Łukaszu, dziękuję panu, że pan łazi po telewizjach w tych koszulkach, zwłaszcza że pan już swoje lata ma, ale dzięki panu ja wiem i masa innych ludzi wie, że to żaden wstyd być metalowcem”. No i tak. Czy zniszczyłem komuś życie? Całkiem możliwe. Ale ma rację, żaden wstyd.

Older Posts