Najnowsze komentarze

Kategorie

porusza i prowokuje...

Szczęśliwa ziemia

Szczęśliwa ziemia

Posted on 25 września 2013

Blog uzyskał nowy wygląd. Bardzo lubiłem starą skórkę (jeszcze raz dziękuję Mikołajowi z Mgła/Kriegsmaschine za jej przygotowanie), ale mój wydawca przekonał mnie, by postawić na czytelność.

Skoro wydawca, to i książka. Już 23 października, nakładem wydawnictwa Sine Qua Non ukaże się moja nowa powieść, „Szczęśliwa ziemia”, bynajmniej nie o parzeniu się na łące. Poniżej znajduje się okładka, moim zdaniem udana, trafnie oddająca treść tego, tak zwanego, majstersztyku.

Nie do mnie należy ocena, czy napisałem najlepszą książkę w swojej karierze. Mam takie wrażenie przy każdej kolejnej, tak samo jak czuję, że każda kolejna jest tą najważniejszą. Ostateczna ocena należy do czytelników. Traktuję ich poważnie i oczekuję w zamian poważnego traktowania.

czytaj więcej

Naroda Literacka im. Jerzego Żuławskiego

Naroda Literacka im. Jerzego Żuławskiego

Posted on 24 września 2013

A oto i laureaci tegorocznej Narody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego:

Główna Nagroda: „Czarne” Anna Kańtoch
Złote Wyróżnienie: „Widma” Łukasz Orbitowski
Srebrne Wyróżnienie: „Niebo że stali” Robert M. Wegner

Przede wszystkim, chciałbym pogratulować Ani Kańtoch – jej „Czarne” jest znakomitą książką i nagrody, taka jak Żuławski, o tym przypominają. Mi również jest bardzo miło, jak zawsze, gdy okazuje się, że moje książeczki żyją i są pamiętane. Żałuję, że nie mogłem zjawić się na gali, wbrew częstym i serdecznym zaproszeniom. Mieszkam za granicą, ale moje serce znajduje się w Polsce i jest jak Polska piękne.

 

tydzień z głowy (261)

Posted on 22 września 2013

Dwa pytania.

Opuszczam Stodołę Ryana i maszeruję dzielnie przez nowoczesny, przestronny budynek wrocławskiego lotniska. Przestrzeń pomiędzy mną a dachem wystarcza, by urządzić tam bitwy ptaków. Nieco gorzej wypada dostęp do podstawowych potrzeb. Ponieważ lotnisko znajduje się w obrębie miasta, a mi się nie spieszy, wpadam na pomysł jazdy autobusem.

W jedynym – jak się okaże – kiosku jestem świadkiem kłótni pomiędzy młodą sprzedawczynią a jej rówieśniczką, która kwestionuje świeżość parówki we właśnie zakupionym hot dogu. Ta surowa ocena nie przeszkadza jej, koniec końców, w konsumpcji tak skrytykowanego dania. Obsobaczona sprzedawczyni sprawia wrażenie twardej babki, lecz wobec mnie emanuje ciepłem. Oświadcza, że nie kupię biletu ani u niej, ani na terenie lotniska. Wyjątkiem jest samotny automat biletowy.

Trwonię jakieś piętnaście minut na znalezienie bankomatu i życzliwej duszy, która rozmieni mi pięćdziesiąt złotych. Wreszcie wychodzę na zewnątrz, w kieszeni brzęczy mi sukces, a w chwili gdy tylko wystawiam łeb spod dachu, zaczyna lać i to zdrowo. Automat biletowy, faktycznie, jest tylko jeden, do tego, z niepojętych dla mnie przyczyn, pozostaje wykluczony z suchej przestrzeni wiaty. Dostępu doń broni sznureczek moknących, wkurwionych osób. Staję ostatni w kolejce. Po chwili również moknę i jestem wkurwiony.

czytaj więcej

tydzień z głowy (260)

Posted on 15 września 2013

Kaziu, chodź. Tato chce ci coś powiedzieć.

Żyjemy w kraju, który jest na prawie. Nie odwracaj głowy, synek. Mówię, bo to ważne. Mówię, żebyś zrozumiał, i nie patrz się na mnie w ten sposób. Nic ci nie zrobię.

Prawie ludzie prawie pracują, za co otrzymują prawie wynagrodzenie. Do prawie pracy bez prawa pracy dowiezie ich prawie autobus po prawie uliczce. Doświadczą tam prawie wyzwań i czegoś zbliżonego w zarysie do atmosfery koleżeństwa. Wieczorem kupują prawie browar w puszce, uchlewają się jednak naprawdę. Sukces ma wielu ojców, porażka zawsze jest sierotą. Patrz na mnie, jak do ciebie mówię. Chcesz spróbować pianki z piwa? Mój chłopak!

Wybieramy prawie polityków, ale żaden nie jest mężem stanu, nawet prawie, ten akurat szczebelek znajduje się nazbyt wysoko, poza tym ciężko tak się spindrać w gumofilcach. W klasach są prawie nauczyciele oraz dzieci niczyje. Ale ty masz, Kaziu, tatusia. Z mamusią bardzo cię kochamy, choć mnie to już mama chyba tak nie kocha, prawie kocha lub jeszcze mniej. Jesteśmy silni tylko dla ciebie.

Kaziu, ja wiem, że to trudne. Kaziu, proszę cię, skup się. Chodź tutaj, naprawdę nie zrobię ci krzywdy, i pomyśl, jak już przyjdziesz, pomyśl, proszę, o prawie mężczyznach i prawie kobietach, ich prawie ślubach, prawie zdradach, prawie narzeczeństwach i o tym, jak żalą się swoim prawie przyjaciołom i prawie przyjaciółkom. Nie martw się tak. Zobacz! Kupiłem ci prawie zabawkę, na dole, w Żabce mieli.

czytaj więcej

tydzień z głowy (259)

Posted on 8 września 2013

 Przytul Himmlera, bo życie go uwiera czyli impresje warszawskie

Siedzę w kuchni, przy drewnianym stole. Dochodzi jedenasta, niedługo wsiądę w taksówkę i pojadę na lotnisko. Za oknem rozsypały się budynki w całej swej różnorodności: szary blok i długi szklany dach poniżej, nowoczesny apartamentowiec i ciężka kamienica nieco dalej. Przypomina mi się, jak parę godzin wcześniej, stoję w tej samej kuchni po bezsennej nocy, palę papierosa i oszołomiony patrzę na pierwsze promienie świtu kładące się delikatnie na tych murach. Widok jest przepiękny.

Pędząc na ważne spotkanie biznesowe, takie od którego zależą wielkie pieniądze, orientuję się, że mam na sobie bokserki z wczoraj, z pękniętą gumką i dziurą na dupie. Nie wiem, czy to ładnie podawać takie szczegóły, ale wydają mi się ważne dla tej opowieści. Dodam też, że moje spotkania biznesowe nie wymagają opuszczania spodni (nie o każdym można to powiedzieć), niemniej w takiej bieliźnie czuję się po prostu fatalnie i postanawiam zmienić ten stan rzeczy. Akurat koło parku Morskie Oko jakiś facio rozkłada fatałaszki na łóżkach polowych. W to mi graj, myślę sobie, podchodzę i rzeczywiście, bokserek jest mnóstwo. Jednocześnie łapię się na własnej bezradności, a mianowicie nie mam pojęcia, jak sobie te bokserki kupić. Które wybrać? Jakie są dobre, a jakie nie? Po prostu nigdy dotąd w moim trzydziestosześcioletnim życiu nie kupiłem sobie ani sztuki bielizny. Ta prawda dociera do mnie wczesnym popołudniem obok parku Morskie Oko. Bokserki najpierw kupowała mi mama, potem kolejne kobiety. Czy to znaczy, że jestem szczęśliwym człowiekiem?

czytaj więcej

tydzień z głowy (257)

Posted on 1 września 2013

Użalcie się nad nami, biednymi zbójami

Pewien człowiek kochał tylko broń i książki. Gdy był młody pisywał opowiadania, które cieszyły się powodzeniem, marzył też o powieści. Miał już wiele notatek. Powołany do szkoły podoficerskiej zdecydował się zostać w wojsku, gdyż perspektywa służbowego mieszkania odpowiadała niepracującej narzeczonej. Obiecywał sobie, że wróci do pisania na emeryturze mundurowej. Dzieci poszły na studia, potrzebowały pomocy, pojawiły się wnuk i nasz człowiek wylądował na kierowniczym stanowisku w agencji ochrony. Czasem patrzy na książki i zastanawia się, co mu przypominają, dlaczego czuje smutek, z którym nie potrafi sobie poradzić. Nie wie czemu chleje, a bliscy stali mu się obcy.

Był sobie raz chłopak z dobrej rodziny, który sprzeciwiał się ojcu. Nienawidził mieszczańskiego stylu życia i tego, co się z nim wiąże. W młodości wszystko robił wbrew ojcu: tatuował się, pił, rzucił studia i dobierał znajomych, odnośnie których miał pewność, że tato ich znienawidzi. Doprowadził do tego, że sam musiał o siebie zadbać i znakomicie wywiązał się z tego zadania. Potrafił niewielkim kosztem zarobić duże pieniądze, a ludzie z ochotą gromadzili się wokół niego. Wkrótce zaczął wieść spokojne, dostatnie życie pozbawione trosk, dokładnie tak jak jego ojciec. Skonstatował to z przerażeniem. Dobre życie stało się dla niego piekłem, z którym nie potrafił sobie poradzić. Brakowało mu słów dla określenia tego bólu, choćby we własnym sercu. Nie umiał wytłumaczyć własnego cierpienia nawet przed sobą samym i nienawidził siebie za to. Uważał, że obraża tym innych, głodnych i skrzywdzonych. Zapragnął mieć syna.

czytaj więcej

tydzień z głowy (256)

Posted on 25 sierpnia 2013

 Anioły i demony

Wóda, Stasiu, to jest coś wspaniałego. Normalnie nie dałbym rady bez wódy, mówię ci. Siadasz sobie z kolegami, albo i z kobitą, jak żeś umiał sobie jakąś sensowną gwiazdkę przygarnąć, walisz z zimnego szkła i wszystko, co cię tam szarpało w bebechach, pomaluchu usypia. Po maluchu pomaluchu se w sen wpada, dobre nie? Ale weź też sobie do serca, że z wódą nie tak prosto znowu jest, ja żem widział i takiego pijaka, co go trzeba było odciąć, a zimny był. Z innej beczki, przypomnij se Mamałygę. To wiemy. Ale nie każdy wie, nie każdy ma w czachę wbite, że wóda miesza w serduchu, na ważne mówi nieważne i odwrotnie, ty tego nawet nie wiesz i będziesz w to szedł jak te Eskimosy w Rosji, co po bimbrze w śnieg lecą i w mrok. Jak se staniesz, to zapytasz: „Co jest grane?”, tylko może być już po ptokach. Obróć się wtedy, Stasiu, i popatrz za siebie. Widzisz światła domu czy nie?

Z babami, Stasiu, to wiesz jak jest, albo może miarkujesz, że wiesz, tylko naprawdę nie wiesz. Jakby szło o to, żeby wsadzić, to byśmy na kurwy chodzili, Mamałyga chodzi dziesiąty rok i donikąd nie doszedł. Baba będzie cię wkurwiać i męczyć, aż nie spojrzysz i będziesz lepszym człowiekiem od tego wkurwiania i mękolenia, jakoś tak cię weźmie, delikatnie, porusza rączką i ulepi nieco nowego, jakbyś brudny był wcześniej czy coś takiego. Nadążasz, Stasiu? Nawet kilka kobiet się nada. Tylko wiesz, jak za bardzo się rozkręcisz, jak na babie zawiśniesz, to się baba pod tobą urwie i tyle będzie z tego. A jak zaczniesz skakać z kwiatka na kwiatek, to znowu gorzej, tam wszystko zabija, jeśli weźmiesz sprawę, że tak powiem, w dłuższym oglądzie. To rosiczki są. Wyjmą ci serducho, albo rozkroją, ty nawet się nie połapiesz, boś głupi okropnie, Stasiu mój. Jak będziesz od baby do baby latał, w końcu babę od baby przestaniesz odróżniać i zostaniesz przy najgorszej, najbardziej podłej, bo te najgorsze i najbardziej podłe są też, kurwa, najsprytniejsze. Weź przywołaj, com przed chwilą powiedział. Baby nas układają. Naprawdę chcesz, żeby układała cię najgorsza i najbardziej podła baba?

Bez kumpli, Stasiu, bylibyśmy nikim. Ja, ty i nawet Mamałyga. Kumpel wysłucha, kumpel pomoże i chce dla ciebie jak najlepiej, dla ciebie właśnie. Inaczej niż rodzina, bo rodzinka zawsze o sobie myśli, jak pszczółka myśli o ulu. A kumpel o tobie. Kumpel chce, żebyś był szczęśliwy. Nadążasz? Żaden uścisk dłoni nie jest tak mocny jak uścisk przyjaciela. Ja sobie nawet myślę, że to dobrze, że na świecie coraz mniej rodzin, a coraz więcej zdrowego koleżeństwa. Popatrz jednak na naszego Mamałygę, jaki on zazdrosny, jak wścieka się, gdy ktoś mu odmówi, gdy nie ma dla niego czasu czy coś. Jak odrzucisz, to się zmieni w monstera, jak nie odrzucisz, będzie cię szarpał jak kurwa miękkiego chuja normalnie. Wiesz czemu? Bo kumpelstwo i przyjaźnienie to wolna amerykanka jest, nikt tego nie obmyślił, tak jak Żydzi wymyślili księdza, kumasz, nie, bo tu nie ma reguł, nikt ci nie powie, kiedy kumpel podchodzi za blisko, kiedy jest zbyt daleko, a kiedy trzeba drania przepędzić. Tego nie wiemy. Zazdrość kumpla jest dzika.

No i jesteś jeszcze ty, Stasiu kochany. Nawet Mamałyga nie radzi sobie tak dobrze z kłopotami jak ty. Dzielny chłop z ciebie. Nie kręć głową, mówię, jak jest, i ty też wiesz, jak jest. Padniesz i wstaniesz, zbierzesz strzała, to się otrzepiesz i przypierdolisz, można cię miąć, można cię deptać, a ciebie i tak do góry poderwie, boś taka lalka w swoich własnych rękach. Nie wiem, z czego cię Bóg polepił, ale dajcie mi trochę tego stuffu. Dziecko se z niego posklejam. Jeszcze masz, Stasiu, uśmiech dla innych i jeszcze pomożesz. Mamałyga by nie pomógł, tylko wiesz, pierdolniesz Mamałygę, a Mamałyga nawet się nie połapie. On po prostu idzie, tacy ludzie też są, co tylko idą. Ale ja, Stasiu, boję się, że ty bez swoich nieszczęść normalnie nie potrafisz żyć, bo zawsze było ich od cholery, zawsze są, a jak się skończą, to staniesz jak ten ciul w woderach i powiesz sobie: „O kurwa, co teraz?”. Ja ci powiem, co teraz. Własną chałupę podpalisz i zaraz polecisz po wiadra z wodą. Przeglądasz się w pożarach. Gdy je gasisz, czujesz się potrzebny. Poza normalnym życiem, wszystko jest dla ciebie do zniesienia.

tydzień z głowy (255)

Posted on 18 sierpnia 2013

Infernum est absentia Dei

Uważam, że Luter miał rację przynajmniej w jednym. Religijność jest sprawą wrodzoną, częścią naszego duchowego genomu. Niektórzy mają dar łaski, inni nie. Ja szczęśliwie zostałem tego pozbawiony.

Mógłbym zapisać całe strony, dlaczego nie lubię chrześcijaństwa (Luter, w mojej opinii, nie był chrześcijaninem), tylko właściwie po co. Moje myślenie jest proste. Lubię sprowadzać skomplikowane problemy do jednego prostego zdania. Krzyż pokonał śmierć, a jednak wszyscy umrzemy. Jezus odkupił grzechy, lecz wciąż za nie płacimy. Kochani, to się nie trzyma kupy.

Nie chodzi nawet o pytanie „czy Bóg istnieje?”. Nic we mnie ani w świecie nie prowokuje do tego, aby nawet zadać to pytanie. Jesteśmy przypadkowi. Jesteśmy pomyłką.

Prawdopodobnie nigdy nie uwierzę. Czasem wyobrażam sobie trening wiary oparty o zakład Pascala i jego metodę. Chorowity Blaise sądził, że wiarę można w sobie wytrenować, jak mięśnie, w drodze praktyk religijnych.

Więc stwierdzam: no dobra, stawką jest życie wieczne, niebo, piekło, cały ten szajs. Pilnie uczęszczam na nabożeństwa. Zaprzeczam sobie, przestrzegam przykazań i przestróg płynących z Watykanu. Uczę się modlitw. Noszę ze sobą różaniec. Teraz, gdy piszę te słowa i wyobrażam sobie siebie samego, z tym różańcem, z kieszeniami pełnymi dobrych uczynków, widzę, jak wielką niedorzecznością jest nawrócony Orbitowski. Ale jest coś jeszcze.

Mógłbym uwierzyć w Boga i go czcić, ale nigdy nie zdołałbym go pokochać. Równie dobrze moglibyście poprosić, abym zmienił się w krowę. W wielbłąda, lwa i dzieciątko. Nie będę waszą kwadraturą koła.

Myśl, aby pokochać Boga, choćby w kontekście tego, jak świat wygląda wobec naszej metafizycznej tragedii czy nawet wedle wizji, ku której skłaniają się chrześcijanie, jest tak absurdalna, że sama z siebie nie przyszłaby mi do głowy. Mogę się modlić, mogę pójść na pustynię, mogę nawet składać ofiary z ludzi, ale kochanie Boga jest w moim wypadku niemożliwe. Mógłbym być żołnierzem Boga, lecz nie jego miłośnikiem.

Tymczasem Bóg domaga się miłości bardziej niż czegokolwiek, wymierza najsurowsze kary za niekochanie. Mówi o tym pierwsze przykazanie w Starym i Nowym Testamencie. Wszystkie grzechy zostaną ci, Łukaszku, odpuszczone, poza grzechem przeciw Duchowi Świętemu. A zatem jest po ptokach.

W tej potrzebie miłości kryje się coś, co nie pasuje do boskiego majestatu. Co Boga może obchodzić miłość człowieka? Do czego jest ona potrzebna? Łaknąć miłości mogłoby jakieś potworne, pasterskie bóstwo z Bliskiego Wschodu, to zazdrosne stworzenie, zmuszone do rywalizacji z Baalem i Mardukiem. Nie Stwórca. Swoją drogą, weź pokochaj Marduka. Nie potrafię przeniknąć tej tajemnicy. Przypomina mi się karzeł odziany w purpurowy płaszcz, z koroną na głowie, czekający pokłonów gdzieś w jaskini Zaratustry.

Człowiek jest istotą naznaczoną blizną po nożu, który nigdy nie istniał.

 

 

 

 

tydzień z głowy (254)

Posted on 11 sierpnia 2013

Czego nigdy nie zrobię

Nigdy nie popłynę na łódki. Moja dziewczyna pływa na łódkach. Moi przyjaciele pływają na łódkach ale ja nie będe pływał na łódkach. Myślę, że całkiem dobrze poradziłbym sobie na pokładzie. Nie zamierzam jednak wykonywać niczyich poleceń. Mógłbym jeszcze to przeżyć. Większości ludzi których znam łódka kojarzy się z wolnością. Mówią mi o przemierzaniu wielkich i małych przestrzeni, bring me the horizon. Łódka jest więzieniem. Nie mogę jej opuścić. Tam, gdzie inni widzą wolność, ja dostrzegam kraty.

Nigdy nie będę miał rodziny. Takiej prawdziwej, jak z reklamy margaryny, czy, żeby nie szydzić, takiej jaką cieszą się moi przyjaciele. Nie będę jadał obiadów przy wielkim stole. Pod choinką zalegną tylko nieliczne prezenty. Nie wynajmiemy sobie pensjonatu w Białce Tatrzańskiej. Nie będziemy robić sobie koło dupy. Nie zgromadzimy się wszyscy wokół umierającego, a lista pogrążonych w żałobie pozostanie krótka. Relacje które zawieram są mocne. Domagają się wyłączoności. Wyłączność na kwadrans również jest wyłącznością. Moge rezygnować z siebie dla człowieka. Nie mogę rezgnować z siebie dla grupy.

Nigdy nie napiszę normalnej książki, choć umiałbym to zrobić. Gdybym miał pisać normalne książki nie pisałbym ich wcale. Normalna książka z mojej perspektywy byłaby książką nienormalną. Musiałbym wyłączyc siebie, zaprzeczyć własnej, prywatnej normalnosci i zdemolować swój miniaturowy kosmos. Jest to wykonalne, ale pozbawione sensu. Poza tym na świecie jest dość normalnych książek. Cena, jaką przyjdzie zapłacić za to postanowienie nie gra dla mnie roli.

Nigdy nie będę jeździł na koniach. Pierdolę konie. To francowate zwierzęta. Miałem kiedyś dziewczynę która kochała konie i źle się to dla mnie skończyło. Moje życie też się źle dla mnie skończy, więc pocieszę się tym, że w tym życiu (biegnącym do nieszczęśliwego końca) nie będze ani kawałka konia. Wyjątek uczynię jedynie dla potraw. Zwracam się również z uprzejmą prośbą do wszystkich, którzy kochają konie aby zrezygnowali z kochania mnie. Ufam, że spełnienie moich wymagań w tym zakresie nie zrodzi specjalnych trudności.

Nigdy nie będę bywał na salonach, niezależnie od tego co przyniesie mi życie. Mogę rozmawiać z każdym człowiekiem, którego uznam za interesującego interlokutora. I tylko tyle. Niczego więcej nie potrzebuję. Moja dezercja ze świata elit, do których przynależę choćby ze względu na urodzenie jest jedną z nielicznych świadomych decyzji które podjąłem i bodaj jedną, której nie żałuję. Możecie dać mi pieniądze. Nie życzę sobie medali. Jednocześnie wierzę, że ewentualny stosunek elit do mnie przypomina mój własny stosunek do koni. Mogą mnie co najwyżej zeżreć. Nie mam nic do członków elit czy tez do ludzi, którzy ku nim ciążą. To po prostu nie dla mnie. Jeśli kiedykolwiek zobaczycie mnie na benefisie, możecie chujowi napluć w mordę, bo to nie będę ja.

Nigdy nie usiądę bo siła, która mnie gna przez świat nie jest częścią mnie, ale jest mną, tak jak nurt zawiera się w strumieniu a ogień w pożarze. Kiedyś zwolnię, gdyż rzeka również ma swoje rozlewiska. Prędzej wyschne, runę w przepaść – otwartą gębę matki Ziemi, gdzie nie ma żadnego dna i tylko wielki upadek.

Nigdy nie prześpię się z facetem. Nigdy nie wydam pieniędzy, które nie należą do mnie. Nigdy nie opuszczę swojego syna i nie odwrócę się od bliskich, choć mogę być chujem dla reszty świata, który pozostaje mi radośnie obojętny. Nigdy nie stanę się ani mądrzejszy, ani bardziej zdolny, choc przewiduję zdurnienie w przyszłości. Nigdy nie zaprzeczę temu, co tutaj napisałem. Poza tym, co ma być, to będzie.

Newer Posts
Older Posts